Poradnik mamy imigrantki w Szwajcarii

Jestem Mamą-Imigrantką w Szwajcarii.

W Bernie mieszkam od ponad 5 lat i wydaje mi się czasami, że już wszystko wiem.

Przyjechałam tu z jednym berbeciem w brzuchu, a teraz mam już dwoje. Przeszłam przez wszystkie etapy wtajemniczenia mamy-cudzoziemki.

Od tego, że czuję się jak kosmitka na oceanie i nie rozumiem, co mówią do mnie inne rybki – do momentu, kiedy spotykam inną kosmitkę i z zapałem opowiadam jej,  jak to U NAS w tym oceanie jest.

Zapomniałam już zupełnie, jak to jest, kiedy człowiek ląduje w innym kraju, nie wie, od czego zacząć, w którą stronę ruszyć i co właściwie z sobą na tej emigracji zrobić.

Dlatego powstał poradnik mamy-imigrantki, co by inne kosmitki nie musiały już tego wszystkiego ode mnie wysłuchiwać, tylko z gracją i swobodą mogły się zanurzyć w oceanie szwajcarskich rybek.

Mama idzie na kawę

Podstawowy problem nowo przybyłych tu mam to – gdzie tu poznać nowe ludki? Bywa często tak, że mąż zacieśnia więzi z kolegami w pracy, a mama zostaje w domu z dziećmi i próbuje nagabywać sąsiadów, bo nic innego jej do głowy nie przychodzi. W kawiarni ciężko do kogoś obcego zagadać (helloł – jesteśmy w Szwajcarii!), no to gdzie?

Internet

Internet to nieprzebrane morze możliwości. Szczególnie dla osób, które lubują się siedzieć na Facebooku. Jest kilka grup skupiających Polaków w Szwajcarii, a kilka z nich dedykowanych jest szczególnie mamom. Są grupy lokalne (n.p Polacy w Zurychu; Polacy w Ticino; Polacy w Bernie; Polacy-Suisse Romande), są grupy tematyczne (Polscy Blogerzy w Szwajcarii; Byliśmy, widzieliśmy, polecamy – ciekawe miejsca w Szwajcarii; Szwajcaria aktywnie itp).

Są też grupy typowo mamuśkowe. Polskie Mamy w Szwajcarii (PMWS), czy też Szwajcaria aktywnie z dzieckiem. Wystarczy napisać, że szuka się przyjaznej duszy w najbliższej okolicy i zawsze się ktoś znajdzie.

Ja osobiście poznałam kilka fajnych osób dzięki blogowi i artykułom o dzieciach.

Lokalne ELKI

Mam trochę problem, jak opisać ELKI po francusku i włosku, tak, żeby były zrozumiałe dla osób z tych części Szwajcarii.

ELKI to w niemieckojęzycznej części spotkania Eltern-Kind, czyli Rodzice-Dzieci. Organizowane zazwyczaj w salkach kościelnych lub w dzielnicowych klubach spotkań mieszkańców. Z założenia są to 2-4 godziny tygodniowo, zazwyczaj przed południem, gdzie rodzice mogą przyjść ze swoimi małymi pociechami, napić się razem kawy a bachorki – pobawić w grupie. Nie są to zajęcia zorganizowane, ani płatne, raczej taka nieformalna grupa spotkań.

Jeżeli ktoś jeszcze nie pojął, jak wygląda szwajcarski model rodzinny, to ELKI świetnie się w niego wpisują. Mamy, które zajmują się dziećmi w domu, mogą „odpocząć” od domowych obowiązków w lokalnym klubie.

Warto zwrócić uwagę, że kościoły w Szwajcarii pełnią bardzo aktywną, społeczną rolę – i to bez względu na wyznanie osób. Często organizują wspólne posiłki, giełdy rzeczy używanych, spotkania karnawałowe dla dzieci itp.

Mama uczy się języka

Nie ma się co oszukiwać, większość z nas przyjeżdżając do Szwajcarii nie zna żadnego z obowiązujących tu języków obcych. Na szczęście, nie jest to problem tylko i wyłącznie Polek, a  znakomitej części cudzoziemek (i cudzoziemców).

Dlatego więc warto rozejrzeć się dookoła i po internecie. Można znaleźć całkiem niezłą gamę kursów językowych zorganizowanych przez miasto, gminę, lub różne prywatne instytucje.

MuKI

Szczególnie godne polecenia są kursy językowe Mama-dziecko MuKi (Mutter-Kinder), na które można zabierać ze sobą trochę starsze już dzieci (takie, co potrafią mówić). Takie kursy są często dofinansowane przez władze, bo ich celem jest integracja w społeczeństwie.

Ośrodki dla imigrantów/uchodźców

W Szwajcarii mieszka 25% cudzoziemców, wielu z nich do uchodźcy, którzy – z jednej strony dostają wsparcie od władz, a z drugiej – bardzo często pomagają dalej innym osobom. Dlatego też w takich centrach można spotkać się z ofertą (bezpłatnych często) kursów językowych lub konwersacji, zazwyczaj na podstawowym poziomie.

Miasto/ Urząd ds bezrobotnych

Gminy same często organizują kursy językowe. Są one albo bezpłatne, albo po obniżonej cenie. Informacje można znaleźć na stronie internetowej swojej gminy lub swojego miasta.

W ogóle warto zajrzeć na stronę swojej gminy. Nawet, jeżeli gmina sama nie organizuje kursów, to na pewno znajdzie się tam informacja, gdzie takie kursy w najbliższej okolicy można szukać. Duże miasta mają swoje urzędy ds. imigracji i tego typu informacje (lub kursy) dostępne będą właśnie tam.

Kursy językowe organizowane przy miejskich urzędach ds imigrantów są często dofinansowane przez miasto i są przez to tańsze.

Osoby, które rejestrują się w Urzędzie ds bezrobotnych (po niem. RAV) a wykonują zawód, na który jest zapotrzebowanie w Szwajcarii, dostają skierowanie na kurs językowy (płatny przez RAV), jeżeli doradca uzna, że umiejętności językowe nie są wystarczające. Nie są to kursy na bardzo wysokim poziomie, zazwyczaj kończą się na B1.

Kościoły

Jak dopiero co wyżej wspomniałam, kościoły są tutaj bardzo społeczne. Nie ma co czekać na trwogę od Boga, nawet jeśli któraś mama jest antychrystem w spódnicy. Ewentualnie katoliczką, a nie protestantką – i tak warto zajrzeć na parafialną tablicę ogłoszeń.

Przy okazji, w wielu miejscach w Szwajcarii organizowane są msze polskie. W Bernie np. jest miła pani Polka, która w salce parafialnej uczy inne Polki niemieckiego. Może w innych salkach parafialnych też się znajdą uprzejme Panie Polki.

Kursy językowe

Oczywiście, można zawsze skorzystać z kursów organizowanych przez liczne szkoły językowe. Najpopularniejsze są kursy w Klubschule Migros (Ecole-Club Migros, Scuola Club Migros), dostępne niemal w całym kraju. Oprócz tego inne, popularne szkoły językowe typu Alemania, Inlingua, Benedict.

Co do jakości – ile osób, tyle opinii. Niektórzy uważają, iż kursy z Migrosa są na niższym, niż średnia poziomie, co jest odzwierciedleniem też niższej ceny kursów.

Generalnie jednak, co by nie mówić, to kursy językowe są drogie i oscylują w granicach 500-800 Franków za 40h lekcyjnych (czyli 2-3 miesiące kursu wieczorowego).

Dziecko jest chore

Jak wiadomo, dzieci zazwyczaj są chore w sobotę w nocy, ewentualnie tuż przed świętami – dokładnie wtedy, kiedy wszystko już pozamykane i nie wiadomo gdzie szukać pomocy.

Kasa chorych

W Szwajcarii każdy rodzic ma obowiązek samodzielnie płacić za ubezpieczenie dziecka. I teraz powstaje pytanie: jaką kasę chorych i jakie ubezpieczenie wybrać?

Co do kasy chorych: raczej wybrać tę, co mają rodzice. Firmy oferują zniżki za abonamenty rodzinne, lepiej też szarpać się z jednym ubezpieczycielem, gdy dochodzi do rozliczeń, niż z kilkoma.

A jaki zakres ubezpieczenia? Największy sen z powiek spędza rodzicom wybór ubezpieczenia dentystycznego i ortodontycznego. W szkołach/gminach prowadzona jest profilaktyka dentystyczna, w ramach której raz na rok dzieci mają sprawdzane ząbki i higienę jamy ustnej.

Sprawdzane, ale nie leczone – to już trzeba załatwić na własną rękę. Dużo osób zastanawia się, czy warto ubezpieczać dzieci już jednoroczne czy dwuletnie. W końcu za dużo tam w zębach nie ma do roboty.

Dentyści są w Szwajcarii straaasznie drodzy i większość Szwajcarów wychodzi z założenia, że jednak warto ubezpieczyć już nawet maleńkie dzieci. Gdzieś to się tam zbiera w worku z ubezpieczeniami i w odpowiednim czasie się przydaje. Nie umiem z własnego doświadczenia powiedzieć, czy warto ubezpieczać ząbki dzieciom (moje mają), czy jednak opłaca się iść na żywioł i leczyć zęby tuż za granicą Szwajcarii, gdzie o wiele taniej.

Co do ubezpieczenia ortodontycznego – tu już stawki ubezpieczycieli kształtują się bardzo różnie. Bywa tak, że kasa chorych zwraca połowę kosztów, albo tak, że zwraca 90%, ale wtedy składki są o wiele wyższe. Tak więc trochę na chybił trafił. Na pewno warto porównać ofertę i tu niekoniecznie się kierować ubezpieczycielem dla całej rodziny.

Pediatra

Nie warto też zwlekać z wyborem pediatry. W dużych miastach powiedziałabym nie tylko wyborem – co wyszukaniem!

Tutaj trzeba samemu znaleźć sobie lekarza, który zaakceptuje (!) nasze dziecko i wpisze go na listę swoich pacjentów. Jeżeli nasza pociecha zachoruje, nie trzeba już panicznie obdzwaniać lekarzy w okolicy i szukać takiego, który zgodzi się przyjąć „obcego” pacjenta.

Wiele mam poszukuje lekarzy mówiących po polsku, bo nie znają lokalnego języka. Warto być świadomym, że większość lekarzy zna doskonale angielski lub inny język obcy, niekoniecznie obowiązujący w tej części Szwajcarii, gdzie akurat mieszkamy.

Druga ważna rzecz – to znalezienie najbliższej apteki, która pełni dyżur 24h. Oraz szpitala, który w nagłych przypadkach przyjmuje 24h.

Dziecko idzie do żłobka

Specjalnie piszę oddzielnie do żłobka (kita, creche, asilo nido),  a oddzielnie do przedszkola lub szkoły, bo w przypadku żłobka mamy wybór. A w przypadku przedszkola – nie.

Do żłobka przyjmowane są dzieci od 4 miesiąca życia – bo dokładnie wtedy kończy się szwajcarski macierzyński (ho, ho – ale poszaleli!).

To, co godne uwagi, to dwie rzeczy:

a) żłobki są bardzo drogie. Za 5 dni żłobka w tygodniu trzeba się liczyć z opłatami rzędu 2200- 2700 Franków miesięcznie. Rodzinom przysługuje dofinansowanie, ale co kanton/gmina/pensja, to inna zasada. Nie ma wyjścia, trzeba się dowiedzieć samemu, jakie zasady obowiązują w naszej gminie

b) żłobki są trudno dostępne. Bajki o tym, że zapisuje się dzieci, które się jeszcze nie urodziły trzeba odkurzyć i włożyć do segregatora „czysta prawda”. Inaczej czeka nas obdzwanianie dwudziestu żłobków w okolicy i wiszenie na liście oczekujących.

 A po co mi żłobek?

Wiem, że bardzo dużo mam ma dylemat moralny z oddaniem berbeciów do żłobka. To, co można zapisać na plus to fakt, że nie trzeba dzieci oddawać od razu na cały tydzień. Przy istniejących tu warunkach społecznych dwudniowa opieka w żłobku jest jak najbardziej normalna.

Ważne jest również to, że nasze dzieci od małego będą się rozwijały z językiem lokalnym – szczególnie, jeśli wychowują się w rodzinie polskojęzycznej.

Moje dzieci są najlepszym przykładem na to, jak świetnie radzą sobie dzieci wielojęzyczne (Moje dzieci są dwujęzyczne. A właściwie trójjęzyczne). 

Dziecko idzie do Spielgruppe

A jeżeli nie do żłobka, to może chociaż do Spielgruppe? Google mnie przekonuje, że po francusku nazywa się to Garderie, a po włosku w ogóle się nie nazywa (Gruppo Mama ed io? Incontro di gioco?).

Spielgruppe jest płatne, trwa 2-3 h, raz lub dwa razy w tygodniu. Dzieci są tu pozostawione pod czujnym okiem opiekunek, a nie mam. Mamy idą w tym czasie do kosmetyczki.

W Spielgruppe bachorki nie tylko rozwijają swoje umiejętności pracy w grupie (na co w Szwajcarii kładzie się bardzo duży nacisk), ale też mają pierwsze doświadczenia z lokalnym językiem. To bardzo ważne, jeżeli potem mają uczęszczać do przedszkola i mieć kłopoty ze zrozumieniem innych dzieci.

Tak w ogóle, im szybciej dzieci uczą się różnych języków, tym lepiej. Mówię Wam to ja, lingwistka z zawodu, która z niejednego obcojęzycznego pieca chleb jadła i nawet jako stara kwoka nauczyła się niemieckiego.

Dziecko idzie do szkoły

Obowiązek szkolny w Szwajcarii jest dla dzieci od – mniej więcej – czwartego roku życia. Mniej więcej, bo w niektórych kantonach jest od trzeciego. Czasami jest to dwu- ( lub trzy-) letnie przedszkole, czasami nazywa się już to szkoła.

Zazwyczaj jednak obowiązuje ta sama zasada, czyli że punkt odcięcia rocznika jest w lipcu/sierpniu. Dzieci z danego rocznika urodzone później muszą poczekać jeszcze jeden rok. Natomiast dzieci urodzone niewiele wcześniej – czyli w czerwcu lub lipcu – mogą wybrać. Jeżeli rodzice uznają, że chcą z dziećmi posiedzieć w domu dłużej, to maluchy rozpoczynają naukę szkolną w wieku 5, a nie 4 lat.

Zaczynamy przedszkole

Dzieci do przedszkola nie zapisuje się samemu. W okolicach grudnia rodzice z nowego rocznika dostają od gminy komplet dokumentów i formularzy do wypełnienia i to gmina decyduje, do którego przedszkola/szkoły nasza pociecha będzie zapisana.

Rodzice mają prawo do odwołania się od tej decyzji. Krążą legendy, że niektórym się udało – to w dużej mierze zależy od dobrej woli kierownictwa szkoły.

Można wybrać dla dziecka przedszkole prywatne (np. Montesori) i jeżeli zaznaczymy to w odpowiednim formularzu, to nasze dziecko spełnia obowiązek szkolny w rozumieniu szwajcarskich przepisów.

….i po przedszkolu

Najważniejsza informacja, od której każdej mamie grdyka zastyga nieruchomie w gardle, a oczy robią się większe od 5 Fr. Przedszkole jest do godz. 12, a szkoła ma przerwę obiadową – również od tejże 12.00. Wtedy dzieci karnie maszerują do domu na obiadek, który im karnie przygotowały mamusie.

A jak mama w pracy?

Trzeba się dobrze zorientować w ofercie dodatkowej, która jest u nas w okolicy. Maluchy przedszkolne często mogą być odbierane przez pobliskie żłobki – ale często też żłobki nie chcą „obcych” czterolatków i akceptują tylko swoje, „byłe” dzieci.

Inną opcją jest tzw. Tagesmutter, czyli mama na etacie opiekunki, która zajmuje się 4-5 dzieci do czasu powrotu ich rodziców z pracy.

Opiekunka? Ciężki temat. Opiekunki są w Szwajcarii bardzo drogie, to zawód jak każdy inny, trzeba ją oficjalnie zatrudnić i opłacić ubezpieczenie jako pracodawca. I dlatego mało kogo na to stać. Pozostaje opcja au-pair, która też jest regulowania prawnie, np może to być tylko osoba do 26 roku życia, która musi mieć przez pracodawcę opłacony kurs językowy i własny pokój.

Są jeszcze „świetlice”, czyli po niemiecku Tagesschule/ Tägi lub Horty. Ale – po pierwsze nie każda szkoła lub gmina ma obowiązek ich organizowania. Czasami po prostu ich nie ma.

Po drugie – często są poza budynkiem szkoły (który z zasady jest zamknięty na czas przerwy obiadowej), więc nasze małe jeszcze dzieci mogą sobie nie dać same rady. Zanim zapiszecie dzieci do Tagesschule, upewnijcie się, że ktoś przyjdzie odebrać biednego czterolatka ze szkoły i zaprowadzi do „świetlicy”.

Mama ma problem

Z dzieckiem.

Czy to małym, czy też już takim pyskatym, co to od ziemi odrosło i nos ma wyżej niż własne ego.

O pomoc w problemach wychowawczych i opiekuńczych można się zwrócić do Doradztwa dla Matek i Ojców (Mütters- und Vätersberatung, Centre de Puericulture). Regionalne centra znajdują się m.in w Zurychu, Bernie, Zug, Aargau czy Baden.

Doradcy mówią często w więcej niż jednym języku, ale warto telefonicznie sprawdzić, czy przyjmie nas akurat ktoś, kto się z nami dogada.

O czym można porozmawiać w takim centrum doradczym? Od odparzeń po pieluchach i buncie trzylatka, po siedzenie godzinami przed komputerem czy podgryzanie warkoczy koleżankom z klasy. Od dzidziusia po nastolatka.

Przy centrach doradczych są też często zlokalizowane giełdy pracy dla latorośli – jeśli chcą sobie dorobić w wolnym czasie, lub jeżeli mamy ich już dosyć i mają sobie sami zapracować na kieszonkowe.

Dziecko uczy się polskiego

Polskiego dziecko może się uczyć, bo na przykład w Szwajcarii jest tylko parę lat i wróci do polskiej szkoły.

Albo rodzicom bardzo zależy, żeby nauczyło się poprawnie pisać i czytać po polsku.

W Szwajcarii jest kilka możliwości nauki polskiego.

Po pierwsze, Szkoła Polska przy Ambasadzie w Bernie, oraz ta sama Szkoła z siedzibą w Zurychu.  Oprócz tego jest szkoła polska w Genewie, w Bazylei, Polska Szkoła im. Macieja Płażyńskiego w Lozannie- Marly oraz  Polska Szkoła przy Polskiej Misji Katolickiej w Zurychu. 

Nauczanie zdalne oferuje Polska Szkoła Internetowa Libratus.

Uff, to prawie wszystko.

Jak tam, mamy kosmitki?

Czujecie się już trochę jak rybki w szwajcarskim oceanie?

Szwajcaria walczy z koronawirusem. Sytuacja w służbie zdrowia i w gospodarce

koronawirus w Szwajcarii

Jak Szwajcaria walczy z koronawirusem?

Szwajcaria wysuwa się na czołówkę państw światowych dotkniętych koronawirusem. Zgodnie z danymi Worldometers, jest obecnie na 8 miejscu pod względem potwierdzonych przypadków zakażeń.

W jaki sposób kraj podszedł do walki z wirusem i jak to wpływa na lokalną gospodarkę?

Zaledwie tydzień temu napisałam post o tym, jak bardzo koronawirus zmieni nasze życie. Nie przewidziałam jednak dwóch rzeczy. Tego,

a)  jak bardzo moje przewidywania okażą się słuszne

b) że zmiany nastąpią tak szybko

Czytaj dalej Szwajcaria walczy z koronawirusem. Sytuacja w służbie zdrowia i w gospodarce

10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek

WEngen Szwajcaria

Wydawało mi się, że na ten temat napisał już każdy, kto może.

Wydawało mi się, że jest to dla każdego osobnika w i spoza Szwajcarii oczywiste.

A tymczasem ostatnio rozmawiałam przez telefon z kolegą z Polski i usłyszałam: „Ale jak to? Niemożliwe! Przecież to jest totalnie bez sensu. Tak się nie da pracować!”.

No nie da się i tu jest cały pies pogrzebany.

O co chodzi, mili Państwo?

O pracę matek w Szwajcarii.

Czy matkom w Szwajcarii żyje się źle?

Nie, absolutnie. Sama nawet o tym już kilkakrotnie pisałam. Jako mama dwójki berbeci nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego miejsca do mieszkania, niż Berno.

Mam duży wybór żłobków, szkół, przedszkoli, placów zabaw, pediatrę za rogiem. Jest czysto, bezpiecznie, zielono, bezstresowo.

Dlaczego jest mieć fajnie dzieci w Bernie?
Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

 

Problem się zaczyna, gdybym chciała być w tym samym czasie mamą pracującą zawodowo.

Czytaj dalej 10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek

To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

wychowywanie dzieci w Szwajcarii

Jak wygląda wychowywanie dzieci w Szwajcarii?

Pomożecie? Pomożemy

Tak zapewne kiedyś jakiś szwajcarski Gierek zapytał się lokalnych kobiet, a one z uprzejmym uśmiechem na twarzy kiwnęły głową na znak zgody i wzięły się do roboty.

I to nie byle jakiej, bo do rodzenia dzieci.

W razie, gdyby swojskich matek zabrakło do podnoszenia narodowego dobrobytu, do roboty wzięły się też liczne zastępy matek z importu.

W Szwajcarii – w przeciwieństwie do wielu wysokorozwiniętych państw – dzieci rodzi się niemało.

Pytanie tylko – czy to się opłaca? Czy warto się zaopatrzyć w liczną osobistą polisę do podawania szklanki wody na starość? Czym grozi posiadanie dzieci w Szwajcarii – wady i zalety wychowywania przychówku w kraju pod Alpami. Czytaj dalej To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

Pamiętacie, jak się zachwycałam Szwajcarskim tyglem językowym i tym, jak ten kraj świetnie funkcjonuje z czterema językami narodowymi? No więc, trochę tu pomieszkałam i mogę teraz dodać łyżkę dziegciu. Żrą się. Z klasą, z dystansem (jak to Szwajcarzy), z pełną demokracją – ale się żrą. Bo się nie mogą dogadać, jak się mają dogadywać.
A sprawa wygląda tak: Otóż niby te cztery języki funkcjonują w równym stopniu, ale jednak są równi i równiejsi. Najbardziej równy jest niemiecki schwiizerdüütch (przestałam się przejmować, jak sie go pisze, bo i tak się go tylko mówi i tylko małolaty w sms-ach wiedzą, jak się go używa, a ja małolatą już dawno nie jestem). Z prostej przyczyny – ponieważ używa się go w większości kraju – jest też najbardziej rozpowszechniony i najpotężniejszy. Gdzieś tam na zachodzie upchany po lewej stronie mapy, czyli przy Francji, jest francuski. Jest go o wiele mniej, ale dzielnie nie daje sobie wejść na głowę potężnemu pseudo-niemieckiemu sąsiadowi. I tylko włoski najbiedniejszy, bo nie dość, że heeen, za górami, za lasami, to jeszcze tylko jeden prawdziwy kanton go używa (Ticino) i pół takiego włosko-niemieckiego (Gryzonia zwana pieszczotliwie Graubunden lub Grigioni). O tym czwartym, retoromańskim nie będę się rozpisywać, bo już pozostałe trzy idą ze sobą na noże, to co będę czwarty do wojny szwajcarsko-szwajcarskiej mieszać.
Czytaj dalej Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

9 nostalgicznych wspomnień o dorastaniu w Szwajcarii. Tfu, w Polsce

Niedawno pewien nowoszwajcarski Dimitri opublikował nostalgiczne wspomnienia, jak to było onegdej dorastać w Szwajcarii. Mogłabym na tym poprzestać i wkleić link do artykułu (KLIK: link o tutaj), ale co to ze mnie za Polka, że niby w Szwajcarii mieszkam a własnych peerelowskich wspomnień nie mam? Nie będę powtarzać za Dimitrem, jak ktoś ciekawy niech sam kliknie do źródła. U mnie na blogu swojsko. Polacy nie gęsi, swoją nostalgię też mają, a co. Szwajcarsko-polska bitwa na wspomnienia z zeszłego stulecia.

  • Kiedy recytowałeś wierszyk, żeby Św. Mikołaj nie zabrał cię ze sobą w worku

No, to takie banalne trochę jest. My w Polsce też wierszyki i piosenki Mikołajowi śpiewaliśmy. Mamy za to coś, czego Szwajcarom brakuje: czar plastikowej reklamówki z pracy mamy lub taty, wypełnionej kilogramem mandarynek i odrzutowych czekoladek. Paczki świąteczne dla dzieci to był hit, dzięki temu kochaliśmy komunistyczne zakłady pracy miłością nieodwzajemnioną. Podobno mandarynki i pomarańcze tylko na Święta rzucali do sklepów, a czekoladki były odrzutowe nie dlatego, że przeleciały długą drogę, tylko że to odrzuty z eksportu były. Wybrakowane ptasie mleczko i połamane czekoladowe wafelki. Mmmm pycha!
p1020628-w1024

  •  Kiedy nosiłeś butki tigerfinkli jak wszyscy twoi koledzy

Butki Tigerfinkli to takie brzydactwo made in Switzerland, udające lamparcią (tygrysią? no nie, nie tygrysią) skórę i z czerwonym pomponem. Do tej pory można kupić te pseudotradycyjne kapcie na bazarkach i lokalnych targach. Nie wiem, jak to się może komuś podobać. Nawet wersje dla dorosłych produkują, co prawda już nie w Szwajcarii, lecz…w Polsce. Co nie zmienia faktu, że my się możemy pochwalić gorszym obuwniczym badziewiem, czyli szkolnymi juniorkami, obowiązkowymi jeszcze za czasów mojej podstawówki. Jeżu, jakie to okropne było, tak jakby ktoś na siłę produkował najbrzydsze buty na świecie. A nie, przepraszam – brzydsze były te noszone przez panie sprzątające, woźne i salowe w szpitalach: wersja juniorki-senior, z materiału, za kostkę i z wycięciami na palce i pięty. Obowiązkowo sznurowane. Teraz podobno najbrzydsze buty na świecie projektuje Kanye West. Kanye: welcome to PRL!
p1020624-w1024

  •  Kiedy do szkoły podstawowej nosiłeś tornister pokryty kozią skórą

Takie mam mieszane uczucia trochę… Ekologiczna i porządna Szwajcaria, a biedne kozy na tornistry ze skóry obdzierali? Tradycja najwyraźniej nadal żywa, bo dziś rano widziałam taki plecaczek u jednego z dzieciaków pod szkołą. Za czasów mojego bujnego dzieciństwa bachorstwo na pewno nie ubierało się w skóry i aksamity, tylko w kryzysowe tornistry z pseudo-plastikowego skaju. Na pewno nie na kilka sezonów, bo rączka odpadała już po miesiącu. Za to niedługo potem weszły do mody pudełka na plecy udające tornistry, hit zachodu, jeszcze z bajkami na przykład – obiekt pożądania każdego małolata. Teraz nie w temacie trochę jestem, moje pisklę na razie za małe na szkolną wyprawkę, więc nawet nie wiem, jaka moda panuje pod flagą biało-czerwoną. Kultowe trzy paski Adidasa lub łyżwa Najka? Czy jednak dizajn made in Biedronka?

  •  Kiedy czołgi szwajcarskiej armii przejeżdżały przez miasto, a ty prosiłeś żołnierzy o ciasteczka i batoniki czekoladowe.

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, czy przejeżdżające przez polskie miasta czołgi na początku lat osiemdziesiątych rzucały dzieciom cukierki raczki i krówki. Chyba nie… Może dlatego powetowaliśmy sobie straty związane z brakiem zabawy z miłującymi pokój żołnierzami hitem przedszkola: zabawą w Czterech pancernych i psa! Ja byłam zawsze Lidką, Marusia była za szybko obsadzana i nie zdążałam się na nią załapać. A każdy chłopiec musiał być Jankiem, więc zazwyczaj w grupie słoneczek lub krecików było 10 Janków na jedną blondwłosą Marusię.
fb_20170214_19_19_10_saved_picture

  • Kiedy wycieczka na koniec szkoły była na najwyższe wzniesienie w kantonie

Ja warszawsko-nizinna jestem, więc najwyższych puntów widokowych w naturze trochę brak. Chyba, że liczyć Pałac Kultury i Nauki. Szwajcarskie dzieci wysysają z mlekiem krowim miłość do zadeptywania tych biednych Alp wszelkimi możliwymi szlakami turystycznymi, polskie – miłość do ojczyzny i patriotyzmu. Zamiast wycieczek krajoznawczych po okolicy mieliśmy obowiązkowe wycieczki na groby poległych w czasie wojny, porozrzucane po pobliskich lasach. Każda szkoła miała „swoje” groby do opieki, co miesiąc inna klasa je czyściła i oddawała cześć.  A w ramach kontaktu z naturą obowiązkowo jeszcze lekcje w-f były zamieniane na grabienie liści wokół szkoły. Może dzisiejsi narodowcy też by trochę pograbili liście, zamiast robić patriotyczne zadymy.
p1070360-w1024

  •  Kiedy obwoźny sklep Migros pojawiał się w mieście, a rodzice dawali ci frankola na coś słodkiego

E tam, obwoźne sklepiki niech się schowają w porównaniu z naszymi odpustami. Różowa mordoklejka zwana też pańską skórką i domowej roboty jojo z folii aluminiowej wymiata. Tak przy okazji, ktoś wie, z czego jest zrobiony ten słodki hit odpustowo-cmentarny? Teraz panuje głównie na 1 listopada, bo odpusty trochę w niepamięć poszły. Zresztą tak jak obwoźne sklepy Migrosa.

  • Kiedy na tarasie widokowym z Zurychu obserwowałeś samoloty Swissair

Taras widokowy to każdy może sobie wybudować, żadna sztuka. Ale stworzyć Misia, kultową komedię Stanisława Barei? To tylko u nas. Dla mnie taras widokowy na lotnisku jest niepowtarzalnie związany z ko(s)miczną sceną na Okęciu w Warszawie:
– Ale ja mamę odprowadzam!
– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer…  O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz). Mamę możecie pożegnać z tarasu widokowego.

Najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.
img-20150917-wa0004

  • Kiedy musiałeś odnaleźć zielony wagon kolei dla niepalących

Zielony, nie zielony – grunt to było odnaleźć jakikolwiek wagon, do którego dało się wcisnąć choćby milimetr ciała. Wy też tak jeździliście? Najpierw przez okno dzieci, niech zajmą miejsce w przedziale. Dalej wędrowały bagaże i narty, a na koniec rodzice próbowali się dostać do swojego dobytku i pociech po trupach bagaży innych pasażerów, którym szczęśliwie udało się zająć miejsce na krzesełku w korytarzu. Dla podróżujących inaczej zostawały jeszcze miejscówki w wersji lux na kibelku w toalecie. Ach, to były czasy…..