Dlaczego fajnie jest mieć dzieci w Bernie?

  1. Odwożę pisklę do żłobka na rowerze. Mimo, że pisklę jest w wieku żłobkowym, to znaczy takie małe w sumie, nikt się na mnie nie patrzy jak na wyrodną matkę, co to biedne kilkumiesięczne dziecko targa ze sobą na welocypedzie, zamiast wygodnie samochodem pod drzwi dostarczyć. Jedyny problem, że inni rodzice też są tacy mądrzy jak ja i muszę się rano przedzierać  przez tabuny rowerów zaparkowanych przed żłobkiem.
  2. Jeżdżę z tym dzieckiem na rowerze po ulicy. Nikt na mnie nie trąbi, nie mam zawału serca za każdym razem, jak przejeżdża koło mnie ciężarówka, bo jak widzi dziecko z tyłu, to i tak zwolni poniżej pięciu dych. I teraz uwaga – albo mam wyznaczone na jezdni pasy rowerowe, albo…ich nie mam. Taka różnorodność. I co w związku z tym? Ano nic, samochody dalej na mnie nie trąbią, czekają grzecznie aż się wcisnę, przeturlam, wepchnę, zmieszczę i jeszcze potrafią na skrzyżowaniach się zatrzymać i poczekać, aż przejadę. Takie cuda.
  3. Jak nie dziecko, to mogę na rowerze wozić brzuch. Z dzieckiem. No, wyrodna matka, wyrodna. Nie dba o siebie w ciąży. Jak i setki innych matek, co te brzuchy na rowerach targają. Nikt im się w czoło nie puka, a na pytanie lekarza, jak długo mogę się tak tarabanić, usłyszałam – może Pani pojechać na rowerze do porodu. Gites.
  4. Mam zjazdy, podjazdy, obniżone krawężniki i nie muszę się zastanawiać, gdzie przypadkiem spotkam schody na spacerze. To w wersji, kiedy zamiast na rowerze młodzież podróżuje po mieście w wózku (tu już kiedyś pisałam o tym, jakie fajne Berno jest: KLIK).
  5. Taki mi się egzemplarz pisklęcia głodomora trafił. Ryczał w promieniu kilometra tak, że ni du du, tylko teraz i natychmiast mi tu mleko dawaj, nie będę czekał, aż sobie ustronne miejsce do karmienia znajdziesz. Berno oferuje całkiem przyzwoite rozwiązanie dla takich mlecznych terrorystów – każda apteka powinna zapewnić pokoik do karmienia dziecka piersią, a najbliższą aptekę z jadalnią można znaleźć w telefonicznej aplikacji. A nawet jak mi się nie udawało sprintem do tej apteki dobiec, zanim bębenki w uszach popękały, to i tak nikt NIGDY nie zwrócił mi uwagi, że karmię w miejscu publicznym. Na ławce, na trawce, w kawiarni, w fabryce czekolady. Podobno hitem wśród lokalnych matek są przymierzalnie w sklepach, ale nie próbowałam. Podobno istnieją też barbarzyńskie kraje, gdzie matkę karmiącą wysyła się do toalety…Photo 21.06.15 15 08 57
  6. Co ulica, to plac zabaw, żłobek albo przedszkole. W Bernie obrodziło w dzieci, to gdzieś tę całą bandę trzeba upchnąć. Jak mnie stać, mogę przebierać w żłobkach, jak w ulęgałkach, tylko… no właśnie, jak mnie stać. Na żłobek potrzebna niezła pensja, jest dwa razy droższy niż wynajem mieszkania. Nie ma jednak tego złego Szwajcara, co by na dobre nie wyszedł. Do żłobka należy się dofinansowanie z zakładu pracy. Jak nie pracuję, to jest dofinansowanie z miejskiego socjala. Jak i to mnie nie urządza, to mogę wziąć udział w zajęciach przygotowawczych dla dzieci bez żłobka. Koszt…10 frankoli na miesiąc. To takie dwie duże kawy. A przedszkole to już raj…. Za darmo 😉
  7. Jeżeli koło mnie mieszka banda innych, równie dziko biegających dzieciorów, to mogę wystąpić do miasta o obniżenie dopuszczalnej prędkości ruchu w pobliżu domu. Bo dzieciory po ulicy biegają i w to kierowcy muszą się do nich dostosować.
  8. Jak już dzieć zacznie być w wieku przedszkolno-szkolnym, to będzie się mógł sam wypuszczać z domu do obowiązku pedagogicznego. Bo – co oczywiste – każdy kierowca przepuszcza pieszych, w tym dzieci, na pasach. Ale to oczywista oczywistość w Szwajcarii. A każdy mały dzieć musi nosić żółty odblaskowy trójkącik, co by go było widać z daleka i na wszelki wypadek kierowca mógł zwolnić, jak jeszcze przedszkolak po chodniku bryka i ani myśli przechodzić przez ulicę. Wspominałam już, że brzdącale przechodzą same przez ulicę?P1040265
  9. Tanio to tu nie jest, nie ma się co oszukiwać. A dzieci, jak wiadomo, kosztują. W dodatku produkuje to takie małe tyle ton ubranek, zabawek i pierdutek, że po roku nie wiadomo, gdzie to wszystko upychać po kątach. Dzięki Ci Panie Boże – a raczej Matko Boska (bo ty wiesz, o czym mówię) –  za wszystkie giełdy, kiermasze i sklepiki z rzeczami dla dzieci. W Bernie i okolicach organizują ich całkiem sporo, a niektóre są całoroczne. Do wyboru są dwie opcje: albo można przytargać do domu kontener ciuszków i nie zapłacić za to majątku, albo się równie podobnego kontenera z domu pozbyć. Jedna i druga opcja idealna dla zakupoholików, czyli każdej matki piejącej w zachwycie nad nową różową sukieneczką.

Co ja tutaj robię? #4 Lustereczko powiedz przecie, kto jest najfajniejszy w świecie

Zadanie na dziś to wybór konkretnej osoby, do której chciałabym skierować swój blog. Rozdwojenie jaźni i cellulitis robią jednak swoje i skończyło się nie na jednej, a na trzech.
ON siedział mi w głowie już od dawna, od kiedy zalęgła w niej idea opisania na blogu Canyoning w Cresciano, w kantonie Ticino. Nie, to nie to spływanie nakichaną powietrzem łódką górskimi rzekami (to canoeing). A to chodzi o kaniony, czyli skałki, woda i takie tam. Kto w Polsce jest na tyle rąbnięty/porąbany, żeby przyjechać do Szwajcarii i skoczyć z wodospadem prosto na skały i jeszcze się z tego cieszyć? Jureczek, oczywiście. Yuri Drabent, najbardziej zakręcony człowiek, jakiego mi przyszło spotkać w życiu. W dzieciństwie mama kręciła mu na włosach wałki na noc i tak mu już zostało – bujna szopa z loczkami, mogąca startować w konkursie na mistera Afro 2015. Nie może się zdecydować, czy chce być Ikarem, czy Batmanem, więc skacze i lata, a przy okazji jest guru mediów społecznościowych w Polsce (i nie tylko). Ja babcia nierozwojowa się trzymam tylko fejsbuka i ostatnio piszę bloga, on wie co piszczy w internecie zanim ktoś dojrzy dziurę i piszczącą w niej myszkę. Super pozytywnie nakręcony człowiek, gadający z prędkością karabinu maszynowego a charyzmy ma za 1000 Wilhelmów Tellów. No więc Yuri byłby odpowiedni, żeby przeczytać mój post o równie naadrenalinowanych facetach, co on i czym prędzej popęndolić do Ticino. Tylko że… jeszcze tego postu nie napisałam…. Na zachętę zdjęcia z Sasso Bianco, ulubionego miejsca kanioniowców (zwanych inaczej jaskiniowacami) i filmik z Yurim. Dla wrażliwych na piękno języka polskiego- lepiej bez dźwięku.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 
JEJ nikomu przedstawiać nie trzeba. Zdarzyło mi się dwa razy, że prawie ją spotkałam. Raz, 11 lat temu, w egipskim raju nurkowców i snoorklowców idę sobie promenadą i patrzę: o Martyna Wojciechowska. Tak mnie zatkało, że nawet dzień dobry nie powiedziałam. Drugi raz, jak zobaczyłam na fejsie zdjęcie koleżanki z korpoławki z Martyną na korytarzu. To jak to, była u nas w firmie? No była. A ja przegapiłam. Martyna zdobyła już wszystkie ośmiogóry na świecie, jakie były do zdobycia, więc mierne alpejskie czterotysięczniki w Szwajcarii to dla niej Pan Pikuś. Gdzie by tu zabrać na spacer naczelną National Geografic i Kobietę z Końca Świata , co już wszystko widziała i ser z niejednego pieca jadła? Hmm… może do Sigriswil? Mam do końca marca dwa kupony rabatowe na spacerek 36 metrowym mostem panoramicznym, rozciągniętym między dwiema górami nad jeziorem w Thun. Widoki obłędne, trochę pikawa szybciej bije, bo most ażurowy i widoki spod stóp też można oglądać, z tym że jest jeden mały problem. Kupony dostaliśmy z moją szwajcarską połówką, jak obżeraliśmy się ciastkami w fabryce Kambly i mieliśmy się na ten spacerek wybrać razem. Jak pojadę z Martyną, to on będzie musiał zostać w domu. No nic, wmówię mu, że ma lęk wysokości. Może łyknie. Najwyżej poczyta sobie na blogu, jak było nam z Martyną fajnie. W poście o Sigriswil, co jest tutaj: KLIK (nie ma jeszcze postu, to KLIKa też nie ma. Znowu). Na otarcie łez kilka zdjęć fabryki w Kambly. Nie będę wredna, widoku ciastek wam oszczędzę.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


To po trzecie i ostatnie już się poprawiam i post dla NIEGO już jest, proszę tu: KLIK – Dlaczego Warszawa to nie Berno?. Odpowiedni człowiek do Szwajcarii i do Berna, gdzie rządzą rowery, a on jest pierwszym prezydentem w Polsce, co służbowo i w garniturze jeździ do pracy na rowerze. Współczesny szeryf bez kapelusza, zaprowadzający porządek w mieście niczym 11 sprawiedliwych, prezydent Słupska Robert Biedroń. Podobno od kiedy objął urząd ustawiają się do magistratu wielomiesięczne kolejki Słupeczków i Słupeczek, którzy koniecznie chcą wyjść za mąż lub za żon przed obliczem pana prezydenta.
No to na dzisiaj robota skończona. Jakby Robert chciał kiedyś naprawiać świat wzorem Szwajcarów, to przepis na to ma gotowy – na moim blogu. I wybór jego osoby nie ma nic wspólnego z tym, że właśnie się zgłosiliśmy z frankiem do randki na BLOG ROKU 2015 w kategorii publicystyka, gdzie Robert jest jurorem. Nic a nic. Wcale. Wcalusieńko.
[blog_subscription_form]
Blogging U.