Zauważyliście, że od czasu koronawirusa zrobiliśmy się bardziej digitalni? Więcej laptopów i home-office, więcej wiszenia na komórkach. Dzisiaj niezbędnik każdego „nowego Szwajcara” – 15 najlepszych aplikacji na telefon, bez których ciężko tu żyć.
1. Jedzie pociąg z daleka
No nie jestem zbytnio twórcza na początek. Może to słaba poranna kawa, a może czysta moja złośliwość, ale chętnie bym zaadoptowała koleje szwajcarskie. To, że są punktualne to banał, cliche i nudne w ogóle. Urzekający jest natomiast rozkład połączeń. Ktoś kiedyś wziął kartkę i zielonym długopisem (zielonym, bo pod Alpami, coby do widoku pasowało) i rozplanował przesiadki tak, żeby nie biegać po peronach i nie czekać więcej niż parę minut na kolejny pociąg. Tfu tfu tfu a kysz i splunąć trzy razy przez lewe ramie, że też mi się takie bezeceństwa śnią. Gdyby w Polsce pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały o czasie, w dodatku były połączone w logiczne korelacje. O mój Boże! O mein Gott wręcz! Toż to by się cała gospodarka polska zawaliła, gdyby nagle PKP zaczęło myśleć o pasażerach. Bez biegania, bez wyczekiwania godzinami na zimnych peronach, a jeszcze mogliby informować, jak długie będzie opóźnienie i jak najlepiej kontynuować podróż w takiej sytuacji. A fe, ale się wredna zrobiłam. To idziemy do punktu nr 2: 2. Odkurzacz uliczny
Zima idzie, więc jest jesień. A jak jesień, to spadają liście. Dalej nie jestem mocno odkrywcza, coś za słaba ta kawa była między punktem 1 a 2. No dobra, to teraz zaczyna się ciekawie: Liście spadają, więc nie leżą na chodnikach. To znaczy, zaraz – leżą. Nieeee, dobrze było: nie leżą na chodnikach. Na ulicach też nie. A to dlatego, że Szwajcarzy korzystają z wielce przydatnego urządzenia, jakim jest odkurzacz uliczny. Tak różowo to od razu nie jest, najpierw przed odkurzaczem idą pomarańczowi panowie z dużą dmuchawą (tak, tak, wiem, jak to brzmi). Wydmuchują wszystkie liście na ulicę, a potem wszystko zasysa taka nowinka technologiczna, jak traktor z wielką ssącą rurą. Niby nic wielkiego, ale co drugi dzień potrafią w krótkim czasie oczyścić całą dzielnicę. Na pewno szybciej niż grabkami. 3.Przystanek dla śmieci
Przystanki mamy, autobusy też, nawet śmieci mamy, więc co w tym innowacyjnego? Ano to, że tu przystanki są dla autobusów śmieciowych. Jeździ sobie taki po dzielnicy i pochłania to wszystko, czego nie można wyrzucać do śmieci segregowanych – baterie, żarówki, stare płyty, oleje i takie inne niebezpieczne duperele. A ponieważ w Szwajcarii jest czysto (o braku koszy pisałam tu KLIK), a niebezpieczne duperele nie mieszczą się w standardy szwajcarskiej flagi makulaturowej (o związkach flagi z makulaturą pisałam tu KLIK) i nie mogą leżeć tak sobie na ulicy, to śmieciowy autobus ma swoje małe przystaneczki. Na każdym przystanku jest dzień tygodnia i zakres godzin, kiedy owo ekocudo przybędzie i poczeka, aż załadujemy je nie-eko śmieciami. Proste i logiczne. Do przeszczepu. 4. Bazarkowe rękodzieło bądź też rękodzielniczy bazarek
Bazarki świąteczne są wszędzie, ciężko tu będzie o jakąś konkurencję. Ani to polskie bardzo, ani szwajcarskie, bo i Germańcy nie gęsi, swoje Weinacht-targi mają i Angole też pewnie coś tam ładnego pod Westminster wystawiają. Chodzi o to, że Szwajcaria stoi hand-made’ami. Zamiast kolejnego stoiska z kolejnymi równie nieoryginalnymi wyrobami made in China mamy pojedyncze okazy czyjejś fantazji + zdolności. A że dużo takich okazodawców można znaleźć, to jest specjalnie dla nich zorganizowany świąteczny bazar rękodzielniczy. Wszystko tam jest, no wszystko, czego dusza zapragnie. I drewno, i szydełkowe ubranka, i biżuteria, i zabawki z filcu i własnoręcznie robione ciasta i grappy. I już się ładniej przed powiekami robi, jak sobie takie oryginałki pooglądamy na popołudniowym spacerze w niedzielę. Tylko na ceny lepiej te powieki przymknąć, chociaż – tu się właściwie Szwajcarom chwali – warto cenić czyjąś osobistą pracę i zapłacić trochę (tzn dużo) więcej.
5. Miesiąc dobroci dla choinek
Biedne są choinki bożonarodzeniowe. Przez miesiąc stroją się i błyszczą, aby nacieszyć nasze oczy, a w styczniu lądują samotnie na śmietniku zapomnienia. Zimne, brudne, głodne, ogołocone z igiełek, aż żal patrzeć. W Szwajcarii mają czas się jeszcze z nami pożegnać. Po sezonie prezentowym wystawia się jej przed domem na ulicę. Leżą cierpliwie czekając na transport Wielce Wyspecjalizowanym Karawanem do Wywożenia Choinek tam, gdzie się je wywozi, a mijającym im po drodze przechodniom machają zwiędłymi gałązkami na pa pa. Mniej problemu dla nas, mniej porzuconych po kątach drzewek, a jak znam życie to po pogrzebie mają jeszcze jakieś swoje drugie tchnienie jako karma dla zwierząt albo biopaliwo.
Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić, że na przejściu dla pieszych kierowcy postrzegają mnie jako zjawiskową istotę i zawsze się zatrzymają, żeby sobie popatrzeć jak przechodzę. W ramach odruchów dobroci próbuję Czytaj dalej „8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką”