11 niebanalnych pomysłów na spędzenie czasu w zimie. W dodatku w Bernie i to jeszcze z dziećmi

Zima to taki czas, kiedy jest fajnie, bo biało i można jeździć na sankach, a z drugiej strony mrozi pupę, duje i wcale się nikomu nie chce siedzieć na tym mrozie. Szczególnie, jak dzieciakom już się leje woda z nosa i wiadomo, że będą potem przez tydzień kichać.

Oferta dla wszystkich, którzy chcą się ruszyć z domu, ale nie bardzo wiedzą, gdzie.

11 propozycji na niebanalne spędzanie czasu z dziećmi w zimie, w Bernie.

1. Bimano

Bimano to otwarta w 2017 r wielka hala post-produkcyjna, przerobiona na restaurację Zent, salę do zabaw dla dzieci i ścianki wspinaczkowe dla dorosłych.

Dla kogo?

Z względu na różnorodność zabawek i atrakcji, jest praktycznie dla każdego.

Maluchy beczące i nieraczkujące można spokojnie położyć na wielkich poduchach na podłodze, lub huśtawkach. Czytaj dalej 11 niebanalnych pomysłów na spędzenie czasu w zimie. W dodatku w Bernie i to jeszcze z dziećmi

11 niebanalnych pomysłów na spędzenie czasu w zimie. W dodatku w Bernie i to jeszcze z dziećmi
5 (100%) 1 vote

10 rzeczy, które musisz zobaczyć w stolicy Szwajcarii. Berno w 1 dzień, krok po kroku

Zytglogge Bern, Barry the dog

Berno to piękne miasto i na pewno warto tu przyjechać.
Co warto zobaczyć w Bernie w ciągu jednego dnia?
Nie musicie już wertować przewodników i kluczyć po mieście w poszukiwaniu ciekawych miejsc, bo oto poradnik każdego turysty: gotowa wycieczka krok po kroku, w dodatku z mapą.

Widok na Stare Miasto w Bernie. Katedra Munster
Panorama Berna. Widok na Stare Miasto, w centrum widoczna Katedra Munster

#1. Rosengarten
Nasz plan zakłada, że jako turysta przyjeżdżasz do Berna pociągiem i chcesz jak najwięcej zobaczyć, ale jak najmniej się nachodzić.
Proponuję zacząć od końca, czyli od Rosengarten, zgodnie z dewizą Hitchcocka, że film zaczyna się od trzęsienia ziemi a potem napięcie tylko rośnie. Czytaj dalej 10 rzeczy, które musisz zobaczyć w stolicy Szwajcarii. Berno w 1 dzień, krok po kroku

10 rzeczy, które musisz zobaczyć w stolicy Szwajcarii. Berno w 1 dzień, krok po kroku
5 (100%) 1 vote

O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Taka sytuacja: Wściekła na cały świat rzucasz wszystkimi możliwymi talerzami o podłogę, przeklinając, że masz ich w szafce tak mało, bo frustracja nie ustępuje. Potem idą na ścięcie kubki, półmiski, wiszące na ścianie pamiątkowe talerze z egzotycznych podróży, patera po cioci Basi i kamionkowy dzban na ogórki kiszone.
Ufff. Już? To zostaje tylko problem, co z tym całym bajzlem teraz zrobić. Czytaj dalej O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Best of the best. Top 13 rekordów Szwajcarii

 

  1. Najbardziej zakręcony naród na punkcie kolei.

Powiedzieć, że koleje szwajcarskie są punktualne, to banał. Są tak punktualne, jak słynne szwajcarskie zegarki. Na świecie gonią się chyba tylko z Japonią. Dotyczy to nie tylko pociągów dalekobieżnych, ale też regionalnych i międzynarodowych – a zważywszy, że Szwajcaria sąsiaduje z Włochami, to nie jest to proste. Podstawowe pytanie, które zadaje sobie nowoprzybylec lub tylko chwilowoprzejezdny przez Szwajcarię, brzmi: “zdążę?” . Bo połączenia między kolejnymi przesiadkami mają zazwyczaj tylko kilkuminutowe przerwy, a każdy logiczny człowiek zakłada, że przecież pociąg ZAWSZE się spóźnia. I tu się ujawnia typowa szwajcarska precyzja: rozkład lokalnych i dalekobieżnych jest tak ze sobą skorelowany, żeby zawsze zdążyć. Co nie zmienia faktu, że jednak Szwajcarzy sami w swoją perfekcyjność wątpią i właśnie planują wprowadzenie zwrotu opłat dla pasażerów za spóźnienia sięgające powyżej godziny.
p1030037-w1024

2. Najgęstsza sieć kolejowa w Europie

To oczywista oczywistość punktu powyżej, nie da się mieć idealnych połączeń kolejowych, bez odpowiednio rozbudowanej sieci. Co ciekawe, jeszcze 150 lat temu Szwajcaria miała….najmniej rozbudowaną sieć kolejową w Europie. Wręcz biała plama na kolejowej mapie: Niemcy, Austria, Włochy – hulaj dusza po stolicach i kurortach, a w Szwajcarii jedna wielka dziura z małym, 30 km przecinkiem między Zurychem a Baden. Wyobrażacie sobie? JEDNA linia kolejowa, śmiech na sali.  Cały swój kolejowy rozwój Helweci zawdzięczają jednemu człowiekowi, Alfredowi Escherowi. Nawet ministrem transportu nie był, tylko miał dziką myśl doprowadzić do industrializacji i bogactwa kraju. Jak już zaczął, to tak się rozpędził, że porozrzucał te linie kolejowe na prawo i na lewo, a często też w górę i w dół. Tak przy okazji budowy gęstej sieci dróg żelaznych założył też Politechnikę w Zurychu (istniejącą do dziś, pierwszą techniczną uczelnię wyższą w Szwajcarii), pierwszy bank Credit Suisse oraz pierwsze towarzystwo ubezpieczeniowe, SwissLife. To dzięki niemu Szwajcaria kojarzy nam się dziś z tym, z czym się kojarzy: kolej+banki+ubezpieczenia. Można? Można. Tylko trzeba być szaleńcem z dyplomem inżyniera
p1030010-w1024

3. Najdłuższy tunel na świecie

Jak już mieć szalone wizje, to na całego. Escher zrealizował jeszcze jedno swoje wielkie marzenie, a mianowicie połączył północ i południe Szwajcarii (a tym samym Europy) tunelem kolejowym pod szczytem Św. Gotarda. Swego czasu zresztą był to najdłuższy, 15 km tunel kolejowy na świecie. Oczywiście, dzisiaj taki tunel to pikuś, dlatego też Szwajcarzy zbudowali nowy i dziś ponownie mogą się pochwalić najdłuższą dziurą w ziemi na świecie. Otwarty w czerwcu tego roku nowy tunel Św. Gotarda liczy sobie 57 km, a poczytać o nim można o tu: KLIK

4. Najwięcej czasu spędzonego na podróży pociągami

Bracia Japończycy są co prawda narodem, który odbywa najwięcej podróży kolejowych rocznie, za to Szwajcarzy pokonują statystycznie najdłuższy dystans, bo 2277 km.  Nie chodzi o to, żeby mieli złe autostrady bądź też drogie winiety. Tak chyba po prostu kochają swoje koleje, a patrząc na poprzednie trzy punkty powyżej nie ma się im co dziwić.
p1070354-w1024

5. Najwyżej położona kolej zębatkowa w Europie

Dla odmiany od kolei, będzie o kolei. Chociaż nie w poziomie, tylko w pionie. Kolej zębatkowa na przełęcz Jungfraujoch jest nie tylko najwyżej w Europie wspinającą się kolejką (3454 m.n.p.m), ale oferuje też największą różnicę poziomów przy gramoleniu się w górę – prawie 3 km. Tego nie mają w ofercie ani Andy, ani Himalaje.  Jakby ktoś nie wiedział, jak wyglądają zęby zębatki, to proszę bardzo:
p1030018-w1024
 

6.Najwięcej czterotysięczników na świecie

Ktoś mógłby się zapytać: a po jakiego grzyba wjeżdżać na te góry kolejkami? Ano chociażby po to, żeby sobie pooglądać panoramę największej ilości czterotysięcznych szczytów. Nie ma co gadać, tylko podziwiać:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

7. Najwięcej na świecie pochłanianej czekolady

Jak można łatwo obrazić Szwajcara? Powiedzieć, że najlepsze czekolada na świecie to ta belgijska…. Szwajcaria słynie oczywiście z czekolady, i to nie tylko tej od komercyjnych fioletowych krów (KLIK), ale przede wszystkim tej ręcznie wyrabianej zgodnie z kilkusetletnią tradycją. A jak się ma takie niebo w gębie jak Toblerone (KLIK), Cailler czy Lindt, to nie dziwne, że pochłania się jej prawie 9 kg rocznie – co stawia Szwajcarów w światowej czołówce pospolitych zjadaczy czarnego złota. I jeszcze pytanie za 100 punktów: kto wymyślił czekoladę mleczną w tabliczce? No kto? (KLIK).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

8. Najdłuższa średnia wieku w Europie

Nie wiem, jak to się ma do ilości zjadanej czekolady, ale Szwajcarzy to najdłużej żyjący w Europie naród. To pewnie dlatego ma też największą (moim zdaniem) ilość dziarskich babć i dziadków na kilometr kwadratowy (KLIK)

9. Najmniejsze muzeum na świecie

Jest otwarte 24 godziny na dobę i ma tylko jeden eksponat. Żeby go obejrzeć, wystarczy spojrzeć przez szybę. To tak dla znudzonych narciarskimi akrobacjami w St. Moritz

10. Najszczęśliwszy naród na świecie

Podobno potwierdzają to jakieś statystyki, albo raporty, ale nie chciało mi się szukać, jakie.  Coś w tym jednak musi być, zważywszy, że na poziom zadowolenia wpływają takie czynniki jak: środowisko naturalne (a że Alpy są ładne to nikt nie zaprzeczy. I w ogóle tak sielsko i czysto dookoła); poziom życia (z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że da się żyć. Całkiem poziomo); poziom opieki zdrowotnej (patriotycznie powiem, że jest taki sam, jak w Polsce. Dobra, ściemniam, jest o wiele lepszy, tylko taki nietaniutki); warunki do wychowywania dzieci (ja nie narzekam, można się przekonać: KLIK); stabilizacja polityczna i gospodarcza (ogólnie rzecz biorąc to strasznie nudnoprzewidywalny kraj, chyba że się frank zbiesi: KLIK); poziom spełnienia marzeń versus oczekiwania (z racji tego, że Szwajcarzy lubią być przezornie przeciętni, nie oczekują więcej, niż mogą dostać, to i rozczarowanie mniejsze. Ogólnie wychodzi im to na dodatni poziom zadowolenia).

11. Najwięcej psychiatrów przypadających na 1 mieszkańca

To chyba z tego szczęścia…Albo z dobrych warunków pracy i płacy lekarzy. Albo z niedostępności Szwajcarów vel – jak kto woli – skromności. Podobno Szwajcarzy nie chcą nikomu przeszkadzać, stąd siadają zawsze w rogu, gdzie jeszcze nie ma nikogo, sami się pierwsi nie odezwą i przypadkiem nie oferują też pomocy, co by się nikt nie obraził, że się pierwsi odzywają (strasznie to zakręcone). A ponieważ są do cna uczciwi i regulatorowi – to przyjaciołom przecież nie będą zawracać głowy swoją sielsko-alpejską depresją. I to w dodatku za darmochę. Lepiej pogadać z człowiekiem, któremu się za to całkiem słonawo zapłaci.

12. Najbardziej demokratyczna demokracja na świecie

Gdyby mogli, zbieraliby się dwa razy w roku na wielkim placu w Zurychu albo Bernie i przez podniesienie ręki bądź tupnięcie nogą głosowali na wszystko, na co da się głosować. Ale ponieważ rzeczywistość zmusiła ich do pójścia z duchem czasu, to teraz głosują sobie w referendach, dwa razy do roku, pisemnie albo osobiście. Tak, tak, można wysłać swój głos pocztą, bo formularze dostaje się zawsze do domu na długo przed referendum. Co więcej – tematy do referendum zgłaszają zazwyczaj sami pospolicie-ludkowi Szwajcarzy. Partie polityczne oczywiście coś tam sobie gadają, jednych przekonują, a innym odradzają, ale o sprawach mniej lub bardziej ważnych Helweci decydują zawsze sami. Są przy tym tak obowiązkowi, że frekwencja rzadko spada poniżej 50%. Jednocześnie tak podzieleni w swojej jednomyślności, że wynik 55% kontra 45% jest uznawany za miażdżące zwycięstwo.
p1020305-w1024

13. Najmniejsza gmina, która sama ustala sobie podatki

Z tej demokratycznej demokratyczności wynika również fakt, że o własnych podatkach Szwajcarzy też sami decydują. A najmniejsza gmina w Szwajcarii liczy sobie zaledwie 12 osób i jest malutką mieściną Corippo w górskim Ticino. Tak mi się podoba, że już kiedyś o niej pisałam(KLIK). I pewnie jeszcze kiedyś napiszę.
P1040477
 
 

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Szwajcarska gościnność bałwanem stoi czyli jak Grindelwald robi wszystkich w kulki. Śnieżne kulki.

Jest taki stereotyp, że Szwajcaria jest droga. A ponieważ w każdej plotce jest sporo prawdy, to akurat w tej jest jej bardzo dużo. Tak, żeby dla innych stereotypów zostało już o wiele mniej. A jak jest drogo, to trzeba ludziska z zagramanicy przekonać, że jednak warto piękny alpejski kraj trochę zwiedzić, mimo że żal portfel ściska. Szwajcarzy jak tylko najbardziej potrafią, postanowili być gościnni. I tych, co już się wezmą w kupę na tyle, żeby jakieś górskie wioseczki zwiedzać zimą, obdarowują zręcznym prezencikiem. A co może być bardziej szwajcarskie zimą niż kupa śniegu? Wielka kupa śniegu. Tak więc w uroczej Czytaj dalej Szwajcarska gościnność bałwanem stoi czyli jak Grindelwald robi wszystkich w kulki. Śnieżne kulki.

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

Taka piękna tradycja jest w Polsce, zwiedzanie szopek bożonarodzeniowych w ramach gimnastyki sakralnej po świątecznych obżarstwach. Krakowskie są oczywiście najsłynniejsze, ale ja, jako że ze stolyyycy, to zawsze z rodzicami wędrowałam do kościoła Kapucynów na Starym Mieście, żeby zobaczyć szopkę ruchomą. Najfajniejszym momentem było rozpoznać postacie znanych osób wjeżdżające przed nasze oblicza . Ja mam papieża! A ja Wałęsę! Taaa… takie to czasy kiedyś były.
Szwajcarzy też pozazdrościli Polakom tej miłej tradycji i zorganizowali wystawę szopek, tylko żeby nie biegać za bardzo po kościołach, bo to i drzwi skrzypią i zimno się wpuszcza do środka – porozrzucali szopki po całym miasteczku. A dokładnie w Vira w kantonie Ticino. Może uznali, że widok na (nieośnieżone w tym roku) Alpy i jezioro Locarno zrekompensuje odmrożone pupy i stopy. Lokalni duchowni są zdaje się mało kreatywni, bo to nie oni, a mieszkańcy urządzają szopki. A żeby jakiś sens był w bieganiu po zaułkach wioski, to przy okazji jest konkurs na najładniejszą z nich. I tu taki niuansik-  szopki muszą być bardzo oryginalne, żeby przyciągnęły uwagę głosujących. A jako że Szwajcaria to kraj ekologiczny i – tu taka niespodzianka – drogi, to najlepsze pomysły są z recyklingu. Muszę przyznać, że w tym roku wyobraźnia artystyczna mnie nie powaliła na kolana, ale parę perełek się znalazło. To żeby dużo nie czytać, dzisiaj więcej dla leniwych leni do oglądania (w końcu dla niektórych zaczął się długi weekend). Moja subiektywna lista najfajniejszych szopek w Vira:
Miejsce 1: Szopka z makaronu. Posądzana o niegospodarność, bo ile to jedzenia trzeba zmarnować i potem wszystko wyrzucić. Ale za wykonanie i oryginalność należy się miejsce na podium


Znaleźliście Jezuska?
Czytaj dalej Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Barry, Beethoven a może Bernard? Pieskie życie w szwajcarskich górach

Dawno mnie ostatnio nie było na blogu, więc postanowiłam być kreatywna. A co tam, nie ma, że wpadnę raz na miesiąc, post odfajkowany do przeczytania i tyle mnie było. Trzeba trochę pogłówkować. To proszę bardzo, dzisiaj zagadka:
Co łączy Barry White’a

i Beethovena?

