Czym chata bogata, czyli hity eksportowe z Polski

Polska potęgą stoi. Eksportową. Ale nie, nie, myli się ten, kto pomyślał teraz o słodkich i czerwonych owocach raju. Jabłka i truskawki są już passe – na szwajcarskie cło wjeżdża nowa lista hitów eksportowych z ojczyzny. Proszę bardzo:

polska zona 2 1. Żony
Wiadomo, że Polki są najładniejsze w świecie. No wiadomo, nie ma co się wykłócać. Każdy chciałby mieć Polkę za żonę. Mój szwajcarski teść ma dobry gust, bo ożenił się z Polką. Mój pół szwajcarski mąż też ma dobry gust, bo też się ożenił z Polką. O guście teścia dyskutować nie wypada, tym bardziej o guście męża. Więcej przykładów nie pamiętam, niczego nie żałuję i proszę Boga Ojca o więcej Polek w Bernie, bo mi czasami nudno.

2. Zegarek dla Angeliny
Tak, tak, tej Angeliny. Pięknej, czyli Jolie. Się rzucił ostatnio Brad z okazji Bożego Narodzenia chyba i kupił skromny prezencik za 5 milionów funtów. Gdzie kupił? Na aukcji w Genewie. A jaki prezencik? A no polski. Jak na razie, najdrożej kupiony zegarek na aukcji w Szwajcarii. I cóż by ten biedny Brad Pitt zrobił, gdyby się swego czasu pan Patek nie wyeksportował z Polski i nie założył jednej z najdroższych marek zegarków na świecie Patek Phillipe. Czy pan Patek z Lubelszczyzny miał na imię Filip? No nie, Antoś mu na chrzcie dano. Wyemigrował po powstaniu listopadowym do Genewy i razem z panem Czapkiem pan Patek założył manufakturę ręcznie ozdabianych cebul (takich zegarków kieszonkowych na sznureczku). To może pan Czapek był Filip? Też nie, choć już na F, bo Franio. Ale Filip był. A nawet Phillipe, bo w przeciwieństwie do pana Patka i pana Czapka, Adriene Phillippe był Francuzem. I tak to się panowie zgadali, połączyli siły artystyczne Antosia Patka i zmysł mechaniczny Adriana Filipa Ticino (169)i zaczęli produkować najbardziej luksusowe zegarki XIXw. Gdyby wtedy królowa Wiktoria była szafiarką, wrzuciłaby na swojego Instagrama zdjęcie luksusowej błyskotki, kupionej od wspomnianych panów dżentelmenów. Zegareczek był ładny, więc do kompletu kupiła drugi mężowi. Pozazdrościła jej królowa duńska Luiza i też wybrała się na zakupy do Genewy. A że towarzystwo dziewiętnastowieczne w ogóle zazdrosne było, to zegareczki nabyli też włoski król Wiktor Emanuel III, egipski książę Hussein Kamal i papież Pius IX. Tym sposobem polski zegarmistrz uszczęśliwił pół dziewiętnastowiecznego świata i pozbawił fortuny drugą połowę dwudziestopierwszowiecznego świata.

A teraz zagadka: Czy Brad Pitt przepłacił za swój skromny prezencik? On może nie, w końcu co to jest marne 5 milionów funtów przy 24 milionach dolarów, za które w 2004 sprzedano zegarek z 1933 r. Widać stary, ale jary.

3. Słodko-kwaśno dla wszystkich innych poza Angeliną
Tu będzie krótko, bo wiele nie ma co wyjaśniać. Moja absolutnie subiektywna lista rzeczy, które ZAWSZE muszę przywieźć z Polski dla znajomych i rodziny w Szwajcarii:
Torcik wedlowski
Marynowane grzybki
Pigwówka
I wszystko jasne.

4. Prezydent z powerem
Szwajcarzy wybrali właśnie prezydenta. A że to bardzo zgrany naród, mówiący jednym językiem, z jednym systemem szkolnictwa, podatków i takie tam bla bla bla, to na wszelki wypadek wybierają 7 prezydentów na raz. Żeby pokazać, jacy to oni zgrani i jednomyślni są. A mogliby mieć jednego. Gotowego już, z Polski. Taki fajny prezydent szwajcarski Gabriel Narutowicz mógłby być. Lepiej by wyszło i jemu, i Szwajcarii. A tu się panu inżynierowi elektrykowi Narutowiczowi tęskno zrobiło za ojczyzną i na własną zgubę do Polski wrócił. A taki zdolny był. Do dziś go wspomina każdy nowy mieszkaniec Berna, bo dzięki niemu dostaje od miasta obowiązkowy przydział tabletek atomowych. Na wypadek wybuchu elektrowni w Muhlebergu. Tej elektrowni, co to ją pan inżynier z Polski postawił w wersji wodnej, a potem ktoś inny już rozbudował do atomowej. Szwajcarzy mu w zamian za to piękny pomnik przed elektrownią wznieśli. Zresztą Narutowicz hobby miał nie tylko szwajcarskie, bo wodne elektrownie stawiał też w całej Europie. Zdolny był, dałby sobie radę jako pierwszy pojedynczy prezydent nawet tak niejednorodnej Szwajcarii. Niestety chwalebny żywot inżyniera wodnego skończył się po powrocie na ojczyzny łono. Nie dane mu było cieszyć się długo pierworodną prezydenturą polską, już po 5 dniach od wyborów został zastrzelony. A jak już wcześniej przy okazji atomowego Einsteina wspominałam (KLIK), Polacy lubią świętować okrągłe smutne rocznice – no to proszę bardzo: 16 grudnia przypada właśnie okrągła 93 rocznica, kiedy rozstał się z życiem.

Smutno tak, przed świętami…

To jak smutno, to teraz coś na rozweselenie.

5. Last Christmass
Khmm, khmm. Khmm.
W Szwajcarii NIE MA Last Christmass.
Spędzam tu trzecie święta i dopiero teraz to odkryłam.
W radiu nie ma Last Christmass, na fejsie nie ma Last Christmass, w telewizji też nie puszczają teledysku z boskim Georgem (nie, nie Clooneyem) w śniegu. Pikanterii dodaje fakt, że teledysk kręcony był w szwajcarskim Saas-Fee.

Ale jak to NIE MA Last Christmass??? To skąd w takim razie wiedzą, kiedy są święta???
No wiem, wiem, ciężko to pojąć. Też się zastanawiałam, jak oni tak potrafią bez. Ja nie potrafię, więc oficjalnie importuję z Polski do Szwajcarii Last Christmass. Taka nowa świecka tradycja.
Panie i panowie, proszę bardzo:

WHAM! Last Christmass

Sezon świąteczny uważam za otwarty. Wesołych Świąt!!!

[blog_subscription_form]

10 oznak, że jesteś już Szwajcarem

  1.  Nie marudzisz. Ani nie narzekasz. A to już oczywisty znak, że przestałeś być Polakiem.P1040271
  2.  Jedziesz prawym pasem i nie przekraczasz prędkości na autostradzie o więcej niż 20 km/h
  3.  Na przejsciu dla pieszych czekasz,aż pieszy dojdzie 250 m do zebry po to, żeby go przepuścić. Nawet jak ma czerwone światło i to ty masz pierwszeństwo.P1040473
  4. Na pustej ulicy w środku nocy jedziesz 30 km/h jeżeli takie jest ograniczenie. Nie ważne, że nikogo nie ma, nie ważne, że nikt nie widzi. Jesteś Szwajcarem i przestrzegasz zasad, bo są po to, żeby były.
  5. Nie trąbisz na rowerzystów tylko panicznie szukasz w lusterkach na prawo i lewo, czy przypadkiem nie trzeba któregoś przepuścić.
  6. Masz wywieszoną szwajcarską flagę na balkonie. Albo chociaż kubek z flagą. Albo portfel. Albo garnek. Albo długopis. Albo świecznik.
  7. Mówisz dzień dobry nieznajomym na ulicy. Właściwie to w każdym kantonie „dzień dobry” brzmi inaczej, więc de facto mamroczesz coś pod nosem licząc na to, że inni pomyślą, że ich właśnie pozdrowiłeś. Zresztą, po pół roku nadal nie rozumiesz, co do Ciebie mamroczą, więc czujesz się usprawiedliwiony.
  8. Oglądasz mecz hokeja w telewizji i masz swoją ulubioną drużynę, bo hokej to narodowy sport Helwetów.P1040329
  9. Wyjeżdżasz z warsztatu samochodowego i nie płacisz za naprawę. W sklepie internetowym też nie płacisz za zakupy. Rachunki dostajesz potem do domu i płacisz je we wskazanym terminie.
  10. Przechodzisz przez jezdnię na pasach. Nawet jeżeli najbliższe stado dinozaurów będzie tędy przebiegało za następne 4 mln lat, ulica jest szerokości twojej szczoteczki do zębów, to i tak pójdziesz do zebry.
    Wersja dla zmotoryzowanych: Parkujesz tylko na wyznaczonych do tego miejscach. Jeżeli jedynym wolnym miejscem jest kwadracik asfaltu przed sklepem z azbestem, jest niedziela i sklep na pewno nie jest dziś otwarty, to nie parkujesz bo jest tylko „dla klientów”. A ty wolisz kamienny dach zamiast azbestowego. P1040472

P1040471[blog_subscription_form]

Recykling krzyżowców a krucjata polska

WP_20150324_001W Szwajcarii flaga narodowa jest bardzo ważna. Tak ważna, że nawet zasady recyklingu papieru są jej podporządkowane, szczególnie w Bernie – stolicy szwajcarskości. Tak przy okazji – zasady dla zasad też są bardzo ważne. I tak szwajcarskie (a jakże) gazety nie mogą być ot tak wrzucone do papierowej torby i wystawione do zabrania przed dom. Muszą być ułożone w równiótkie kupki wielkości A4 i wysokości 10 cm i przewiązane NA KRZYŻ sznurkiem. Dopiero wtedy spełniają wyśrubowane normy szwajcarskiego recyklingu gazet. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sznurek wiązany na krzyż to inspiracja flagą narodową (jakby ktoś zapomniał, jak ważna jest flaga dla Szwajcarów, to może kliknąc tutaj).
A co robi polsko-szwajcarska para*, zadumawszy się nad rzędem równo ułożonych na chodniku kupek gazetowych o rozmiarze A4, czekających na zabranie (na pewno punktualnie zawsze o tej samej porze)? Wprowadza polska krucjatę i wyrzuca papiery do kontenerów do recyklingu dwie przecznice dalej. Bez ułożenia w kupki i sznurka na krzyż.
Cóż, jednak powstania i zrywy narodowe mamy we krwi. Tak łatwo się zasadom nie damy.
*słowo para użyłam kurtuazyjnie w stosunku do siebie, bo makulaturę i butelki zazwyczaj wyrzuca moja silniejsza połowa.

makulatura 3
Każdy nowy obywatel Berna jest uświadomiony za pomocą kilkunastrostronicowej instrukcji, jak należy być szwajcarskim w kwestii recyklingu

Franku, mój franku, cóżem ci uczynił?

Czy Szwajcaria jest droga dla Polaków? Cóż. Ceny są właściwie te same. Tylko waluta się różni. Odpowiadając więc na pytanie: Czy w Szwajcarii jest drogo? Nie, nie jest drogo. Jest BARDZO drogo. Szczególnie po ostatniej niespodziance Narodowego Banku Szwajcarii (o tej niewdzięcznicy już pisałam), wszystkie ceny należy pomnożyć x 4.
portfel slide
Bywają jednak produkty nominalnie tańsze. Proszę bardzo! Przykładami można sypać jak z rękawa. Dajmy na to takie paliwo – kiedy w Polsce kosztowało ponad 5 zł/ litr, to w Szwajcarii w przeliczeniu było nawet taniej. Teraz ta różnica się zmniejszyła, ale wciąż ceny są na polską kieszeń ( najtańsze 1,4 Fr/ L). Hitem taniości jest też całoroczna winieta samochodowa – zwłaszcza, że jej cena od 1994 jest taka sama. 40 Fr na rok za korzystanie z wszystkich autostrad w kraju dumnie się pręży przed Hiperkilometrówkami do Poznania czy Gdańska. Swoją drogą w zeszłym roku Szwajcarzy głosowali nad zwiększeniem opłaty za winiętę w referendum narodowym, ale podwyżka nie dostała wystarczającej liczby głosów na TAK. Może by tak głosowanie nad zwiększeniem opłat za autostrady wprowadzić w Polsce?
W Szwajcarii są też niższe podatki, ale dopóki tam nie zarabiamy, to nas nie dotyczy – chowamy więc z powrotem do rękawa.
I jeszcze … cóż by tam jeszcze…..
Właściwie to wiosna w pełni. Czas na krótki rękawek.
Ps: Znalazłam jeszcze! Kapcie w IKEA kosztowały 3 FR czyli 12 zeta. Taniocha! W takiej ZARA HOME bez stówki za bambosze nie ma się nawet co pokazywać…
Ps 2: Jako wiarygodna autorka bloga sprawdziłam źródła w Polsce. Te same kapcie w IKEA Polska kosztują 9,90 PLN ;( Więc jednak kapcie się nie liczą.
Ps 3: Kapcie kupowałam w Szwajcarii w listopadzie, kiedy frank kosztował 3,5 PLN , a nie 4. Po przeliczeniu to daje… 10,5 PLN. Wciąż więcej. Kapcie się nie liczą.

Dumna flaga w krzyżowym ogniu pytań

Szwajcarzy to zabawny naród. Lubią sobie z siebie pożartować. Na pytanie, co jest największą zaletą Szwajcarii jajcarze Helweci odpowiedzą: No więc, flaga to duży plus. Ha ha. Taki żarcik. Moja siostra się nawet śmiała. Flaga szwajcarska jest (prawie*) jedyna taka na świecie. Nie dlatego, że jest czerwono-biała (bo to akurat mało oryginalne), ale dlatego że jako jedyna jest kwadratowa. I to stawia ją na uprzywilejowanej pozycji ulubionego przedmiotu kraju nad … pod Alpami. Ponieważ motyw przewodni (krzyż) jest mocno skomplikowany, a Szwajcarzy badzo kochają swoją sexy flagę, umieszczają ją wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, żeby przypadkiem nie zapomnieć, jak wygląda. Bo jak na przykład ktoś po ciężko zakrapianym wieczorze nie będzie mógł sobie przypomnieć swojej dumy narodowej, to sięga po woreczek do chleba – i problem z głowy. P1110281 P1110280 Ewentualnie jak kac go nie opuści do obiadu, to może tęsknie zerkać na obieraczkę do ziemniaków i już mu lepiej. Każda krówka i pies bernardyn też ma zawieszoną na szyi bandankę z flagą, żeby się przypadkiem austriackie lub włoskie podróbki nie zagnieździły na alpejsko szwajcarskich halach. Flaga jest na pudełkach z czekoladą (nie, na tych fioletowych i pseudoświstakach nie ma), na znanych na całym świecie scyzorykach, na kociołkach do fondue, świecznikach, długopisach, koszulkach i innych wszystkich równie wymagających symbolach narodowych.Ticino (5) A teraz ciekawostka: Flaga szwajcarska chroniona jest jako znak zastrzeżony i nie może być używWP_20150313_002ana do celów komercyjnych. No to jak ukrzyżowali te wszystkie scyzoryki i czekoladki? Otóż oficjalna flaga ma ściśle określony kształt i proporcje: czerwony kwadrat i biały krzyż o równych ramionach. Szwajcaromania marketingowa oparta jest natomiast na zezie: to się krzyż upije i zachwieje, to kwadracik coś jakby nie do końca kwadracikowy…Szukajcie, a znajdziecie. Mimo, że udawane, krzyżowe logo jest takie fajne, że postanowił go użyć białoruski bank BelSwissBank, nie mający z Helwetami nic wspólnego. Jakoś im sie upiekło, bo zasada ochrony znaku działa tylko w Szwajcarii. Na koniec taki miły akcencik gościnności: wysoko w Alpach flagę zawiesza się również w górskich domkach letniskowych, jeżeli gospodarze właśnie w nim przebywają. To nieodzowny znak dla wszystkich sąsiadów, że można wpaść na kawę. Gorzej jak w niedzielne przedpołudnie wpadają do Ciebie na kawę wszyscy sąsiedzi przechadzający się akurat w pobliżu. Można dostać palpitacji serca od takiej ilości kaw. P1040409 Jakie to szczęście, że szwajcarska flaga jest czerwono-biała. W razie, gdyby na wakacjach w górach przebywała polska połówka, zawsze można pół krzyża wyprostować i łatwo przerobić na flagę biało-czerwoną. Ja też mogę być dumna 😉 *prawie, bo kwadratową flagę ma też Watykan. Ale to taki „prawie” kraj, w dodatku ma szwajcarską gwardię, więc się nie liczy.

Dziarski dziadek a la Suisse

dziarski dziadek
Dziarski dziadek w tunelu aerodynamicznym Flyspot. Zdjęcie pochodzi z profilu DD na facebooku.

Dziarskiego dziadka uwielbiam pasjami. Antoni Huczyński to taki człowiek, którego nie da się nie kochać. Po dziewięćdziesiątce jest w lepszej formie niż większość małolatów, napisał książkę „Mój sposób na długowieczność”, ma swój profil na facebooku, swój kanał na Youtube z nagranymi ćwiczeniami w Lesie Kabackim, jest gościem telewizyjnych śniadaniówek i ostatnio tematem artykułu w Men’s Health.No prawdziwy drwal*. A co najważniejsze – dziarski dziadek jest prawdziwym dziadkiem mojej koleżanki z liceum, Magdy! To prawie jakby był moim własnym dziadkiem, pokrewieństwo niezaprzeczalne. Z Magdą co prawda nie widzimy się za często od kiedy skonczyłyśmy liceum 19 lat temu, ale ostatnio spotkałyśmy się na rowerach w leśnym barze w Radości – geny robią swoje. Rower, las, ta sama dzielnica = MÓJ DZIARSKI DZIADEK.

P1030378
Szwajcarska Dziarska Babcia. Poznać można po szmince, bo tak to się nie róźni od przeciętnych dziarskich diadków

W Szwajcarii żadnego dziadka nie mam, ale mogłabym któregoś zaadoptować, bo wybór dziarskich dziadków i babć jest duży. Pierwszy raz wrażenie zrobiła na mnie trójka emerytów w obcisłych strojach kolarskich i na rowerach górskich na szczycie przełęczy Furka (2436mnpm).

Jak oni tam wjechali? Nasz samochód 4na4-turbo-doładowanie-bajer-na-bajerze ledwo dawał radę, mnie samo wchodzenie – ba! patrzenie jak inni wchodzą by zmęczyło.Ale w krainie zielonych Alp babcie zamieniają moherowe berety na kaski i podstępnie robią na drutach kompleksy dla trzydziestolatek z Polski.

Potem się okazało, że widziana przeze mnie trójca to nie był odosobniony przypadek. W Szwajcarii seniorzy na prawdę są w o wiele lepszej kondycji niż w Polsce. Uprawiają sport nie z okazji majówki czy dorocznego święta stoku narciarskiego, ale na codzień. Rowerki, spacerki, biegówki, narty. A u nas wiadomo – taki mamy klimat. ZUSy, kolejki do lekarzy, roczne oczekiwania na sanatorium wymieszone w sosie z 24h Matką Polką, kanapozą- telewizozą i ja-nie-mam-czasu-dbać-o-siebie ja-mam-dzieci/ja-muszę-zarabiać-na-chleb dają efekty. Mało się w Polsce widzi wysportowanych seniorów. Ale dziarski dziadek też tak mówił. I wziął się za siebie po 70-tce, więc ruszamy dupcie panie i panowie!

Ticino (18)
*drwal= w nowomowie z roku 2014r to przeciwieństwo mężczyzny metroseksulnego.
Dla tych, co właśnie pokochali polskiego Dziarskiego Dziadka: www.dziarskidziadek.pl
I jeszcze: Dziarski Dziadek na Facebooku

Parles-tu svizzero dütsch?

Odkrywając Szwajcarię odkryłam zaskakującą nieścisłość w Starym Testamencie. Od tysięcy lat karmiono nas kłamstwem, które to ja właśnie wydobyłam na światło dzienne i należy mi się za to co najmniej Nobel. Otóż bibilija wieża Babel wcale nie została zburzona. Bóg przeniósł ją po prostu do Szwajcarii.
P1020375
W wolnym tłumaczeniu dzisiejsza lekcja brzmi: Czy mówisz po szwajcarsku? I tu pada odwieczne zdanie warunkujące zmienność pogody, rozstrój mentalny i różnorodność Szwajcarii: TO ZALEŻY. To zależy, w jakim kantonie. To naiwne pytanie cudzoziemców nie znających lingwistycznych realiów szwajcarskich nie jest wcale pozbawione sensu, większość osób zakłada po prostu że mówi się językiem najbardziej zbliżonym do nazwy własnej kraju (to de facto powinno się mówić helweckim, nie szwajcarskim). Polska – polski, Niemcy – niemiecki, Włochy- włoski, Australia – kiwi itd. W Szwajcarii życie jest proste i z tej prostej zasady wywodzą się cztery oficalne języki. Angielski, niemiecki i..? Pudło. W środkowej części mówi się niemieckim schwitzer dütsch, na zachodzie – francuskim frenchi, a na południu – włoskim ticinese. Skąd wiadomo, która część jest którą częścią? Środkowa część z pseudoniemieckim to ta bliżej Niemiec, zachodnia część z francuskim – bliżej Francji, a południowa, włoska część to ta bliżej Włoch. To akurat jest proste. Granice między językami najłatwiej znaleźć bawiąc się samochodową ciuciubakę. Wjeżdżasz do tunelu a tu hop – po drugiej stronie są już znaki drogowe w innym języku.
Fribourg (11)Jeżeli ktoś myśli, że zna niemiecki, więc się bez problemu dogada w części środkowej to błąd. Duuuży błąd. Sama nazwa schwitzer dütsch pozostawia nas bez złudzeń, że do schweizer deutsch tylko się z politowaniem uśmiecha. Jako szczęśliwa nieposiadaczka wiedzy biegłej w niemieckim nie umiem wprost określić, jaka jest różnica między niemieckim z Niemiec a niemieckim ze Szwajcarii, ale zakładam, że zasada jest taka sama, jak z Irlandią. Jak ktoś mówi po angielsku, a ty go nie rozumiesz, to znaczy, że jest z Irlandii.
Szwajcarski francuski jest już bardziej zbliżony do oryginału, chociaż ja mam wrażenie, że bardziej twardy i mówiony z otwartymi ustami. To się nie bierze znikąd, w końcu w Genewie swoje siedziby mają 22 organizacje międzynarodowe i ponad 250 pozarządowych, więc muszą mówić transparentnie, a nie przez zaciśnięte wargi, jak Francuzi.
Tesyn jest odcięty od reszty zegarkowego świata przez pasmo Alp, więc postanowił się trochę obrazić i mówić po włosku. W sumie najgorzej na tym nie wyszedł, przynajmniej łatwo stąd skoczyć do Mediolanu na kawę i wszystko rozumieć. Czy włoski ticinese różni się od włoskiego italiano? Zakładam że tak, bo za każdym razem kiedy z moją lingwistyczną szwajcarską połówką jedziemy na wycieczkę „za granicę”, jest komplementowany przez kelnerów i kelnerki, jak świetnie mówi po włosku. Czyli jednak wiedzą, że obcy. Co nie przeszkadza mu z niewinnym uśmiechem mówić za każdym razem „dziękuje”. Cierpliwie czekam na dzień, aż się przyzna że włoski to jego język rodzimy. Ja w każdym razie z wyuczonym w Polsce* italiano rozumiem ticinese.

P10807081,2,3,4. Miało być cztery.
Czwarty język to retoromański rumansch. Najprościej rzecz ujmując to mieszanka włosko-niemiecka, z którą musiały się gryźć średniowieczne księżniczki Grizonii hen, hen, za górami, za lasami, gdzieś wysoko na górskim pograniczu szwajcarsko-włoskim. Odcięte od świata księżniczki plotkowały na tyle często, że 90 lat uznano retroromański za czwarty język narodowy.
I teraz pytanie najważniejsze: Jak ci wszyscy ludzie się ze sobą porozumiewają? Z moich obserwacji wynika, że większość Szwajcarów mówi w miarę płynnie przynajmniej dwoma językami. A jakimi, TO ZALEŻY od kantonu, bo każdy kanton ustala własny zakres szkolnictwa. W Tesynie tym drugim jest francuski. Frenchi uczą się raczej niemieckiego. A niemiecka większość? Zostaje im chyba angielski, żeby być choć trochę oryginalnym. Powinni się w sumie uczyć włoskiego zgodnie z ruchem wskazówek zegara, ale wybrali kapitalizm. W każdym razie w Zurychu angielski jest na porządku dziennym.

P1080762
Polska Ja i moja szwajcarska lingwistyczna połówka stanęliśmy pewnego dnia przed dylematem: w jakim języku zwracać się do dziecka? To, że będzie dwujęzyczny nie pozostawia złudzeń. Polska mamusia będzie opowiadać bajki po polsku (bo innych nie zna), zresztą na codzień rozmawiamy prawie wyłącznie po polsku. Polski – done. 1-0. Tylko co z tym szwajcarskim? Wyszło na to, że szwajcarski tatuś będzie musiał mówić po włosku. Bo wakacje u babci i dziadka w Ticino i jakby to wyglądało, gdyby potomek nie znał włoskiego? Tyle że pewnego pięknego dnia nadejdzie ten moment, kiedy dwujęzyczny obywatel pójdzie do żłobka lub przedszkola. Niemieckojęzycznego, bo mieszkamy w części germanolinguo. Wszyscy mi powtarzają, żebym się nie martwiła, bo dzieci szybko łapią języki i w grupie się łatwo nauczy trzeciego. Ja się nie martwię o niego, mały mądrala da sobie radę, w końcu z takimi genami. Ja się martwię o siebie! Przeraża mnie myśl, że pewnego dnia na pytanie: Jak było w przedszkolu usłyszę: GutIhabeeinemrotemdinosaurierzumlunchgegessenundMatthiashateinekakainblumentopfgemacht**.
A to oznacza, że czas na naukę niemieckiego.
*z serdecznymi pozdrowieniami dla mojej drużyny pierścienia ze szkoły włoskiego Universitalis w Warszawie
**Nie mogę gwarantować, że trzylatek opowie mi płynnie po niemiecku o zjedzeniu czerwonego dinozaura i kupie Matthiasa w doniczce, więc zakładam, że tym zdaniu zrobił jakieś byki językowe.