Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Ja to jestem bombowa, a w domu to mam wręcz atomowo. Mój prywatny James Bond powiedział kiedyś, że umie zepsuć każdą elektrownię na świecie tak, że po miesiącu wybuchnie i nikt nie będzie wiedział dlaczego. I jak tu się w takim agencie nie zakochać? Nie dało się, to się wzięłam i wyszłam za mąż. I teraz mam nie byle jakiego asa w domowym rękawie, a tu o ważną rzecz chodzi. Ano mianowicie o to, czy szwajcarskie atomówki mają być chwilówki, czy jeszcze im trochę przyjdzie żyć na tym łez padole. Się szwajcarscy Zieloni zawzięli na elektrownie jądrowe i za tydzień brać helwecka zagłosuje w referendum, czy chce jeszcze trochę pożyć w atomowej chmurze, czy powie chmurze bye bye i odeśle do Czarnobyla. Albo do Fukushimy. Czytaj dalej Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Co ja tu robię? #12 Pierwiosnki, pierwiastki, pierwsze koty za płoty

Uniwersytet blogowania się kończy. I dobrze w sumie, bo nie nadążałam z tymi pracami domowymi. Dobra, przyznam się, skończył się tak na prawdę dwa tygodnie temu. Dzisiaj już ostatni post z tej serii. Czas na blogowy rachunek sumienia. Akurat dobrze się składa, bo:

 
Nie chodzi o to, że po tym uniwersytecie jestem już całkiem odjechana jak kosmici, tylko że właśnie nam z frankiem szwajcarskim stuknął pierwszy rok, odkąd zaczęliśmy chodzić na randki. A dzisiejsze zadanie na uniwersytecie polega na zaplanowaniu przyszłości bloga w oparciu o to, co nasze śledzie vel followersi czytają na randkach najchętniej. Potem wystarczy już tylko systematycznie co miesiąc/co tydzień o tym pisać. Bez wymówek, że nie mam czasu, że się muszę bawić w lokomotywę, odrabiać niemieckie Konjuktivy lub inne takie włoskie Subjonktywy. Tylko co tu wybrać? To może ciekawe miejsca w Szwajcarii do zwiedzenia. Tak raz na miesiąc, dajmy na to 15-ego. Trochę się już tego zebrało, o Gruyere, Bernie, śladami Jamesa Bonda. Albo o zakręconych ludkach, co im przyszło żyć pod alpejską gwiazdą. Tylu ich ciekawych po świecie chodzi i pływa. O Einsteinie już było. O Narutowiczu też. A tu jeszcze Roger Federer, Mario Botta, H.R. Giger w kolejce czekają.  To ich też raz na miesiąc wrzucimy w kalendarz, może na 23- ego. A jeszcze kultura i sztuka, bo to przecież blog z misją, pod strzechy trzeba upychać tę nieznaną helwecką spuściznę. Dadaizm nie wystarczy, było też już co prawda o paradzie miłości w Zurychu i o tahitańskich pannach na wydaniu, ale przydałoby się może o Paul Klee, albo o takim fajnym muzeum dla dzieci w Ticino, Museo in Erba. Nie, muzeum dla dzieci będzie w cyklu o tym, co można superanckiego robić z dziećmi w Szwajcarii. To kultura niech ich do kalendarza na 5-ego, a dzieci – na sam koniec, na 30-ego na przykład. Luty będzie poszkodowany, bo nie ma 30-ego. I jeszcze o kuchni, bez czekolady nie dam rady. I o Szwajcarach. I tak ad hoc, co mi przyjdzie do głowy. To wyjdzie razem tych postów w miesiącu… za dużo. Jak to poetycko stwierdziła niedawno jedna z moich śledzi na fejsie: Super blog, ale co za dużo, to i świnia nie przeżre. W sumie racja. Plan A nie wypalił.
To w takim razie trzeba inaczej, tak po szwajcarsku. Na scenę wkracza plan B. Kalkulatory w dłoń, statystyka od zawsze była najbardziej ulubionym i najmniej nudnym przedmiotem wszystkich studentów, więc pójdzie gładko. Co najchętniej czytają Polacy na polskim blogu o Szwajcarii?
W ciągu ostatniego roku najchętniej czytanymi randkami były  – ta ram ta dam….

  1. 8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką
  2. 10 oznak, że jesteś już Szwajcarem
  3. Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, czyli co stereotypowy Polak wie o Szwajcarii
  4. James Bond na szwajcarskich wakacjach

No i git. Wychodzi na to, że Polacy najbardziej lubią czytać o Polakach. To trochę kiepsko rokuje dla bloga o Szwajcarii. Dobrze, że chociaż ten 007 Bond ratuje statystykę. No nic, zostaje mi chyba jednak plan A do realizacji. Z tym, że będzie bardziej polski niż szwajcarski, trochę ułańskiej fantazji sobie zostawię, co mi przyjdzie na myśl pod perukę, to napiszę. Czekajcie, a się przekonacie.
A na koniec statystycznie najczęściej pojawiające się kraje, do których udał się frank na randki. Nie, to by było za banalne. Wiadomo, że Polska i Szwajcaria. To w takim razie te z drugiego krańca listy – najrzadziej: Arabia Saudyjska, Malediwy, Tajlandia, Czechy, Słowacja (a tym co się nie podoba? W końcu po polsku też zrozumieją.) Katar (na zdrowie), Aruba i Barbados (Barbados???). I jeszcze Korea Południowa. Dobrze, że nie Północna.
W sumie czytaliście nas już ponad 10.000 razy. Dziękujemy i zapraszamy z frankiem na kolejne randki. W prezencie i na zachętę małe video. Też go nie rozumiem, ale czym więcej razy go oglądam, tym bardziej się śmieję. Może to jest recepta na udany blog.  Aloha! (to dla tych z Barbadosu).

 
 
 
 

James Bond na szwajcarskich wakacjach

Dolina Verzasca, James BOnd

Wakacje James’a Bonda

Taki James Bond to ma fajnie.

Gdzie nie pojedzie, to właściwie jest na wakacjach. Ładne widoki, piękne samochody, szybkie kobiety (samochody też zresztą szybkie).

No, może z wyjątkiem Korei Południowej. Tam go chyba w więzieniu trochę przytapiali (słownik mi sugeruje, że nie ma takiego słowa i powinnam użyć przetapiali lub przytępiali. W sumie to to samo).

Ale, ale, co tam się będziemy przyczepiać do jakiejś Korei.

Generalizując – Oh James ma klawo.

Coś tam co prawda raz na jakiś czas namiesza, gdzieś świat uratuje, ale akcje z bronią w ręku tak się szybko dzieją, że i tak nikt ich nie rozumie. No a po skończonej robocie może już sobie zwiedzać cały świat.

Furkot kół na przełęczy Furka

Szwajcaria jest tak piękna, że ach och, nie dziwota więc, że go do kraju z Alpami raz i drugi zawiało na wakacje.
Przełęcz Furka
Pierwszy raz był tylko przejazdem.

Zafurkotał przez chwilę bardzo bardzo złym ludziom na przełęczy Furka a potem pokiwał Złotym Paluszkiem w Genewie.

I tyle go Goldfinger widział.

Widok, za który można zabić

W głowie mu się pewnie od serpentynek na drodze zakręciło i nieco letnie słoneczko przygrzało, bo od tej pory wskakiwał tu głównie zimą.

Szkoda, że kilka razy incognito, w dodatku tylko na chwilę.

Raz udawał, że Zabójczy Widok ośnieżonych gór to Syberia, nie Szwajcaria, więc szkoda atramentu internetowego na taki View to Kill.

Szpieg co mnie kochał też że niby w Austrii na tych nartkach tak pomykał, a to słodkie St. Motitz było.(tu KLIK, żeby się przekonać jakie słodkie jest St.Moritz).

Czego się nie robi dla Jej Królewskiej Mości

Tęsknota za Szwajcarią zrobiła jednak swoje, bo w końcu został na dłużej.

W służbie Jej Królewskiej Mości zjeździł Szwajcarię wzdłuż i wszerz.

Najpierw w moim stołecznym Bernie postanowił dołożyć swoją cegiełkę do nowobudowanego dworca kolejowego. Zwiedził kościół Munster i ten drugi kościół, co stoi koło dworca i nie wiem, jak się nazywa, bo od kiedy jestem w Bernie był opakowany w torebkę foliową i nic nie było widać.

Pochodził po starym mieście, pomachał misiom i pojechał w góry na narty.

W Lauterbrunnen nie bawił się jakoś specjalnie, pewnie nie trafił na sezon zawodów w slalomie gigancie, więc szybko przeniósł się kolejką na Schiltorn.

A tam to się działo.

Jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało, wystąpił z klasą w szkockiej spódniczce w gronie napalonych dam, lecz nie dane mu było długo wypoczywać w restauracji z widokiem 360 st, bo znowu go bardzo bardzo źli ludzie dopadli.

Musiał zwiewać na łeb, na szyję, szusując w dół po stromych alpejskich stokach, a na koniec biedną Piz Glorię wysadził w powietrze.

Nie taki James straszny, jak go malują. Cudownym zbiegiem okoliczności Piz Gloria stoi dziś nadal i teraz Bond zwabia chętnych turystów, żeby im pokazać, jaki to on dzielny był. Całą historię można tu zobaczyć – gdzie był, co robił, nawet bardzo, bardzo źli ludzie są chętni do wspominek, jak to im za Jamesem ganiać przyszło (KLIK).

To już kolejny po Einsteinie, co wie, jak się dobrze zarabia na marketingu turystycznym (KLIK).

Na koniec zrobił to, co Bond umie najlepiej, czyli spalił trochę gumy na krętych górskich dróżkach Gryzonii (to tam, gdzie się księżniczki gryzły KLIK) i zniknął ze Szwajcarii na następne parędziesiąt lat.

Najsłynniejszy skok w historii kina

Wrócił już w nowym tysiącleciu – i to jak! Nie samochodem, nie na spadochronie, nawet nie w łodzi podwodnej. Znowu na złoto, tym razem łypiąc Goldeneye skoczył na bungee w dolinie Verzasca.
Tama w dolinie Verzasca, skok Jamesa Bonda w Goldeneye

Znowu niestety się nie przyznał, że tym Złotym Okiem to w Szwajcarii mrugał, bo piękna tama wodna w Ticino udawała kompleks wojskowy w Rosji. Tym bardziej szkoda, że skok James’a jest uznawany za jeden z najlepszych wyczynów kaskaderskich w filmowym świecie.

Kto chce poczuć się jak słynny wstrząśnięty, nie zmieszany, może za jedyne 250 FR skoczyć z tamy w ślad za Bondem.

Tama Verzasca, skok Jamesa Bonda w GoldeneyeSkoki na bungee jak Goldeneye James Bond

Czy to już koniec 007 w Szwajcarii?

Plotka głosi, że ostatnio James chciał zabrać ze sobą na wakacje Spectrę, ale się Szwajcaria już obraziła, chyba ze te wcześniejsze incognita. I nie chciała James’a.

Postanowiła innych celebrytów u siebie gościć i więcej na nich zarabiać, bo z Bondem to tylko problemy były.

A taki hinduski operator mydlany to bez gadania frankami przed nosem zamacha i jeszcze innych mydlanych zachęci, żeby się w Szwajcarii śpiewnie romantyzowali.
Zermatt (30)