No, może nie tego Beethovena, w końcu Szwajcaria nawet w Unii Europejskiej nie jest, to co ja tu z Odą do radości wyjeżdżam. Nie, o tego Beethovena chodzi:
Czytaj dalej Barry, Beethoven a może Bernard? Pieskie życie w szwajcarskich górach

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

Emmentaler zwiedzanie fabryki sera

Rodzina się zjechała z Polski na wakacje, trzeba im coś szwajcarskiego pokazać.

Krowy i sery? Niech będzie, krowy i sery.

30 km od Berna jest Emmental – idziemy w komercję, zobaczymy jak się produkuje jeden z najsłynniejszych serów na świecie, emmentaler. Równie słynny, co gouda z Goudy w Holandii.

Tak, tak, też kiedyś myślałam, że emmentaler jest holenderski, dobrze że nawigacja mnie do kraju tulipanów nie wywiozła. Czytaj dalej Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi
5 (100%) 1 vote

Święty Gotthard wpadł do czarnej dziury

Dzisiaj w Szwajcarii wielkie święto. I nie, wcale nie chodzi o Dzień Dziecka, bo go tu wcale nie celebrują. Widać, za dużo dzieci mają i już im się nie opłaca komercji napędzać z tego powodu. Imigranci zawsze chętnie sypną nowym przychówkiem, wiem coś sama na ten temat. Tak więc dziś do zabawy z okazji wcale nie Dnia Dziecka Szwajcaria zaprosiła kilka mądrych i mniej mądrych, za to znanych głów, jak niemiecka głowa pani kanclerz Merkel,  holenderska głowa Francanda (vel francuska głowa Hollanda, nigdy nie pamiętam), czy też makaronowa głowa Renzi. Szwajcarzy – jak wiadomo – to jajcarze nad jajcarzami, więc wszyscy się będą dziś razem bawić w otwarcie wielkiej czarnej dziury. Wielka, bo ma 57 km długości, a czarna – bo 2300 m pod górą. Żeby się pod tą górą nie pogubili, to im światełka, a przy okazji mnóstwo elektroniki zainstalowali, i jeszcze szyny wzdłuż poprowadzili, żeby wiedzieli, gdzie wejść, a gdzie wyjść. Jak już te szyny tam leżały, to ktoś mądry wpadł na pomysł, że właściwie to można by było po nich puszczać pociągi. I od tej pory zamiast majestatycznie wspinać się naokoło po Św. Gotthardzie w górę, po to żeby się po drugiej stronie naokoło spuszczać w dół, włoskie Popędoliły i inne bombardierskie Intercity będą do siebie mrugać w tunelu po linii prostej z prędkością 250 km/h.
Jak ktoś myślał, że warszawskie metro długo planowali, to się zdziwi. Przerżnąć Gottharda wzdłuż chcieli już w 1947 r, tylko tu jakieś kryzysy gospodarcze, tam protesty i w ogóle się dogadać nie mogli – normalka w sumie. W końcu 17 lat temu zaczęli się pukać w te swoje szwajcarskie zegareczki, że czas tik- tak- tik-tak, a tunelu ni widu,ni słychu i wzięli się do roboty. Przy budowie II linii metra stołeczna Marysia razem z koleżanką tarczą Anią poruszały się w tempie 100m na 2 tygodnie przez warszawskie podziemne błota i iły. Helwecka Helwetia (chyba jej oficjalnie nie nazwali? A szkoda…) w takim tempie to by do Włoch za 3 stulecia nie zajechała. Zresztą taka napasiona szwajcarskimi serami to by się nawet pod Wisłą nie zmieściła. No, ale jak chce się mieć najdłuższy i najgłębiej położony tunel świata, to bez 410 -metrowej wiertarki ani rusz.
Na zabawę w kolejkę górską dla politykierów i oficjałków przewidzieli całe 3 dni, szwajcarski i imigrancki plebs będzie się mógł pobawić w chowanego w tunelu dopiero w najbliższy weekend. Wszyscy się mają cieszyć, a co. Jak już ponad 12 miliardów  wydali na budowę, to kolejne parę frankoli na huczną bibę w całym kraju można dorzucić. Nie tylko ci przytunelowi Tesyńczycy i Uri…owcy? Urijczycy?, ale za państwową kolejową kasę będą się radować też Berneńczycy, Genew-czycy, Argow-czycy, Biel-czycy, Zurych-czycy i Wintertur-czycy. Albo – ianie. Albo- owcy. Polska język, trudna język.
I jak to za dawnych, dobrych, socjalistycznych czasów bywało, otwarcie – otwarciem, wstęga i fanfary muszą być, ale pociągi nową trasą pojadą dopiero od grudnia. Za dużo czasu nadrobią w tym tunelu, potem trzeba będzie swoje odstać na granicy z Włochami, bo się jeszcze Italiańcy nie pozbierają z nowym rozkładem jazdy, więc już lepiej wrzucić wszystko w standardową zmianę europejskich pociągów w grudniu. Jak coś się rypnie, to będzie można zwalić, że co roku się i tak rypie, więc to nie wina Gottharda. PKP na przykład będzie miało świetną wymówkę. Już nie “sorry, taki mamy klimat”, tylko pociąg relacji Szczecin- Gdańsk utknął w śniegu z powodu otwarcia tunelu Gottharda. I git.
Chcecie zobaczyć, jak się jedzie wielką czarną dziurą?

W ogóle z tym Gotthardem same problemy są. Jakby nie było, to najkrótsza droga z północy na południe Europy. Tylko taki jeden problem – Alpy se wzięły i wyrosły. I albo je górą, albo naokoło, albo dołem. Inaczej się nie da. Niemcy i Włosi i innej maści narody się pchają w te i wewte, a Szwajcarzy kombinują i kombinują, jakby tu przejazd usprawnić, ale nie podeptać przy okazji ciężarówkami i TIR-ami tych ich pięknych Alp. Kiedyś było prościej – samochodem można było przejechać tylko górami przez przełęcz. A że w górach zimą lubi padać śnieg, to się Gotthard na sen zimowy zamykał i szukaj sobie człowieku innych serpentynek. To teraz pytanie za 100 punktów, kiedy się budzi na wiosnę po zimowej przerwie. A to zależy. Czasami już w kwietniu przejadą spychaczami przez śnieg, czasami dopiero w lipcu, jak się Gotthard zbiesi i  ani du du nie popuści z lodowej skorupy. Czasami – jak to w tym roku – już, już się lisek witał z pierwszymi przejeżdżającymi gąskami a tu w maju sypnęło śniegiem i Gottharda zamknęli.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Tunel dla samochodów pod Gotthardem też już zbudowali. Jako makietę tego dla pociągów. Ten samochodowy ma tylko 16 km czarnej dziury, za to autostrada po obu stronach się wdzięcznie urywa i przez tunel oferuje tylko po jednym pasie w każdym kierunku, przez co napaleni turyści weekendowi czekają w kilkukilometrowych korkach. Teorie spiskowe mówią, że… Dobra, na jeden wpis jeden tunel wystarczy. O teoriach spiskowych tunelu samochodowego innym razem.
Hoop Schwiiiz!
 
 
 
 

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Piękna epoka dziadka w podwiązkach z Kandersteg

Belle Epoque Kandersteg

Jak by tu coś zepsuć….

W Szwajcarii wszystko jest idealne.

Góry są idealne, natura jest idealna, czystość jest idealna, czas jest idealny. Jest tak idealnie, że się można…. dobra, nie będę kończyć.

Niektórym już to zaczyna się nudzić, więc postanowili coś zepsuć.

Tak, tak, Szwajcarzy też czasami dostrzegają, że bycie wiecznie idealnym jest nieidealne.

Żeby się nikt nie dowiedział, zebrali się w wysokich górach Kandersteg i postanowili coś pokombinować dla żartu. A czy można zepsuć coś bardziej szwajcarskiego, niż zegarki?

No więc zaczęli majstrować przy tych zegarkach, cofać o minutę, potem o godzinę, aż zepsuli czas.

I okazało się, że zamiast godziny, cofnęli czas o ponad 100 lat. Nagle na ulicach pojawiły się panie w okazałych kapeluszach, długaśnych, falbaniastych spódnicach i z parasolkami w ręce.

Pod rękę z eleganckim dziadkiem i stylową babcią

Wszyscy jak z Belle Epoque. Panowie zamiast wełnianych czapek w paski przywdziali meloniki i cylindry. Dzieci w wełnianych podkolanówkach pomykają po śniegu lub siedzą grzecznie w staromodnych wózkach pchanych przez staromodne bony.

Coś musiało być w tych wózkach (albo w bonach), bo w tych nowoczesnych trzykółkach bachorki tak grzecznie już nie siedzą.

Wiem, bo sama mam.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Co więcej, wszyscy są zadowoleni. Z uprzejmym uśmiechem pozdrawiają przechodniów, panowie uchylając kapelusza, panie mrugając zalotnie spod rzęs.

Nie dziwią się wcale zbaraniałym turystom z tego świata, którzy co rusz przystają, żeby sobie pstryknąć fotę z dziewiętnastowiecznym dziadkiem lub babcią.

A może by tak dziewiętnastowiecznym pociągiem?

Co niektórym uda się nawet dorwać stary pociąg i zamiast terkoczącym samochodem, dojeżdżają do Kandersteg wiekową ciuchcią.

Widać, że miasto jest gotowe na ich przyjazd – już na placu dworcowym wita ich supermarket rodem z 1850 r, a w nim wszystko, czego stęskniona za pięknymi czasami dusza zapragnie: balie do prania, cynowe dzbanuszki, skórzane walizki, seksowne białe gatki do pół uda, woalki, pióra, srebrzone lusterka i domowej roboty ciasteczka.

Ciekawe, czy ceny też sprzed wieku, czy jednak “przez przypadek” tego akurat nie zepsuli i zostawili całkiem współczesne.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Czy pociąg jest na samochodzie, czy samochód na pociągu?

Po jakimś czasie się jednak Kanderstegowszczanie zorientowali, że owszem, fajnie się bawić w babcię i dziadka, ale jak się inni dowiedzą, to awantura będzie, że przy symbolu narodowym grzebali. Na wszelki wypadek więc zbudowali na drugą stronę Alp dla ściemy tunel Lotchberg z torami dla samochodów.

To znaczy – dla pociągów, ale z samochodami.

Więc jak jakiś napalony turysta zacznie opowiadać sąsiadom :

Wiesz, byłem w Kandersteg, tam jest XIX wiek! A potem wjechaliśmy samochodem na pociąg i wróciliśmy do domu w tunelu pod górą.
– Pociągiem w tunelu, czy samochodem?
– No samochodem wjechaliśmy na pociąg. A potem pociąg jechał w tunelu.
– A samochód gdzie?
– Na pociągu.
– Taaa…oczywiście. A świstak siedzi i zawija w sreberka.

I alibi mieli zapewnione.

Kto by tam w takie bzdury wierzył. Belle Epoque, samochody na pociągu, inne takie latające stwory… do jednego worka.

A kto nie wierzy w bajki, niech sam sprawdzi. W ostatni tydzień stycznia worek z czasem rozwiązuje się znowu i La Piękna Epoka powraca do górskiego Kandersteg.

Tunel Lotschberg zostawili otwarty przez cały rok. Co by świstakom samym nudno nie było w worku osobliwości.

Ps: nawet stronę sobie internetową założyli o tej Belle Epoque. O proszę, tu: KLIK

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

James Bond na szwajcarskich wakacjach

Dolina Verzasca, James BOnd

Wakacje James’a Bonda

Taki James Bond to ma fajnie.

Gdzie nie pojedzie, to właściwie jest na wakacjach. Ładne widoki, piękne samochody, szybkie kobiety (samochody też zresztą szybkie).

No, może z wyjątkiem Korei Południowej. Tam go chyba w więzieniu trochę przytapiali (słownik mi sugeruje, że nie ma takiego słowa i powinnam użyć przetapiali lub przytępiali. W sumie to to samo).

Ale, ale, co tam się będziemy przyczepiać do jakiejś Korei.

Generalizując – Oh James ma klawo.

Coś tam co prawda raz na jakiś czas namiesza, gdzieś świat uratuje, ale akcje z bronią w ręku tak się szybko dzieją, że i tak nikt ich nie rozumie. No a po skończonej robocie może już sobie zwiedzać cały świat.

Furkot kół na przełęczy Furka

Szwajcaria jest tak piękna, że ach och, nie dziwota więc, że go do kraju z Alpami raz i drugi zawiało na wakacje.
Przełęcz Furka
Pierwszy raz był tylko przejazdem.

Zafurkotał przez chwilę bardzo bardzo złym ludziom na przełęczy Furka a potem pokiwał Złotym Paluszkiem w Genewie.

I tyle go Goldfinger widział.

Widok, za który można zabić

W głowie mu się pewnie od serpentynek na drodze zakręciło i nieco letnie słoneczko przygrzało, bo od tej pory wskakiwał tu głównie zimą.

Szkoda, że kilka razy incognito, w dodatku tylko na chwilę.

Raz udawał, że Zabójczy Widok ośnieżonych gór to Syberia, nie Szwajcaria, więc szkoda atramentu internetowego na taki View to Kill.

Szpieg co mnie kochał też że niby w Austrii na tych nartkach tak pomykał, a to słodkie St. Motitz było.(tu KLIK, żeby się przekonać jakie słodkie jest St.Moritz).

Czego się nie robi dla Jej Królewskiej Mości

Tęsknota za Szwajcarią zrobiła jednak swoje, bo w końcu został na dłużej.

W służbie Jej Królewskiej Mości zjeździł Szwajcarię wzdłuż i wszerz.

Najpierw w moim stołecznym Bernie postanowił dołożyć swoją cegiełkę do nowobudowanego dworca kolejowego. Zwiedził kościół Munster i ten drugi kościół, co stoi koło dworca i nie wiem, jak się nazywa, bo od kiedy jestem w Bernie był opakowany w torebkę foliową i nic nie było widać.

Pochodził po starym mieście, pomachał misiom i pojechał w góry na narty.

W Lauterbrunnen nie bawił się jakoś specjalnie, pewnie nie trafił na sezon zawodów w slalomie gigancie, więc szybko przeniósł się kolejką na Schiltorn.

A tam to się działo.

Jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało, wystąpił z klasą w szkockiej spódniczce w gronie napalonych dam, lecz nie dane mu było długo wypoczywać w restauracji z widokiem 360 st, bo znowu go bardzo bardzo źli ludzie dopadli.

Musiał zwiewać na łeb, na szyję, szusując w dół po stromych alpejskich stokach, a na koniec biedną Piz Glorię wysadził w powietrze.

Nie taki James straszny, jak go malują. Cudownym zbiegiem okoliczności Piz Gloria stoi dziś nadal i teraz Bond zwabia chętnych turystów, żeby im pokazać, jaki to on dzielny był. Całą historię można tu zobaczyć – gdzie był, co robił, nawet bardzo, bardzo źli ludzie są chętni do wspominek, jak to im za Jamesem ganiać przyszło (KLIK).

To już kolejny po Einsteinie, co wie, jak się dobrze zarabia na marketingu turystycznym (KLIK).

Na koniec zrobił to, co Bond umie najlepiej, czyli spalił trochę gumy na krętych górskich dróżkach Gryzonii (to tam, gdzie się księżniczki gryzły KLIK) i zniknął ze Szwajcarii na następne parędziesiąt lat.

Najsłynniejszy skok w historii kina

Wrócił już w nowym tysiącleciu – i to jak! Nie samochodem, nie na spadochronie, nawet nie w łodzi podwodnej. Znowu na złoto, tym razem łypiąc Goldeneye skoczył na bungee w dolinie Verzasca.
Tama w dolinie Verzasca, skok Jamesa Bonda w Goldeneye

Znowu niestety się nie przyznał, że tym Złotym Okiem to w Szwajcarii mrugał, bo piękna tama wodna w Ticino udawała kompleks wojskowy w Rosji. Tym bardziej szkoda, że skok James’a jest uznawany za jeden z najlepszych wyczynów kaskaderskich w filmowym świecie.

Kto chce poczuć się jak słynny wstrząśnięty, nie zmieszany, może za jedyne 250 FR skoczyć z tamy w ślad za Bondem.

Tama Verzasca, skok Jamesa Bonda w GoldeneyeSkoki na bungee jak Goldeneye James Bond

Czy to już koniec 007 w Szwajcarii?

Plotka głosi, że ostatnio James chciał zabrać ze sobą na wakacje Spectrę, ale się Szwajcaria już obraziła, chyba ze te wcześniejsze incognita. I nie chciała James’a.

Postanowiła innych celebrytów u siebie gościć i więcej na nich zarabiać, bo z Bondem to tylko problemy były.

A taki hinduski operator mydlany to bez gadania frankami przed nosem zamacha i jeszcze innych mydlanych zachęci, żeby się w Szwajcarii śpiewnie romantyzowali.
Zermatt (30)

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Dlaczego Warszawa to nie Berno?

Widok na Stare Miasto w Bernie

1. Bo rower to nie samochód
W Warszawie rządzą samochody. Dzierżą władzę od czasów Dzierżyńskiego i nie chcą się nią dzielić ani z pieszymi, ani z rowerami. Ktokolwiek próbuje zaburzyć odwieczny porządek czterech kołek w mieście i wprowadzać nowe zasady, jest oklaksowany i obtrąbiony żeby mu się od nadmiaru ścieżek rowerowych i stref 30km/h w głowie nie poprzewracało. W Bernie samochód jest zbędnym gadżetem równie wygodnym jak 7 centymetrowe szpilki na kostce chodnikowej na Marszałkowskiej. Nie dość, że nie można wjechać na połowę ulic, to jeszcze nigdzie nie można go zaparkować. I potem wychodzą takie kwiatki, że zamiast skręcić w lewo i dojechać 500 m do domu, trzeba przejechać przez dwa mosty, trzy dzielnice i skręcić 44 razy w prawo. Bo uliczka po lewej akurat niesamochodowa była. Tak, tak, w Bernie rządzą rowery. Rozpanoszyły się już do tego stopnia, że mają wyznaczone miejsca do parkowania na ulicy, zajmują całkowicie parkingi samochodowe przy najbardziej popularnych destynacjach i pierwszeństwo przy wjeździe i zjeździe ze skrzyżowania. Od niedawna nierówną walkę samochodowego Dawida z rowerowym Goliatem wspomaga jeszcze Herkulesowy e-bike. Elektroniczna dwukołówka jeździ do 50km/h, szybko i bezwysiłkowo wspina się na berneńskie wzgórza, spychając samochody w otchłań pogardy.
Rowery zaparkowane w Bernie
2. Bo schody mogą być płaskie
W Warszawie nie lubią niepełnosprawnych. Przy budowie pierwszej linii metra wieeeeki wieeeki temu jakiś partyjny oficjel powiedział podobno: tyle macie w tej Warszawie niepełnosprawnych, żeby na każdej stacji budować dla nich windy???
W Bernie, również ze względu na punkt 1 (patrz punkt 1), tam, gdzie jest pagórkowato, jest płasko. Chodniki mają zawsze obniżone wjazdy przy skrzyżowaniach, schody mogą się bawić z pobliskimi windami lub zamienić miejscami z pochyłymi platformami. Korzystam ostatnio z gościnności udogodnień dla niepełnosprawnych jako matka wózkowa i po wakacjach w Polsce muszę przyznać – bardzo wygodnie się tu jeździ na trzech kółkach (bo ja taka trzykółkowa matka wózkowa jestem).
3. Bo ulica jest od jedzenia, nie jeżdżenia
Wybiła dwunasta. Samo południe. High noon. Korpoholicy głodomory, zwykli urzędole i brać studencko-uczniowska wypełza ze swoich perfekcyjnych szwajcarskich norek, gnana odwiecznym prawem lunchu. Wypełza na ulice i na nich zostaje, rozkładając upolowane kanapki, kebaby i sałatki na kolanach, siedząc na krawężnikach lub schodkach najbliższego budynku. Place zabaw pustoszeją z dzieci a mikroławeczki i piaskownice zapełniają się Piotruś Panami i Paniami wdzięcznie pałaszującymi swoje przyniesione z domu obiadki. Bo w samo południe w Bernie je się na ulicy. Samochodowojezdniowe asfalty zioną pustką a pieszochodnikowe asfalty cieszą się obecnością grzejących się na nich pup.
Tak sobie wyobrażam, że w Warszawie głodomory się rozkładają z pizzą przed Pałacem Prezydenckim. Albo przed bankiem na Marszałkowskiej. Albo z risotto na Placu Zamkowym. Chociaż nie, co by nie mówić Zygmuś jest gościnny i użycza schodków swojej kolumny kebabowiczom. Ci nie pozostają mu dłużni i w podziękowaniu malują schodki skapującym sosem ostrym-łagodnym-mieszanym w graffitti godne Banksy’ego.
Berno 3
4. Bo dzieci biegają boso po ulicy
O tym już pisałam,perrorując, dlaczego Berno nie jest Paryżem (klik). Z tego samego powodu Warszawa nie jest Bernem. Może to i niemodne, i szafiarki z Warszafki by się oburzały, że firmowe buty zawsze przecież można wypożyczyć do jakiegoś modnego outfitu na placu zabaw, ale mi się ten zwyczaj podoba. Przydałoby się więcej luzu w Syrenkowie w podejściu do naturalnego wychowywania dzieci, chociaż jest jedno ALE. A właściwie 4:
– ALE psie kupy
– ALE koty sikają do piaskownicy
– ALE szkło rozbite z butelek wieczornych gangów piwa
– ALE brudno i trzeba będzie myć stopy
Czy w Bernie nie ma ALE? Pierwszych trzech nie ma. Czwarte ALE to podstawa Berneńskiego Beztroskiego Bosostopia.
Z Beztroskich Bosostopych dzieci wyrastają Beztroscy Bosostopi dorośli, ale na taki szok kulturowy jeszcze nie jestem gotowa. Póki co, maszeruję dziarsko w eleganckich japonkach – być może któregoś pięknego dnia dołączę do bezobuwnych deptaczy chodnikowych Berna.
5. Bo Berno ma widok na miasto

Berno stolica 1
Warszawa też ma widok, ale Berno ma widok samo na siebie, a Warszawa na Pragę. Jeden z piękniejszych widoków stolicowych rozciąga się ze wzgórza Rosengarten na całe stare miasto i wijącą się zielonoalpejską rzekę Aare. Wystarczy pięciominutowy spacer w dół i już jesteśmy na miejscu.Właściwie to Berno jest tak małe, że widok jest na całe miasto, nie tylko na starówkę. W Warszawie najlepszy widok na rzekę rozciąga się z Gnojnej Góry, niestety ktoś starówkę umieścił na jej szczycie, więc widoku na nią brak. No i sami rozumiecie, Gnojna Góra przegrywa nawet nazwą z Ogrodem Różanym….

6. Bo wyntydż jest modny
Jak by tu nazwać stary rower, żeby nie używać słowa vintage? Nie da się. Albo stary, albo vintage. Warszafka jeszcze lubi błyszczeć w luksusie nowych i drogich rowerów, w Bernie im starszy, tym lepszy. Furrorę robią przede wszystkich leciwe kolarzówki lub rowerki a la II wojna światowa z wysoką, zakrzywioną kierownicą. Stare rowery się naprawia i sprzedaje, a nie wyrzuca na złom. U mnie w piwnicy od prawie 30 lat stoi nieużywana tatowa ukraina. Wujek z Otwocka też swoją oferuje w prezencie. Powinnam obydwie wsadzić w podróż biznesklasą i i zrobić z nich bogate emerytki imigrantki osiadające na starość w Szwajcarii. Tu i opieka geriatryczna jest lepsza, i bardziej zostaną docenione za walory i uroki wschodnich klimatów.
7. Bo rzeka służy do pływania
Berneńskie Aare nie przewiezie turystów barką na drugą stronę. Za to można wskoczyć do lodowatej wody w porze lunchu z jednej strony miasta i spłynąć sobie wartkim nurtem na drugą stronę. Potem na bosaka (patrz punkt 4) wraca się w górę rzeki i skacze jeszcze raz, do czasu aż zmarznięte paluszki dają znać “dość”. Tylko nieobyci z miastem turyści dziwią się na widok pląsającyh w bikini gołych pośladków w centrum miasta. Bywa też upalne lato, kiedy w Warszawie Wisła jak Oka szeroka wysycha, a w Bernie Aare się podgrzewa od słońca. I wtedy kąpiel to saaaaaaama przyjemność.
[blog_subscription_form]

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Dlaczego Berno to nie Paryż?

1. Bo to nie stolica
To znaczy to jest stolica, ale mało kto o tym wie, więc tak jakby się nie liczy. Co innego z Paryżem – każda napotkana na świecie dusza lub inna strzyga odpowie, że of kors Francja to Paryż i innych miast francuskich nie zna. A w Szwajcarii? Krowę z rzędem temu, kto wymieni Berno wśród znanych szwajcarskich miast. Zurych tak, Genewa też, pewnie jeszcze Davos i Klosters, bo tam na nartach zjeżdżała księżna Diana. Berno stolicą jest, ale taką administracyjną, a nie taką do której się pragnie pojechać na piwo i chałkę.
2. Berno to nie stolica mody
W Paryżu wszystkie paryżanki i paryżanie są ładnie ubrani. Nawet najbrzydszy facet jest facetem z klasą. Nawet najbrzydsza kobietka nosi się z codzienną elegancją, ale bez rosyjskiego kiczu. Berno za to zionie alternatywnym stylem ubierania się. Tak jakby hippisi obudzili się nagle w latach 90-tych, więc na wszelki wypadek nie noszą niczego modnego, ani ze swojej epoki, ani obecnej. Jest w tym pewny rodzaj nonszalancji, jest też i wygoda dla nowoberneńskich Polek – jakikolwiek tiszert i klapki niemającej-na-nic-czasu młodej mamy uchodzą za klas & szik, jeżeli założy się do tego słomkowy kapelusz. Tak żeby było po parysku.
3. Jest wieża, ale nie Eiffla

P1020375
Nie, no wieża musi być. Co to za stolica Europy bez prawdziwej wieży zegarowej? Gdzieś się przecież trzeba umawiać na spotkanie i coś pokazywać cudzoziemcom. No więc w Bernie jest Zytglogge, całkiem zgrabna i sympatyczna wieża w środku miasta, co godzinę śpiewa z niej kogut, błazen bije w dzwon, misie się przechadzają w kółko. Eiffel nie ma ani koguta, ani błazna, a jednak wszyscy chcą koniecznie usmażyć się w prażącym słońcu czekając kilka godzin na wjazd na stuletnią kupę żelastwa. Biedna Zytglogge, pod nią nikt nie stoi z wytęsknieniem godzinami. Nawet pasażerowie czekający na tramwaj, bo jak wszystko w Szwajcarii, tramwaje jeżdżą regularnie co kilka minut. A to pech.
4. Dzieci chodzą po ulicach na bosaka

Paryz 1
Głównie dzieci, chociaż dorośli czasami też. A jak od małego nie chodzą w butach, to jak się mają nauczyć, jak potem biegać po sklepach z ciuchami w dwunastocentymetrowych Laboutinach lub innych markowych kapciach? Kółko się zamyka, jesteśmy z powrotem w punkcie nr 2. Nie wiem, z czego wynika to umiłowanie do chodzenia na bosaka, ale nawet mi się podoba, bo – jak już wspomniałam wcześniej – moje japonki stają się częścią garderoby ĘĄ. Poza tym dzieci szybko wyrastają z butów i nie trzeba wiecznie kupować nowych. Czysta oszczędność, gdzieś te pieniądze trzeba odkładać, stąd tyle w Szwajcarii banków. Z brudnych stóp, jednym słowem.
5. Mieszkańcy się lubią
Do tego stopnia, że raz na jakiś czas któraś z dzielnic organizuje Dzień Dzielnicy. Lokalne sklepiki wychodzą na ulice, lokalne szafy i strychy prezentują swoje skarby na mini targach staroci, a domową lemoniadę można wypić na postawionej na środku skrzyżowania kanapie. Wszyscy się dobrze bawią i do siebie uśmiechają, więc to na pewno nie może być Paryż. Prawdziwi paryżanie chodzą po ulicach z wieczną miną “wisi mi to, bo mam nowe Laboutiny” a jedyny sąsiad, który ich lubi to właściciel najbliższej kawiarni na rogu, bo od lat piją u niego poranną kawę. Ich też obsługuje z miną “wisi mi to, bo mam kawiarnię” do czasu, gdy któryś z klientów odważy się nie przyjść na poranną kawę lub zmienić kawiarnię na inną. Obrażony właściciel nie omieszka mu tego wypomnieć, a paryżanin zmieni drogę do domu.
Paryz
6. W Bernie mieszkają szwajcarscy Szwajcarzy
W dodatku mówią pseudoniemieckim berneńsko-szwajcarskim. Cudzoziemcy istnieją, miasto organizuje nawet dla nich kursy czytania i pisania oraz solidarności z mieszkańcami, ale na pewno nie jest to drugi Paryż, gdzie czasami ciężko dojrzeć Francuza w gąszczu turystów i imigrantów. Paryżanie są na tyle uprzejmi, że z pogardą będą udawać, iż nie rozumieją twoich francuskich wypocin, jeżeli nie są to wypociny na 100% perfekcyjne z dialektem z Montmarte. Berneńczycy natomiast nie udają, że nie rozumieją klasycznego niemieckiego z kursów w Deutchlandzie. Przeciwnie, odpowiedzą na każde Twoje pytanie, za to w mocno niezrozumiałym dialekcie berneńskim. Im bardziej będziesz się starał ich zrozumieć, tym bardziej dialektalnie i niezrozumiale będą sie wypowiadać. Jednoznacznie brak im paryskiej pogardy dla cudzoziemców.
7. W Bernie nie ma brudnego metra
W przeciwieństwie do Paryża, gdzie brudne stacje metra mają już swoją renomę. W Bernie nie ma brudnego metra. W ogóle nie ma metra, bo by się nie zmieściło. Są za to elektryczne autobusy i ekologiczne trolejbusy, która wcale nie produkują paryskiego smogu. A to pech. Nikt nie organizuje niedzieli czy poniedziałku bez samochodu, bo musiałby to być dzień bez roweru. Bo w Bernie samochód jest pasee.

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Gruyere – Królestwo fondue

W średniowieczu byli mądrzejsi od nas. Jak ktoś miał skarb, to budował zamek na szczycie wielkiej góry i chował go głęboko w piwnicy, tak żeby inni się nie dowiedzieli. No chyba, że nazwał miasteczko leżace u podnóża zamku SKARB. To raczej komplikowało sprawę z utrzymaniem tajemnicy.
P1020376
Szwajcarzy też mają swój cenny skarb. To ser. Zbudowali dla niego zamek i trzymali przez co najmniej 4 miesiące w ciemnych piwnicach o temperaturze 13 st C i wilgotności 94%. Tyle że potem nazwali miasteczko Gruyere i już wszyscy wiedzieli, że skarb gruyere można zjeść w Gruyere. To nie było najmądrzejsze posunięcie.P1020379
P1020380
Dzisiaj muszą się zmagać z hordami poszukiwaczy serów, wdrapujących się na szczyt góry, by ze średniowiecznych zamkowych murów wypatrywać fioletowych krów* na zielonych pastwiskich. Rozczarowani widokiem całkiem zwyczajnych muciek pseudoskarbowi turyści odkrywają, że ser jednak jest! Jest! Tyle że nie w zamku, a w jednej z rozsianych po drodze restauracji serwujących fondue** . Najlepiej wybrać sobie taką z widokiem na zamek i mieć dwa w jednym.
P1020382
Ewentualnie, można się wybrać do restauracji Giger, żeby zobaczyć jak marnie skończyli Ci, co próbowali wykraść recepturę gruyere. To restauracja połączona z muzeum założonym przez Szwajcara H.R. Gigera, twórcę efektów specjalnych do filmu Obcy. Co miał najlepszego, to pokazał. Oby wam ser w gardle z wrażenia nie stanął.

obcy
Zdjęcie zapożyczone z portalu filing.pl

* o związkach fioletowej krowy ze Szwajcarią już pisałam.
** jakby ktoś nie pamiętał, to tu znajduje się fondue’owy savoir-vivre
P1020377Tak wyglądają prawdziwie szwajcarskie krowy spotkane w Gruyere, a nie jakieś fioletowe podróbki.

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Niepokorna dusza Albercika czyli co w Bernie atomowo w trawie piszczy

Co trzeba zrobić żeby dostać w Bernie własne muzeum z poddaszem i biletem wstępu za 18 franków? Dostać propozycję zostania prezydentem Izraela, zrobić sobie sweetfocie z Marią Curie- Skłodowską i pokazać język u Andy Wharhala. Trzeba mieć bujną czuprynę. Nie, to za mało. Trzeba znudzić się szkołą na tyle, żeby starać się o przyjęcie na Politechnikę bez zdanej matury i oblać egzaminy wstępne. O, to już coś. Potem można się przenieść do innej szkoły, gdzie nie są tak wymagający, dostać jednak papierek maturalny i zdać na studia na szóstkach. A potem kilka razy składać podanie o pracę nauczyciela akademickiego na kilku różnych uniwersytetach i być kilka razy z rzędu odrzuconym. Potem ewentualnie można zostać nauczycielem i prowadzić zajęcia dla 3 osób, bo więcej nikt nie jest zainteresowany.
WP_20150306_003Potem klepać biedę i wynajmować w Bernie jednopokojowe mieszkanko na drugim piętrze z bardzo krętymi schodami, na którym to mieszkanku można następnie zarabiać 6fr za obserwowanie jak nachalni turyści z trudem się wspinają, a potem spadają z tych schodków, chcąc zobaczyć jak ta nasza bieda się klepała.

Bern (27)

A potem to już wystarczy opublikować proste równanie matematyczne E=mc2 i dostać Nobla. To taki krótki przewodnik na życie przećwiczony w praktyce przez Alberta Einsteina. Jemu się udało, to nam nie? Polak potrafi. Założę się, że przynajmniej kilka faktów z życia Alberta będzie dla was zaskoczeniem, ale jak ktoś chce być wielki, to musi narozrabiać.
Fakt nr 1: Otóż niegrzeczny Albercik zbałamucił jedyną koleżankę ze studiów i – jak to się drzewiej mówiło – WP_20150306_001zbrzuchacił przed ślubem. Zakochana niedoszła fizyczka Mileva wróciła na rodzinne łono Serbii, gdzie urodziła potomka, ale niestety nie cieszyła się długo macierzyństwem. Einstein nigdy nie widział swojej pierworodnej córki, co nie przeszkodziło mu ożenić się z romansującą cudzoziemką już rok później i płodzić kolejne dzieci jak Bóg przykazał. Niedoszła fizyczka podzieliła los wielu ówczesnych szwajcarskich kobiet i została naukowcem od prania w balii i gotowania zupy selerowej. Najwyraźniej rola kury domowej i ganianie po Europie za Albercikiem, który ganiał za dobrą posadą przestała ją zadowalać, bo małżeństwo skończyło się rozwodem.
Niepocieszony Einstein szybko się pocieszył, z tym że nie mógł się zdecydować między jurną dwudziestolatką a jej matką. Ostatecznie wygrała wersja “im wino starsze, tym lepsze” i Albercik ożenił się po raz drugi, ze swoją kuzynką, Elsą.
Fakt nr 2: Albercik był z pochodzenia Żydem i chociaż bardzo do tego nie przywiązywał wagi, to nastroje społeczne w Europie lat dwudziestych dały mu się we znaki. Zrezygnował z obywatelstwa niemieckiego i przyjął szwajcarskie, a gdy do władzy doszedł Hitler, Einstein dumnie oświadczył, że jego noga na weimarskiej ziemi już nigdy nie stanie. Słowa dotrzymał, na bujających się nogach odpłynął do Ameryki, gdzie wiódł żywot starzejącego się emigranta. Przez ten czas aktywnie wspierał starania Żydów o założenie państwa Izrael, przez co złożono mu propozycję – jak się okazało, do odrzucenia- zostania prezydentem świeżego państwa. Może to i szkoda, że jej nie przyjął, być może jako szef doradziłby Goldzie Meir bardziej twarzową fryzurę, bo urodziwa to pani premier Izraela nie była.
Einstein Maria
Fakt nr 3: Albercik przyjaźnił się z Marysią. Spędzali razem wakacje z dziećmi i robili wspólne fotki na konferencjach naukowych. Marysia była oczywiście fajniejsza niż Albert, bo miała już dwa nazwiska (Curie – Skłodowska), dwa Noble i była jedyną kobietą w męskim naukowym światku. Na pewno nauczyła lepić Einsteina pierogi z polonu.
Time Einstein
Fakt nr 4: Einstein mógł być Snowdenem swoich czasów. Amerykanie bardziej niż bomby atomowej bali się, że coś wypapla i odsunęli go od prac nad nowym wynalazkiem. Co nie przeszkodziło ówczesnej prasie zlinczować go publicznie za odpalenie bomb w Hiroszimie i Nagasaki. Ironia losu, bo Albert akurat był zagorzałym pacyfistą i tym eksperymentom mocno się sprzeciwiał. No cóż, za sławę się płaci, a poczytny temacik zawsze znajdzie sobie kozła ofiarnego do obsmarowania w prasie.
monachium 2
Fakt nr 5. Ha!I tu was mam. Kto wiedział, że święto piwoszy, Oktoberfest w Monachium zawdzięczamy Einsteinowi? Nie Albercikowi, co prawda, tylko jego ojcu i wujowi, którzy przy pomocy założonej przez siebie spółki elektrycznej rozświetlili pierwszy lokalny bazarek dla birromanów, znany dziś pod wdzięczna nazwą Oktoberfest. Tak wiec panowie – w najbliższym październiku wznosimy piwny toast za seniorów Einsteinów.
Fakt nr 6: Nadejszła wiekopomna chwila i 18 kwietnia 2015 przypadła dokładnie 60 rocznica, gdy Albert udał się na łono Abrahama. Z tej okrągłej rocznicy (a my Polacy lubimy świętować okrągłe rocznice wielce smutnych wydarzeń) przedstawiłam krótki przewodnik, jak swoim życiorysem dać zarobić na turystach stolicy pewnego helweckiego państwa.
Dla leniwych link do Muzeum Einsteina w Bernie

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Sechselauten czyli Love Parade w Zurychu

P1020334
Kolory tęczy, to się zgadzało

Kwiecień w Szwajcarii jest fajny. Zawsze można usłyszeć od swojej szwajcarskiej połówki wielce mówiące:
Jak będziemy w Zurychu, to pójdziemy na Zekselojte.
A co to takiego?
-No, taka parada na ulicach. Zobaczysz.
Z resztek znajomości językowej niemieckiego z liceum wyłapałam Leute, znaczy się ludzie. Sexy leute, czyli sexy ludzie. Wow! Ale super. Z okazji Wielkanocy jest parada miłości! W Zurychu! Yes, yes, yes, Szwajcarzy wiedzą jak się bawić, mają paradę miłości jak w Berlinie! Ale fajnie, nawet w Warszawie jest nudno, bo więcej osób przychodzi na paradę żeby przeciwko niej protestować, niż żeby coś tam sobie manifestować przy techno.
P1020321W końcu za czwartym razem, jak pytałam się, kiedy będzie ta parada miłości, moja wielojęzyczna szwajcarska połówka załapała: To nie jest sexyleute, tylko SECHSELAUTEN. Czyli co? No, taka parada na ulicach.
P1020302Parada się zgadzała. Reszta – hmm… no tak nie do końca. Chociaż stroje były dość seksowne, takie frywolne piórka przy kapeluszach. Pewnie dlatego, że w kwietniu jest jednak dość chłodno, uczestnicy założyli seksowne ciuszki z czasów średniowiecza. Może w przyszłym roku będzie więcej lateksu i skóry. Muzyka też jest i to o wiele lepsza niż w Berlinie, bo grana na żywo. Platformy na wozach też są, konfetti i cukierki też (rzucane co prawda przez dzieci, więc niezupełnie w standarcie parady miłości), poza tym seksowni piekarze rozdający ciepłe bułeczki i ogrodnicy częstujacy grzesznymi jabłkami. Berlin na pewno tego nie ma.P1020299
Co więcej, okazało się, że to wcale nie Niemcy wymyślili seksowne parady, bo Szwajcarzy mieli swoją już od czasów średniowiecza. W dodatku organizowaną z okazji… wprowadzenia uregulowanych godzin pracy w miesiącach letnich. No rzeczywiście powód do świętowania. P1020326
Nie wiem, czy w Berlinie kogoś się topi z okazji parady miłości. U nas topi się marzannę, żeby przegonić zimę, za to w Zurychu podpalają bałwana. Ponieważ z reguły bałwany kiepsko się palą, to tego sechsowego najpierw karmią materiałami wybuchowymi, a potem podpalają na głównym placu i wszyscy niecierpliwie czekają aż mu biedna łepetyna eksploduje. Czym szybciej, tym ładniejsze lato. Widać długoterminowe prognozy pogody wszędzie się nie sprawdzają i lepiej pozostać przy tradycyjnych metodach planowania wakacji.
P1020291
Jakby ktoś z was bardzo chciał przywdziać w tym roku seksowny strój cechu rzemieślniczego i podmuchać trochę w trąbę, to … nie ma szans. Się okopali Zurychowiacy w tradycji i do udziału w paradzie nie dopuszczają żadnych słoików. Trzeba być prawdziwym mieszkańcem z dziada pradziada, a nie fałszywym przyjezdnym. Wszędzie na świecie los słoików taki sam.
P1020312P1020293

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Romantyczny Święty Maurycy na nartach

Szwajcarzy to podobno jeden z najbardziej szczęśliwych narodów świata. Recepta jest prosta, nie oczekują za wiele, zadowalając się tym, co mają na swoim średnioluksusowym poziomie. Nie żądaj zbyt wiele, to się za mocno nie rozczarujesz – i już jesteś zadowolony. Pewnie dlatego w rankingu 12 najbardziej romantycznych miasteczek Europy, które przygotowała poczytna travellerka i autorka bloga World of Wanderlust, Brooke Savard, szwajcarskie St Moritz zajęło siódme miejsce.

P1110359(1)
Ten piękny plakacik dostałam dzięki uprzejmości Ambasady Szwajcarii i Swiss Tourism. Fajny taki.

Nie za wysoko, nie za nisko – tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Brooke nie chciała za bardzo dopieszczać Szwajcarów, żeby im się od tego szczęścia nie zrobiło gorzej. Co ważne odnotowania, w rankingu znalazły się aż dwa miasta z Polski. Na piątej, zgodnie z nomenklaturą sprawozdawców sportowych – “dobrej, wysokiej pozycji” – znalazł się Wrocław, a już, już witał się z gąską na 11 miejscu Gdańsk. Nie wiem co prawda, czy Wrocław i Gdańsk zasługują ze swoją manią wielkości na przydomek “miasteczko” (w końcu mają stadiony piłkarskie wybudowane na Euro2012, a St. Moritz nie ma) ale ważne, że usłyszał o nas świat. Cieszmy się, bądźmy jak Szwajcarzy.
St. Moritz to obok Davos najbardziej znany w Polsce kurort narciarski, uroczy, kochany i w ogóle tak bardzo ach, że każe sobie za tę miłość słono płacić. Nie oczekujmy przetrwania tygodnia na puszkach z konserwą tyrolską i że jakoś to będzie, to kurorcik z klasą (i kasą) na najwyższym poziomie.
Choć Polacy nie gęsi i swoje góry mają, to na nartach jeżdżą generalnie trzy grupy: A) ci z gór, bo mają gdzie; B) ci z Krakowa, bo do gór mają niedaleko; C) ci z Warszawy, bo w Warszawie jest się snobem i wypada jeździć na nartach, na koniach, ewentualnie grać w tennisa. Ok, czasami zdarza się jakiś kamikadze na samobójczej trasie z Gdańska do Zakopanego. To już nie narciarz, to maniak (bliżej do gór miałby chyba wpław przez Bałtyk do Szwecji).
Moja na wszystkim jeżdżąca szwajcarska połówka wybrała na nasze pierwsze wspólne narciarskie wakacje przeurocze St. Moritz, trochę się pewnie obawiając, czy mój warszawski snobizm jest wystarczający na stoki ĄĘ. Bez obaw – starczyło. Tras narciarskich jest tyle, że jeździliśmy odtąd dotąd:
215714_10151319004956465_1319858250_na ponieważ było to jeszcze przed oficjalnym otwarciem sezonu, to połowa stoków i tak pozostawała w głębokim niebycie niezratrakowanego śniegu. Dzienny karnet za ok. 75 Fr trzeba przełknąć, ale warto – bez cienia zawiści mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to najlepsze miejsce, w jakim cim była w narciarskim życiu.
Wypada, żebym napisała, że samo St. Moritz też jest w przeurocze i przekochane, obsypane śniegiem i migoczącymi światełkami, ale to banał – WIADOMO, że jest fajne. To w końcu St. Moritz.

23716_10151319006786465_1824925053_n
Co jeszcze można robić przed/po/zamiast nart? Nie udało nam się przywieźć do domu posiniaczonych pośladków, bo tor saneczkowy był jeszcze zamknięty (w końcu było przed sezonem), a podobno warto. Za to udało nam się je ugotować w gorących termach z widokiem na Alpy, a potem zwiedzić jeszcze lokalne muzeum z wszystkim tradycyjnym, co lokalnym napaleńcom udało się zebrać z okolicy z dawnych czasów. Urocze. W końcu to St. Moritz.

Gdybym była Brooke Savard i pisała popularnego bloga o zwiedzaniu świata (skubana była już w prawie 50 państwach), to bym się rozpisała o urokach (w końcu to St. Moritz) pięćdziesięcio gwiazdkowego hotelu Kempinski czy Carlton. Przełknę to, że mnie nie zaprosili na darmowy pobyt, bo znaleźliśmy o wiele lepszą alternatywę. W Szwajcarii prawie każdy ma znajomego, albo kogoś z rodziny, który ma znajomego, albo przyjaciela, który zna kogoś z rodziny, co ma znajomego który w jednym z uroczych, narciarskich miasteczek ma mieszkanie na wynajem. Tylko trzeba tego znajomego znaleźć i już można całkiem rozsądnie się bratać na apre-ski ze Świętym Maurycym. 47699_10151308437066465_377143954_n

Dla niedowiarków jak pięknie i uroczo jest w St.Moritz – proszę bardzo kamerka na żywo

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis