Szwajcaria dwuklasowa. Czy certyfikat Covid podzieli społeczeństwo?

Certyfikat Covid jest na ustach wszystkich od 13 września. Co ważniejsze – nie tylko na ustach, ale przede wszystkim w rękach i na smartfonach. Rada Federalna zdecydowała bowiem, że od tego dnia tylko osoby z ważnym certyfikatem covidowym będą mogły wejść do restauracji, centrów sportowych, muzeów i teatrów.

I Szwajcaria oszalała. W poprzedzającym wprowadzenie obowiązku certyfikatu tygodniu przelała się fala protestów i goryczy niezaszczepionych osób. Szczególnie, że od 1 października państwo nie będzie więcej finansowało bezpłatnych testów (z wyjątkami), które do tej pory były głównym orędziem na polu podróży międzynarodowych i zabawy przeciwników szczepień.

Zła Szwajcaria, dobra Szwajcaria

Czy polityka Szwajcarii w obliczu zwalczania pandemii jest dobra, czy zła?

Po pierwsze trzeba jasno powiedzieć – nie ma dobrej polityki w tym kryzysie. Jakiekolwiek działania rządów były zawsze krytykowane. Państwa wybrały różne ścieżki, jedne zdecydowały się na większe obostrzenia, inne – na mniejsze, ale nikomu jeszcze nie udało się powiedzieć – tak, to był najlepszy sposób.

Wszyscy operują na żywym organiźmie, nie wiedząc do końca, co znajdą we wnętrzościach tego kryzysu.

A Szwajcaria nie umie radzić sobie z nagłymi kryzysami. Są one wbrew jej wieloletniej i konsekwentnie prowadzonej polityce konsensusu. Cały system wyborczy i polityczny jest zbudowany tak, aby w trakcie długotrwałych negocjacji znaleźć ścieżkę kompromisu.

Rada Federalna była krytykowana zarówno za opieszałość i brak zdecydowanych działań, jak i za wchodzenie w kompetencje władz lokalnych i narzucanie rozwiązań z góry, bez konsultacji. I tu źle, i tu niedobrze.

Dodatkowo rządowi zarzuca się wiecznie chaos i zmianę kursu – co w obliczu nieznanej w skutkach pandemii jest całkowicie zrozumiałe. Ale nie w obliczu słynnej stabilizacji kraju. Co więcej, obecnie Rada Federalna przeżywa chyba jeden z największych kryzysów wewnętrznych. Do tej pory zawsze jednomyślna – co jest podstawą siedmioosobowego rządu – teraz szereg „zawsze równych” zaczyna się chwiać. Warto pamiętać, że członkowie nie mają prawa ujawniać swoich osobistych przekonań – rząd mówi zawsze jednym głosem.

A tymczasem, podczas gdy stojący na pierwszej linii frontu Minister Zdrowia Alain Berset ogłasza wprowadzenie certyfikatu, Minister Finansów Ueli Maurer pozuje na lokalnym festynie swojej populistycznej partii SVP w koszulce przeciwników szczepień.

Dyskryminacja i państwo dwóch klas

Przeciwnicy wprowadzenia certyfikatu mówią o przede wszystkim o dyskryminacji. Powołują się przy tym na konstytucję, gdzie dyskryminacja ze względu na płeć, rasę, pochodzenie, język, religię, przekonania polityczne lub upośledzenie psychiczne i fizyczne jest prawnie zakazana.

Według nich dzielenie ludzi i dostępu do usług ze względu na ich stan zdrowia jest segregacją. Sprzeciwiają się temu, aby w miejscach publicznych odpytywać się klientów i gości, czy są zdrowi lub zaszczepieni. I mówią wprost, że to prowadzi do podziału na „lepszych i gorszych”. Do społeczeństwa dwuklasowego.

Dlaczego nie chcą się szczepić? Jedni – bo się boją samego zastrzyku. Inni nie chcą się wystawiać na możliwe skutki uboczne szczepionki. Są tacy, co mówią o eksperymencie medycznym o nieznanych skutkach długoterminowych. Są też tacy, dla których szczepienie jest ograniczeniem ich wolności (nawet jeżeli zgadzają się z obowiązkowymi szczepieniami w wieku dziecięcym).

Są też wreszcie tacy, co mówią nie – bo nie, beż żadnego konkretnego argumentu.

Tych wszystkich osób po prostu nie da się przekonać do szczepień, bez względu na to, jak bardzo rząd będzie się starał i namawiał.

Oprócz zwykłych obywateli przeciw certyfikatowi protestuje też wielu przedsiębiorców. Boją się, że po wprowadzeniu go znacznie zmniejszy się liczba odwiedzających. Powstała nawet platforma Animap.ch zrzeszająca firmy i osoby świadczące usługi, które nie godzą się ze sprawdzaniem certyfikatu klientom. Obecnie na wirtualnej mapie zaznaczonych jest ponad 4000 adresów, chociaż nie wszystkie z nich do ośrodki z obowiązkiem ceryfikatu. Znajdują się tam też np. fryzjerzy czy sklepy, na których taki obowiązek nie jest nałożony. Wydaje się, że ich właściciele są po prostu przeciwni programowi rządu, nawet jeżeli nie dotyczy ich działalności. Strona internetowa jest dostępna dla wszystkich, a władze zapowiadają kontrole. Pytanie – ilu z tych przedsiębiorców będzie chętnych na ryzyko kary w wysokości 10 tysięcy franków lub w skrajnym przypadku – na zamknięcie.

Po drugiej stronie barykady

Podobnie jak w wielu innych państwach, również w Szwajcarii sytuacja się zaognia. Do protestów dołączają groźby w stosunku do członków rządu, a stojący po dwóch stronach barykady przeciwnicy przerzucają się argumentami.

Czołowym argumentem wprowadzenia certyfikatu Covid jest stale rosnąca liczba zarażeń – przede wszystkim wariantem Delta niebezpiecznym dla coraz młodszych osób – oraz obłożenie łóżek na intensywnej terapii. Niektóre kantony już w zeszłym tygodniu podniosły alarm o 100% obłożeniu, mimo że na intensywnej terapii powinno być nie więcej niż 75% – na wypadek nagłych, nieprzewidzianych zdarzeń.

Faktem jest, że stacji intensywnej terapii jest obecnie o wiele mniej niż np. w czasie I lub II fali. Po pierwsze – wtedy tworzono miejsca w trybie nagłym, odwołując wszelkie planowe operacje i tworząc stacje tymczasowe. Po drugie – i ważniejsze – nie ma kto przy nich pracować.

Personel medyczny na intensywnej terapii mówi wyraźne STOP. Obłożoni pracą ponad miarę od ponad półtora roku pracownicy zwalniają się z pracy lub zmniejszają pensum. Mają po prostu dość. Frustrację i wypalenie zawodowe podsycają przede wszystkim statystyki ze szpitali – ponad 90% osób na intensywnej terapii to osoby niezaszczepione. Osoby zaszczepione przechodzą chorobę łagodniej i wymagają krótszej terapii. A czas terapiii jest tu bardzo istotny. O ile osoby po operacjach lub wypadkach zajmują łóżko do kilku dni, o tyle pacjeni covidowi rzadko kiedy zwalniają je przed upływem 3-4 tygodni.

Stacje intensywnej terapii można zwiększyć – podobnie jak w poprzednich falach. Personelu- nie. Zmęczony jest już egoizmem niezaszczepionych pacjentów, którzy negują wartość szczepień i niepotrzebnie obciążają go dodatkową pracą.

Kolejnym palącym problemem jest sytuacja w szkołach.

Prawie przez cały czas trwania pandemii uczniowie korzystali z zajęć stacjonarnych. Rząd wprowadzał stopniowo kolejne obostrzenia, chcąc za wszelką cenę uniknąć sytuacji z I fali, kiedy przez kilka tygodni uczniowe pozostawali w domach. Stąd nakaz maseczek powyżej 12 roku życia i systematyczne, cotygodniowe testy na obecność wirusa w ślinie.

To jednak nie wystarczyło i początek roku szkolnego zaskoczył falą pozytywnych przypadków wirusa wśród dzieci i kwarantanny nieraz dla całych szkół. Teraz rodzicie nie zadają sobie pytania, kogo tym razem dotknęło, tylko – kiedy dotknie naszą rodzinę. Dzieci obecnie nie noszą maseczek w szkołach, nie ma również obowiązku szczepień powyżej 12 roku życia – jedynie zalecenia.

Kiedy szczepionka dla małych dzieci będzie dostępna jeszcze nie wiadomo.

Poza systemem

Niespodziewanie najgorzej rykoszetem w całej sytuacji dostały kobiety w ciąży. Szczepienia w ich przypadku nie są zakazane, ale również nie zalecane – co oznacza odpowiedzialność lekarza prowadzącego ciążę za skierowanie lub nie pacjentki na szczepienie. I ryzyko podjęcia takiej decyzji przez samą matkę. Co więcej, w pierwszym trymestrze ciąży nie są wskazane jakiekolwiek szczepienia, więc nawet jeżeli przyszła mama sobie życzy – nie zostanie zaszczepiona.

Rząd chyba zapomniał, że niektórzy nie powinni się – z różnych przyczyn – szczepić, a dla wielu ciężarnych pań dbanie o kondycję fizyczną jest bardzo ważne. Na razie mają czas do 1 października, do kiedy testy na obecność wirusa są jeszcze bezpłatne. Miejmy nadzieję, że przez dwa tygodnie rząd szybko zrewiduje swoją politykę w stosunku do przyszłych mam*.

Kto ma rację ?

Jeżeli kogoś do szczepień nie przekonują argumenty medyczne, zachęty, reklamy, loterie pieniężne i nacisk ze strony rodziny i znajomych – to nic go nie przekona.

To nie jest moja opinia. To opinia socjologów zajmujących sie psychologią tłumu.

Jedynym sposobem na zmianę zdania jest „wykluczenie z elity” – pozbawienie ich przywilejów, które mają inni. Przywileju korzystania z siłowni, z basenu, z restauracji czy kina.

Dokładnie tą drogą poszedł rząd szwajcarski. Cel postawiony na wiosnę był jasny – wyszczepienie co najmniej 70% społeczeństwa. Tylko dzięki takiemu poziomowi wyszczepienia była szansa uniknięcia kolejnej fali wirusa. Fali, którą obserwujemy dzisiaj, bo jeżeli jeszcze do lipca trwał szturm na stawiane masowo centra szczepień, tak w lecie trend nagle wyhamował i zatrzymał się na 53% społeczeństwa.

To za mało, aby nic nie robić i czekać na dalszy rozwój wypadków. Szczególnie, że ci, co chceli się zaszczepić, już się zaszczepili.

Od kliku dni, po ogłoszeniu decyzji rządu, trwa ponowne masowe zapisywanie się na szczepienia. Tym razem trzeba będzie jednak odstać w dłuższej kolejce, bo nie ma już masowych puntów szczepień i nie będa tworzone na nowo. Do dyspozycji zostały imfbusy, szpitale i prywatne gabinety medyczne.

Rząd zostawił sobie otwartą furtkę i zapowiada zniesienie certyfikatu, jeżeli zaszczepi się pożądane 70%.

Dyskryminacja, czy demokracja

Około 70% pacjentów w szpitalach stanowią osoby obcego pochodzenia. To znacznie więcej, niż jest w Szwajcarii cudzoziemców (25%). Zdecydowanie większość z nich pochodzi z terenów Bałkanów i byłej Jugosławii. Wiusem zarazili się podczas wakacyjnych pobytów u dalszej rodziny, a następnie w Szwajcarii zarazili swoich bliskich, wśród których odsetek zaszczepienia jest również bardzo niski.

Z tego powodu władze Zurychu odwołaly zaplanowany na początek września Alba Festival, popularny wśród osób pochodzenia albańskiego i kosowskiego. Jednocześnie tradycyjne zawody szwajcarskie w schwingen (sporcie o ludowej tradycji) nie zostały odwołane. To wywyłało falę kontrowersji i zarzuty o dyskryminację jednej z grup narodowych.

Uprzywilejowani Szwajcarzy, czy upokorzeni Albańczycy? Jakiekolwiek kontrowersje stałyby za taką decyzją, to władze mają duży problem z ludnością bałkańską, która nie chce się szczepić. Co więcej, pojawiają się zarzuty o stosowanie fałszywych certyfikatów, wystawionych nielegalnie przez skorumpowane władze bałkańskich państw. Czy to już dyskryminacja, czy też dbanie o dobro ogółu? Na pewno władze chciały pokiwać palcem niesubordynowanym dzieciom mówiąc – nie stosujecie się do reguł, to będziecie mieli karę.

I jak zachować się w stosunku do reszty społeczeństwa?

Wprowadzenie ceryfikatu covid jest przez wielu nazywane zmuszaniem do szczepienia wbrew ich woli, wykluczeniem ze społeczeństwa i pozbawieniem należnych im praw.

Tymczasem wszystkie te działania są w ramach…demokracji.

Nie żyjemy w pustce przestrzennej, tylko w systemie zwanym ładem społecznym. Społeczeństwo umawia się na pewne zasady, do których wszyscy będą się stosować – bez względu na to, czy części społeczeństwa te zasady się podobają, czy nie.

Rada Federalna nie prowadzi dobrej polityki covidowej. Bo takiej nie ma. Jakakolwiek decyzja będzie poprawiała sytuację jednych, a szkodziła drugim.

Dzisiaj rząd dba przede wszystkim o dobro szpitali i szkół.

Oraz 53% społeczeństwa, które już się zaszczepiło. 53%, które nie protestuje przeciwko wprowadzeniu certyfikatu covid.

W końcu demokracja to też władza większości i to ona ustala reguły, do których inni muszą się dostosować.

*14 września Rada Federalna ogłosiła, iż szczepienia dla kobiet w ciąży są rekomendowane od 12 tygodnia ciąży.

Jeżeli spodobał Ci się ten artykuł, możesz przeczytać też:

Szwajcaria neutralna, czy nijaka?

Jedna odpowiedź do “Szwajcaria dwuklasowa. Czy certyfikat Covid podzieli społeczeństwo?”

Leave a Reply

%d bloggers like this: