Społeczna odpowiedzialność Szwajcarów. 9 pomysłów na to, jak być porządnym obywatelem

Reitschule Berno

Szwajcarzy niemieccy mają łatwo. Wymyślili sobie jedno słowo – Nachhaltigkeit, w którym zawarty jest cały sens tego artykułu.

A po polsku takiego słowa nie ma, więc muszę kombinować. Nawet po francusku, ani po włosku tak łatwo się nie da.

Bo to nie chodzi tylko o ekologię, rowerowych terrorystów i lewaków, którym odbija palma.  To zmiana mentalności, sposobu myślenia i zachowania tak, aby pewne działania stały się codzienną normą.

Społeczna odpowiedzialność, tak najbliżej można to określić.

Szwajcarzy są społecznie odpowiedzialni za swoje otoczenie, za naturę, za środowisko i za przyszłość swojego kraju.

Podam Wam kilka przykładów, jak w stylu szwajcarskim można dbać o poprawę życia dziś, aby nie trzeba się było martwić o jutro. Czytaj dalej Społeczna odpowiedzialność Szwajcarów. 9 pomysłów na to, jak być porządnym obywatelem

Społeczna odpowiedzialność Szwajcarów. 9 pomysłów na to, jak być porządnym obywatelem
5 (100%) 2 votes

Co stereotypowy Polak wie o Szwajcarii?

kroliczek Lindt

Kiedy spytać się przypadkowego Polaka, z czym kojarzy mu się Szwajcaria, odpowie pewnie, że z czekoladą Milka, bankami i zegarkami.

To najbardziej klasyczne stereotypy o Szwajcarii.

Chcecie się z nimi zmierzyć?

1. Fioletowa krowa i świstak zawijający w sreberka

Auć. Będzie bolało. Mocno.

Wiem, że ta wiadomość spowoduje palpitacje serca i bezsenność na kolejne dwie noce, ale fioletowa krowa nie jest szwajcarska. Co gorsze, świstak zawijający w sreberka też nie. Czytaj dalej Co stereotypowy Polak wie o Szwajcarii?

Co stereotypowy Polak wie o Szwajcarii?
5 (100%) 1 vote

Puknij się w łeb człowieku czyli jak ciężko wzdychają Szwajcarzy, gdy słyszą o sobie stereotypy

Stereotypy o Szwajcarach

Polacy piją wódkę na śniadanie, a w Warszawie po ulicach chodzą polarne niedźwiedzie.

Co tam jeszcze?

Ach, no słynny kawał z Niemiec: Jedź do Polski na wakacje, twój samochód już tam jest.

Taaa… wszyscy uwielbiamy stereotypy, szczególnie jak nie dotyczą nas.

A co tam mamy o Szwajcarach? Że są nudni, uporządkowani jak w szwajcarskim zegarku i mają fioletowe krowy.

Muszę przyznać, że im dłużej mieszkam w Szwajcarii, tym coraz trudniej przychodzi mi patrzeć na ten kraj z dystansem.

Stereotypy się weryfikują, Szwajcarzy normalnieją, tylko te krowy czekają za każdym rogiem. Nie, wcale nie fioletowe. Normalne, mućkowate.

Jak myślicie, co najbardziej wkurza Szwajcarów? Krótka lista stereotypów, z którymi borykają się Helweci. Czytaj dalej Puknij się w łeb człowieku czyli jak ciężko wzdychają Szwajcarzy, gdy słyszą o sobie stereotypy

Puknij się w łeb człowieku czyli jak ciężko wzdychają Szwajcarzy, gdy słyszą o sobie stereotypy
5 (100%) 1 vote

10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek

WEngen Szwajcaria

Wydawało mi się, że na ten temat napisał już każdy, kto może.

Wydawało mi się, że jest to dla każdego osobnika w i spoza Szwajcarii oczywiste.

A tymczasem ostatnio rozmawiałam przez telefon z kolegą z Polski i usłyszałam: “Ale jak to? Niemożliwe! Przecież to jest totalnie bez sensu. Tak się nie da pracować!”.

No nie da się i tu jest cały pies pogrzebany.

O co chodzi, mili Państwo?

O pracę matek w Szwajcarii.

Czy matkom w Szwajcarii żyje się źle?

Nie, absolutnie. Sama nawet o tym już kilkakrotnie pisałam. Jako mama dwójki berbeci nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego miejsca do mieszkania, niż Berno.

Mam duży wybór żłobków, szkół, przedszkoli, placów zabaw, pediatrę za rogiem. Jest czysto, bezpiecznie, zielono, bezstresowo.

Dlaczego jest mieć fajnie dzieci w Bernie?
Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

 

Problem się zaczyna, gdybym chciała być w tym samym czasie mamą pracującą zawodowo.

Czytaj dalej 10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek

10 najprostszych powodów, dlaczego Szwajcaria nie jest rajem dla pracujących matek
5 (100%) 1 vote

Gdyby babcia miała wąsy, czyli co by było, gdyby mnie tu nie było

Gdyby mnie nie było w Szwajcarii, to pewnie bym była w Polsce.

Żyłabym sobie nieświadoma cudów i dziwów, jakie mi przyszło w nowej ojczyźnie poznawać, nawet bym za bardzo nie miała za czym tęsknić, no bo by mnie tu nie było. Więc za czym tu tęsknić.

Ale jestem.

Postanowiłam więc zrobić listę rzeczy, do których najczęściej bym wzdychała, gdyby mi przyszło wynieść się z sielsko-alpejskiego raju.

Tak na wszelki wypadek, gdyby w Szwajcarii miała wybuchnąć lokalna wojna atomowa i trzeba by brać nogi za pas, a ze sobą tylko najważniejsze rzeczy. Przynajmniej będzie wiadomo, czego i gdzie szukać – od dzisiaj lista będzie wisieć na lodówce.

Gdybym się wyprowadziła ze Szwajcarii, to brakowałoby mi… Czytaj dalej Gdyby babcia miała wąsy, czyli co by było, gdyby mnie tu nie było

Gdyby babcia miała wąsy, czyli co by było, gdyby mnie tu nie było
5 (100%) 1 vote

Czego się musiałam nauczyć, jako matka szwajcarskiego dziecka?

Wychowanie dzieci w Szwajcarii

Moje dziecko zawsze jest brudne

Im bardziej deszczowy i ponury jest dzień, tym więcej moje szwajcarskie dziecko ma zabawy na najbardziej brudnym z możliwych placów zabaw. Takie jest przynajmniej założenie żłobków i przedszkoli.

Ogólnie przyjęta w narodowym referendum polityka prorodzinna mówi, że dzieci, aby się dobrze rozwijały muszą być brudne.

Do realizacji tego szczytnego celu służą oczywiście instrumenty ochronne takie jak kalosze i nieprzemakalne spodnie, ale i tak zdarzają się takie dni, kiedy z uśmiechem pełnym podziwu dla osiągnięć mojego berbecia żłobianka vel przedszkolanka mówi: Tak się dzisiaj dobrze bawił na placu zabaw, że był cały przemoczony, aż po pieluchę!

A ja, jako matka małego Szwajcara muszę pokazać, jaka jestem z tego dumna.

Z drugorodną było mi już łatwiej. Naprawdę?? Zjadała liście z ziemi? O, jak super!!! Tak, ja też uważam, że to słodkie.   Czytaj dalej Czego się musiałam nauczyć, jako matka szwajcarskiego dziecka?

Czego się musiałam nauczyć, jako matka szwajcarskiego dziecka?
5 (100%) 1 vote

Czego Johannes się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Oraz o tym, jak Berneńczycy budują swój nowy dworzec

Berno się zapycha. Niby małe, niby mieszkańców tu co kot napłakał, a jednak szturmują i szturmują dworzec kolejowy, aż (nie)miło. Rajcy miejscy uchwalili, że nie ma ten tego, trzeba zakasać rękawy, się wziąć do roboty i stary dworzec rozbudować. Nawet oficjalną fetę urządzili  z okazji rozpoczęcia prac budowlanych, też się przeszłam, a co, balony rozdawali. Rozpisują się o tym oczywiście w gazetach, bo berneński dworzec to drugi największy dworzec kolejowy w Szwajcarii, obsługujący dziennie 270 tysięcy pasażerów, a projekt zakłada wpuszczenie pociągów lokalnych pod istniejące obecnie tory dla pociągów dalekobieżnych. Przypomnieli w gazetach, jak to drzewiej bywało, jak ten dworzec wyglądał kiedyś i teraz i wtedy mnie olśniło. Szwajcarzy byli głupi! Tak samo głupi jak Polacy!  Czytaj dalej Czego Johannes się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Oraz o tym, jak Berneńczycy budują swój nowy dworzec

Czego Johannes się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. Oraz o tym, jak Berneńczycy budują swój nowy dworzec
5 (100%) 1 vote

Królowa lodu szuka nowego lokum. Bajka o spływających lodowcach i benzynie ze słońca

Jest sobie taki kraj na świecie, którego prezydent uważa, że ma same sukcesy.

Żadnej porażki.

Pełen tryumf.

Nawet się nazywał- Tryumf, ale  ludzie zaczęli go przezywać Trump.

No cóż, bywa.

Tak więc prezydent Trump usiadł pewnego dnia w skórzanym fotelu w swoim okrągłym pokoiku dla chorych psychicznie i pomyślał: napiłbym się dobrego, czerwonego wina.

Jak pomyślał, tak zrobił, ale tak niefortunnie otwierał butelkę, że wino wylało mu się na spodnie.

Wkurzony prezydent Trump wykrzyknął :

-Co to u diabła za wino????

-Francuskie – odparł jeden z doradców

-Francuskie? Nie będzie mi tu żaden francuski chłam humoru psuł! Co tam mamy francuskiego w America First?

-Paryskie porozumienie klimatyczne.

-Do kosza z nim! Mamy już paryską Wieżę Eiffla, nie potrzebny nam żaden klimat.

-Eee…to znaczy…..mamy paryską Statuę Wolności. A to porozumienie to taka książeczka o tym, że jest coraz cieplej i się lód topi.

-Żadne cieplej. Zimno jest. A lód to jest w zamrażalce. Czytaj dalej Królowa lodu szuka nowego lokum. Bajka o spływających lodowcach i benzynie ze słońca

Królowa lodu szuka nowego lokum. Bajka o spływających lodowcach i benzynie ze słońca
5 (100%) 1 vote

Wsi spokojna, wsi wesoła, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, co mieszka w Szwajcarii

rolnictwo w Szwajcarii

Szwajcarskie rolnictwo, czyli jakie?

Pytanie za sto punktów: Jakie ziemniaki kupi Szwajcar? Szwajcarskie za 3 Fr za kilogram, czy za 2 Fr – no dajmy na to -z Portugalii?

Oczywiście, że kupi te za 4 Franków, bo są bio.

Ewentualnie jak nie bio, to Fair Trade.

Coś w każdym razie muszą w sobie mieć, żeby być porządne, szwajcarskie i jeszcze zasłużyć na odpowiednią naklejkę.

Czytaj dalej Wsi spokojna, wsi wesoła, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, co mieszka w Szwajcarii

Wsi spokojna, wsi wesoła, ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, co mieszka w Szwajcarii
5 (100%) 1 vote

Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…

Ktoś, kto jak ja pamięta czasy przedlodowcowe, kiedy w Polsce służba w wojsku była obowiązkowa dla panów i zakazana dla pań, rozumie, co oznacza słowo FALA. Nie wiem właściwie, skąd się wzięło, ale oznaczało mniej więcej falę głów młodych szeregowych, czołgających się między butami swoich przełożonych. Czasami była to fala szczoteczek do zębów, używanych do czyszczenia kibelków. Istniała również fala 30-kilogramowych plecaków, noszonych z wdziękiem podczas trzygodzinnego biegu na mrozie. Obowiązkowo o 3 nad ranem. Były też pewnie i inne, mniej lub bardziej wyszukane fale, wszystkie miały jeden punkt wspólny – zasadniczo ich celem było pokazać młodym żołnierzom, że ich służba niewiele się różni od średniowiecznych tortur. Jak można się łatwo domyślać, wojsko polskie to jedno z najprzyjemniejszych wspomnień naszych ojców i wujków, od którego każdy próbował się wymigać, jak tylko mógł.
Od kiedy służba jest zawodowa, fanu już nie ma. Nie dość, że prześladowanie w wojsku i dyskryminacja zakazana, to jeszcze za męskie zabawy płacą pensje. W Szwajcarii to zupełnie co innego. Dyscyplina, tortury i szwajcarski porządek mają się jak najlepiej. Oto kilka zasad panujących w helweckiej armii. Nie pytajcie, skąd wiem: Czytaj dalej Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…

Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…
5 (100%) 1 vote

To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

wychowywanie dzieci w Szwajcarii

Jak wygląda wychowywanie dzieci w Szwajcarii?

Pomożecie? Pomożemy

Tak zapewne kiedyś jakiś szwajcarski Gierek zapytał się lokalnych kobiet, a one z uprzejmym uśmiechem na twarzy kiwnęły głową na znak zgody i wzięły się do roboty.

I to nie byle jakiej, bo do rodzenia dzieci.

W razie, gdyby swojskich matek zabrakło do podnoszenia narodowego dobrobytu, do roboty wzięły się też liczne zastępy matek z importu.

W Szwajcarii – w przeciwieństwie do wielu wysokorozwiniętych państw – dzieci rodzi się niemało.

Pytanie tylko – czy to się opłaca? Czy warto się zaopatrzyć w liczną osobistą polisę do podawania szklanki wody na starość? Czym grozi posiadanie dzieci w Szwajcarii – wady i zalety wychowywania przychówku w kraju pod Alpami. Czytaj dalej To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!
5 (100%) 1 vote

Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

Pamiętacie, jak się zachwycałam Szwajcarskim tyglem językowym i tym, jak ten kraj świetnie funkcjonuje z czterema językami narodowymi? No więc, trochę tu pomieszkałam i mogę teraz dodać łyżkę dziegciu. Żrą się. Z klasą, z dystansem (jak to Szwajcarzy), z pełną demokracją – ale się żrą. Bo się nie mogą dogadać, jak się mają dogadywać.
A sprawa wygląda tak: Otóż niby te cztery języki funkcjonują w równym stopniu, ale jednak są równi i równiejsi. Najbardziej równy jest niemiecki schwiizerdüütch (przestałam się przejmować, jak sie go pisze, bo i tak się go tylko mówi i tylko małolaty w sms-ach wiedzą, jak się go używa, a ja małolatą już dawno nie jestem). Z prostej przyczyny – ponieważ używa się go w większości kraju – jest też najbardziej rozpowszechniony i najpotężniejszy. Gdzieś tam na zachodzie upchany po lewej stronie mapy, czyli przy Francji, jest francuski. Jest go o wiele mniej, ale dzielnie nie daje sobie wejść na głowę potężnemu pseudo-niemieckiemu sąsiadowi. I tylko włoski najbiedniejszy, bo nie dość, że heeen, za górami, za lasami, to jeszcze tylko jeden prawdziwy kanton go używa (Ticino) i pół takiego włosko-niemieckiego (Gryzonia zwana pieszczotliwie Graubunden lub Grigioni). O tym czwartym, retoromańskim nie będę się rozpisywać, bo już pozostałe trzy idą ze sobą na noże, to co będę czwarty do wojny szwajcarsko-szwajcarskiej mieszać.
Czytaj dalej Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

Szwajcarskie dzieci nie noszą czapek i butów.

Bida z nędzą, co?

O tym, że polskie mamy hobbistycznie wciskają maluchom czapeczki na głowy niezależnie od pory dnia, roku i układu planetarnego rozpisuje się połowa blogów parentingowych.

Sama jestem polską mamą i mam to zakorzenione we krwi – na dwór bez czapeczki ani rusz. Trzęsie mnie z zimna, jak widzę w listopadzie gołe główki niemowlaków.

Darujmy sobie komentarze o ochronie przed słońcem i mrozem – bo to oczywiste. Ale moje urodzone w maju dziecku, wożone przez pierwsze tygodnie w zamkniętej budce zwanej wózkiem z gondolką miało nadopiekuńczą matkę, a na głowie czapeczkę. Po co? Sama nie wiem, dopóki pediatra mnie uświadomiła, że czapka tylko poniżej 20 stopni i to przy dużym wietrze. Czytaj dalej Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?
5 (100%) 1 vote

Krótki poradnik, jak w 10 krokach zostać Szwajcarem

Właśnie mi i frankowskiemu blogowi stuknęło dwa lata. Nasza druga wspólna rocznica. Muszę przyznać, że przez ten czas mocno się zakolegowaliśmy, a i moje podejście do Szwajcarii uległo nieco zmianie. Pisałam już o tym, dlaczego nadal jestem Polką (KLIK) oraz o tym, jak rozpoznać Szwajcara (KLIK). A dziś będzie krótko o tym, jak z obcoludka stransformersować się na prawdziwego Helweta. Nie, nie chodzi o to ile i komu trzeba posmarować, żeby dostać lokalne obywatelstwo. Bycie Prawdziwym Szwajcarem to raczej stan umysłu – ciężki, ale możliwy do naśladowania. Czytaj dalej Krótki poradnik, jak w 10 krokach zostać Szwajcarem

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Best of the best. Top 13 rekordów Szwajcarii

 

  1. Najbardziej zakręcony naród na punkcie kolei.

Powiedzieć, że koleje szwajcarskie są punktualne, to banał. Są tak punktualne, jak słynne szwajcarskie zegarki. Na świecie gonią się chyba tylko z Japonią. Dotyczy to nie tylko pociągów dalekobieżnych, ale też regionalnych i międzynarodowych – a zważywszy, że Szwajcaria sąsiaduje z Włochami, to nie jest to proste. Podstawowe pytanie, które zadaje sobie nowoprzybylec lub tylko chwilowoprzejezdny przez Szwajcarię, brzmi: “zdążę?” . Bo połączenia między kolejnymi przesiadkami mają zazwyczaj tylko kilkuminutowe przerwy, a każdy logiczny człowiek zakłada, że przecież pociąg ZAWSZE się spóźnia. I tu się ujawnia typowa szwajcarska precyzja: rozkład lokalnych i dalekobieżnych jest tak ze sobą skorelowany, żeby zawsze zdążyć. Co nie zmienia faktu, że jednak Szwajcarzy sami w swoją perfekcyjność wątpią i właśnie planują wprowadzenie zwrotu opłat dla pasażerów za spóźnienia sięgające powyżej godziny.
p1030037-w1024

2. Najgęstsza sieć kolejowa w Europie

To oczywista oczywistość punktu powyżej, nie da się mieć idealnych połączeń kolejowych, bez odpowiednio rozbudowanej sieci. Co ciekawe, jeszcze 150 lat temu Szwajcaria miała….najmniej rozbudowaną sieć kolejową w Europie. Wręcz biała plama na kolejowej mapie: Niemcy, Austria, Włochy – hulaj dusza po stolicach i kurortach, a w Szwajcarii jedna wielka dziura z małym, 30 km przecinkiem między Zurychem a Baden. Wyobrażacie sobie? JEDNA linia kolejowa, śmiech na sali.  Cały swój kolejowy rozwój Helweci zawdzięczają jednemu człowiekowi, Alfredowi Escherowi. Nawet ministrem transportu nie był, tylko miał dziką myśl doprowadzić do industrializacji i bogactwa kraju. Jak już zaczął, to tak się rozpędził, że porozrzucał te linie kolejowe na prawo i na lewo, a często też w górę i w dół. Tak przy okazji budowy gęstej sieci dróg żelaznych założył też Politechnikę w Zurychu (istniejącą do dziś, pierwszą techniczną uczelnię wyższą w Szwajcarii), pierwszy bank Credit Suisse oraz pierwsze towarzystwo ubezpieczeniowe, SwissLife. To dzięki niemu Szwajcaria kojarzy nam się dziś z tym, z czym się kojarzy: kolej+banki+ubezpieczenia. Można? Można. Tylko trzeba być szaleńcem z dyplomem inżyniera
p1030010-w1024

3. Najdłuższy tunel na świecie

Jak już mieć szalone wizje, to na całego. Escher zrealizował jeszcze jedno swoje wielkie marzenie, a mianowicie połączył północ i południe Szwajcarii (a tym samym Europy) tunelem kolejowym pod szczytem Św. Gotarda. Swego czasu zresztą był to najdłuższy, 15 km tunel kolejowy na świecie. Oczywiście, dzisiaj taki tunel to pikuś, dlatego też Szwajcarzy zbudowali nowy i dziś ponownie mogą się pochwalić najdłuższą dziurą w ziemi na świecie. Otwarty w czerwcu tego roku nowy tunel Św. Gotarda liczy sobie 57 km, a poczytać o nim można o tu: KLIK

4. Najwięcej czasu spędzonego na podróży pociągami

Bracia Japończycy są co prawda narodem, który odbywa najwięcej podróży kolejowych rocznie, za to Szwajcarzy pokonują statystycznie najdłuższy dystans, bo 2277 km.  Nie chodzi o to, żeby mieli złe autostrady bądź też drogie winiety. Tak chyba po prostu kochają swoje koleje, a patrząc na poprzednie trzy punkty powyżej nie ma się im co dziwić.
p1070354-w1024

5. Najwyżej położona kolej zębatkowa w Europie

Dla odmiany od kolei, będzie o kolei. Chociaż nie w poziomie, tylko w pionie. Kolej zębatkowa na przełęcz Jungfraujoch jest nie tylko najwyżej w Europie wspinającą się kolejką (3454 m.n.p.m), ale oferuje też największą różnicę poziomów przy gramoleniu się w górę – prawie 3 km. Tego nie mają w ofercie ani Andy, ani Himalaje.  Jakby ktoś nie wiedział, jak wyglądają zęby zębatki, to proszę bardzo:
p1030018-w1024
 

6.Najwięcej czterotysięczników na świecie

Ktoś mógłby się zapytać: a po jakiego grzyba wjeżdżać na te góry kolejkami? Ano chociażby po to, żeby sobie pooglądać panoramę największej ilości czterotysięcznych szczytów. Nie ma co gadać, tylko podziwiać:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

7. Najwięcej na świecie pochłanianej czekolady

Jak można łatwo obrazić Szwajcara? Powiedzieć, że najlepsze czekolada na świecie to ta belgijska…. Szwajcaria słynie oczywiście z czekolady, i to nie tylko tej od komercyjnych fioletowych krów (KLIK), ale przede wszystkim tej ręcznie wyrabianej zgodnie z kilkusetletnią tradycją. A jak się ma takie niebo w gębie jak Toblerone (KLIK), Cailler czy Lindt, to nie dziwne, że pochłania się jej prawie 9 kg rocznie – co stawia Szwajcarów w światowej czołówce pospolitych zjadaczy czarnego złota. I jeszcze pytanie za 100 punktów: kto wymyślił czekoladę mleczną w tabliczce? No kto? (KLIK).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

8. Najdłuższa średnia wieku w Europie

Nie wiem, jak to się ma do ilości zjadanej czekolady, ale Szwajcarzy to najdłużej żyjący w Europie naród. To pewnie dlatego ma też największą (moim zdaniem) ilość dziarskich babć i dziadków na kilometr kwadratowy (KLIK)

9. Najmniejsze muzeum na świecie

Jest otwarte 24 godziny na dobę i ma tylko jeden eksponat. Żeby go obejrzeć, wystarczy spojrzeć przez szybę. To tak dla znudzonych narciarskimi akrobacjami w St. Moritz

10. Najszczęśliwszy naród na świecie

Podobno potwierdzają to jakieś statystyki, albo raporty, ale nie chciało mi się szukać, jakie.  Coś w tym jednak musi być, zważywszy, że na poziom zadowolenia wpływają takie czynniki jak: środowisko naturalne (a że Alpy są ładne to nikt nie zaprzeczy. I w ogóle tak sielsko i czysto dookoła); poziom życia (z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że da się żyć. Całkiem poziomo); poziom opieki zdrowotnej (patriotycznie powiem, że jest taki sam, jak w Polsce. Dobra, ściemniam, jest o wiele lepszy, tylko taki nietaniutki); warunki do wychowywania dzieci (ja nie narzekam, można się przekonać: KLIK); stabilizacja polityczna i gospodarcza (ogólnie rzecz biorąc to strasznie nudnoprzewidywalny kraj, chyba że się frank zbiesi: KLIK); poziom spełnienia marzeń versus oczekiwania (z racji tego, że Szwajcarzy lubią być przezornie przeciętni, nie oczekują więcej, niż mogą dostać, to i rozczarowanie mniejsze. Ogólnie wychodzi im to na dodatni poziom zadowolenia).

11. Najwięcej psychiatrów przypadających na 1 mieszkańca

To chyba z tego szczęścia…Albo z dobrych warunków pracy i płacy lekarzy. Albo z niedostępności Szwajcarów vel – jak kto woli – skromności. Podobno Szwajcarzy nie chcą nikomu przeszkadzać, stąd siadają zawsze w rogu, gdzie jeszcze nie ma nikogo, sami się pierwsi nie odezwą i przypadkiem nie oferują też pomocy, co by się nikt nie obraził, że się pierwsi odzywają (strasznie to zakręcone). A ponieważ są do cna uczciwi i regulatorowi – to przyjaciołom przecież nie będą zawracać głowy swoją sielsko-alpejską depresją. I to w dodatku za darmochę. Lepiej pogadać z człowiekiem, któremu się za to całkiem słonawo zapłaci.

12. Najbardziej demokratyczna demokracja na świecie

Gdyby mogli, zbieraliby się dwa razy w roku na wielkim placu w Zurychu albo Bernie i przez podniesienie ręki bądź tupnięcie nogą głosowali na wszystko, na co da się głosować. Ale ponieważ rzeczywistość zmusiła ich do pójścia z duchem czasu, to teraz głosują sobie w referendach, dwa razy do roku, pisemnie albo osobiście. Tak, tak, można wysłać swój głos pocztą, bo formularze dostaje się zawsze do domu na długo przed referendum. Co więcej – tematy do referendum zgłaszają zazwyczaj sami pospolicie-ludkowi Szwajcarzy. Partie polityczne oczywiście coś tam sobie gadają, jednych przekonują, a innym odradzają, ale o sprawach mniej lub bardziej ważnych Helweci decydują zawsze sami. Są przy tym tak obowiązkowi, że frekwencja rzadko spada poniżej 50%. Jednocześnie tak podzieleni w swojej jednomyślności, że wynik 55% kontra 45% jest uznawany za miażdżące zwycięstwo.
p1020305-w1024

13. Najmniejsza gmina, która sama ustala sobie podatki

Z tej demokratycznej demokratyczności wynika również fakt, że o własnych podatkach Szwajcarzy też sami decydują. A najmniejsza gmina w Szwajcarii liczy sobie zaledwie 12 osób i jest malutką mieściną Corippo w górskim Ticino. Tak mi się podoba, że już kiedyś o niej pisałam(KLIK). I pewnie jeszcze kiedyś napiszę.
P1040477
 
 

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

Taka piękna tradycja jest w Polsce, zwiedzanie szopek bożonarodzeniowych w ramach gimnastyki sakralnej po świątecznych obżarstwach. Krakowskie są oczywiście najsłynniejsze, ale ja, jako że ze stolyyycy, to zawsze z rodzicami wędrowałam do kościoła Kapucynów na Starym Mieście, żeby zobaczyć szopkę ruchomą. Najfajniejszym momentem było rozpoznać postacie znanych osób wjeżdżające przed nasze oblicza . Ja mam papieża! A ja Wałęsę! Taaa… takie to czasy kiedyś były.
Szwajcarzy też pozazdrościli Polakom tej miłej tradycji i zorganizowali wystawę szopek, tylko żeby nie biegać za bardzo po kościołach, bo to i drzwi skrzypią i zimno się wpuszcza do środka – porozrzucali szopki po całym miasteczku. A dokładnie w Vira w kantonie Ticino. Może uznali, że widok na (nieośnieżone w tym roku) Alpy i jezioro Locarno zrekompensuje odmrożone pupy i stopy. Lokalni duchowni są zdaje się mało kreatywni, bo to nie oni, a mieszkańcy urządzają szopki. A żeby jakiś sens był w bieganiu po zaułkach wioski, to przy okazji jest konkurs na najładniejszą z nich. I tu taki niuansik-  szopki muszą być bardzo oryginalne, żeby przyciągnęły uwagę głosujących. A jako że Szwajcaria to kraj ekologiczny i – tu taka niespodzianka – drogi, to najlepsze pomysły są z recyklingu. Muszę przyznać, że w tym roku wyobraźnia artystyczna mnie nie powaliła na kolana, ale parę perełek się znalazło. To żeby dużo nie czytać, dzisiaj więcej dla leniwych leni do oglądania (w końcu dla niektórych zaczął się długi weekend). Moja subiektywna lista najfajniejszych szopek w Vira:
Miejsce 1: Szopka z makaronu. Posądzana o niegospodarność, bo ile to jedzenia trzeba zmarnować i potem wszystko wyrzucić. Ale za wykonanie i oryginalność należy się miejsce na podium


Znaleźliście Jezuska?
Czytaj dalej Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

9 nostalgicznych wspomnień o dorastaniu w Szwajcarii. Tfu, w Polsce

Niedawno pewien nowoszwajcarski Dimitri opublikował nostalgiczne wspomnienia, jak to było onegdej dorastać w Szwajcarii. Mogłabym na tym poprzestać i wkleić link do artykułu (KLIK: link o tutaj), ale co to ze mnie za Polka, że niby w Szwajcarii mieszkam a własnych peerelowskich wspomnień nie mam? Nie będę powtarzać za Dimitrem, jak ktoś ciekawy niech sam kliknie do źródła. U mnie na blogu swojsko. Polacy nie gęsi, swoją nostalgię też mają, a co. Szwajcarsko-polska bitwa na wspomnienia z zeszłego stulecia.

  • Kiedy recytowałeś wierszyk, żeby Św. Mikołaj nie zabrał cię ze sobą w worku

No, to takie banalne trochę jest. My w Polsce też wierszyki i piosenki Mikołajowi śpiewaliśmy. Mamy za to coś, czego Szwajcarom brakuje: czar plastikowej reklamówki z pracy mamy lub taty, wypełnionej kilogramem mandarynek i odrzutowych czekoladek. Paczki świąteczne dla dzieci to był hit, dzięki temu kochaliśmy komunistyczne zakłady pracy miłością nieodwzajemnioną. Podobno mandarynki i pomarańcze tylko na Święta rzucali do sklepów, a czekoladki były odrzutowe nie dlatego, że przeleciały długą drogę, tylko że to odrzuty z eksportu były. Wybrakowane ptasie mleczko i połamane czekoladowe wafelki. Mmmm pycha!
p1020628-w1024

  •  Kiedy nosiłeś butki tigerfinkli jak wszyscy twoi koledzy

Butki Tigerfinkli to takie brzydactwo made in Switzerland, udające lamparcią (tygrysią? no nie, nie tygrysią) skórę i z czerwonym pomponem. Do tej pory można kupić te pseudotradycyjne kapcie na bazarkach i lokalnych targach. Nie wiem, jak to się może komuś podobać. Nawet wersje dla dorosłych produkują, co prawda już nie w Szwajcarii, lecz…w Polsce. Co nie zmienia faktu, że my się możemy pochwalić gorszym obuwniczym badziewiem, czyli szkolnymi juniorkami, obowiązkowymi jeszcze za czasów mojej podstawówki. Jeżu, jakie to okropne było, tak jakby ktoś na siłę produkował najbrzydsze buty na świecie. A nie, przepraszam – brzydsze były te noszone przez panie sprzątające, woźne i salowe w szpitalach: wersja juniorki-senior, z materiału, za kostkę i z wycięciami na palce i pięty. Obowiązkowo sznurowane. Teraz podobno najbrzydsze buty na świecie projektuje Kanye West. Kanye: welcome to PRL!
p1020624-w1024

  •  Kiedy do szkoły podstawowej nosiłeś tornister pokryty kozią skórą

Takie mam mieszane uczucia trochę… Ekologiczna i porządna Szwajcaria, a biedne kozy na tornistry ze skóry obdzierali? Tradycja najwyraźniej nadal żywa, bo dziś rano widziałam taki plecaczek u jednego z dzieciaków pod szkołą. Za czasów mojego bujnego dzieciństwa bachorstwo na pewno nie ubierało się w skóry i aksamity, tylko w kryzysowe tornistry z pseudo-plastikowego skaju. Na pewno nie na kilka sezonów, bo rączka odpadała już po miesiącu. Za to niedługo potem weszły do mody pudełka na plecy udające tornistry, hit zachodu, jeszcze z bajkami na przykład – obiekt pożądania każdego małolata. Teraz nie w temacie trochę jestem, moje pisklę na razie za małe na szkolną wyprawkę, więc nawet nie wiem, jaka moda panuje pod flagą biało-czerwoną. Kultowe trzy paski Adidasa lub łyżwa Najka? Czy jednak dizajn made in Biedronka?

  •  Kiedy czołgi szwajcarskiej armii przejeżdżały przez miasto, a ty prosiłeś żołnierzy o ciasteczka i batoniki czekoladowe.

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, czy przejeżdżające przez polskie miasta czołgi na początku lat osiemdziesiątych rzucały dzieciom cukierki raczki i krówki. Chyba nie… Może dlatego powetowaliśmy sobie straty związane z brakiem zabawy z miłującymi pokój żołnierzami hitem przedszkola: zabawą w Czterech pancernych i psa! Ja byłam zawsze Lidką, Marusia była za szybko obsadzana i nie zdążałam się na nią załapać. A każdy chłopiec musiał być Jankiem, więc zazwyczaj w grupie słoneczek lub krecików było 10 Janków na jedną blondwłosą Marusię.
fb_20170214_19_19_10_saved_picture

  • Kiedy wycieczka na koniec szkoły była na najwyższe wzniesienie w kantonie

Ja warszawsko-nizinna jestem, więc najwyższych puntów widokowych w naturze trochę brak. Chyba, że liczyć Pałac Kultury i Nauki. Szwajcarskie dzieci wysysają z mlekiem krowim miłość do zadeptywania tych biednych Alp wszelkimi możliwymi szlakami turystycznymi, polskie – miłość do ojczyzny i patriotyzmu. Zamiast wycieczek krajoznawczych po okolicy mieliśmy obowiązkowe wycieczki na groby poległych w czasie wojny, porozrzucane po pobliskich lasach. Każda szkoła miała “swoje” groby do opieki, co miesiąc inna klasa je czyściła i oddawała cześć.  A w ramach kontaktu z naturą obowiązkowo jeszcze lekcje w-f były zamieniane na grabienie liści wokół szkoły. Może dzisiejsi narodowcy też by trochę pograbili liście, zamiast robić patriotyczne zadymy.
p1070360-w1024

  •  Kiedy obwoźny sklep Migros pojawiał się w mieście, a rodzice dawali ci frankola na coś słodkiego

E tam, obwoźne sklepiki niech się schowają w porównaniu z naszymi odpustami. Różowa mordoklejka zwana też pańską skórką i domowej roboty jojo z folii aluminiowej wymiata. Tak przy okazji, ktoś wie, z czego jest zrobiony ten słodki hit odpustowo-cmentarny? Teraz panuje głównie na 1 listopada, bo odpusty trochę w niepamięć poszły. Zresztą tak jak obwoźne sklepy Migrosa.

  • Kiedy na tarasie widokowym z Zurychu obserwowałeś samoloty Swissair

Taras widokowy to każdy może sobie wybudować, żadna sztuka. Ale stworzyć Misia, kultową komedię Stanisława Barei? To tylko u nas. Dla mnie taras widokowy na lotnisku jest niepowtarzalnie związany z ko(s)miczną sceną na Okęciu w Warszawie:
– Ale ja mamę odprowadzam!
– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer…  O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz). Mamę możecie pożegnać z tarasu widokowego.

Najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.
img-20150917-wa0004

  • Kiedy musiałeś odnaleźć zielony wagon kolei dla niepalących

Zielony, nie zielony – grunt to było odnaleźć jakikolwiek wagon, do którego dało się wcisnąć choćby milimetr ciała. Wy też tak jeździliście? Najpierw przez okno dzieci, niech zajmą miejsce w przedziale. Dalej wędrowały bagaże i narty, a na koniec rodzice próbowali się dostać do swojego dobytku i pociech po trupach bagaży innych pasażerów, którym szczęśliwie udało się zająć miejsce na krzesełku w korytarzu. Dla podróżujących inaczej zostawały jeszcze miejscówki w wersji lux na kibelku w toalecie. Ach, to były czasy…..

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Ja to jestem bombowa, a w domu to mam wręcz atomowo. Mój prywatny James Bond powiedział kiedyś, że umie zepsuć każdą elektrownię na świecie tak, że po miesiącu wybuchnie i nikt nie będzie wiedział dlaczego. I jak tu się w takim agencie nie zakochać? Nie dało się, to się wzięłam i wyszłam za mąż. I teraz mam nie byle jakiego asa w domowym rękawie, a tu o ważną rzecz chodzi. Ano mianowicie o to, czy szwajcarskie atomówki mają być chwilówki, czy jeszcze im trochę przyjdzie żyć na tym łez padole. Się szwajcarscy Zieloni zawzięli na elektrownie jądrowe i za tydzień brać helwecka zagłosuje w referendum, czy chce jeszcze trochę pożyć w atomowej chmurze, czy powie chmurze bye bye i odeśle do Czarnobyla. Albo do Fukushimy. Czytaj dalej Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

E tam panie, lepiej nie mówić, czyli co mi się nie podoba w Szwajcarii

Jesień kalendarzowa się właśnie zaczęła, co prawda słońce jeszcze świeci i ciepło, ale za chwilę na pewno będzie plucha i szaro-buro. Najwyższa więc pora włączyć tryb narzekania. Jak nie na pogodę, to na Szwajcarię. Że niby tak sielsko anielsko? Ha! To zobaczcie, co tu biedną polską duszę wkurza.

  1. Nie podają naszego ciasta ani naszej wódki.

Nawet nie chodzi o to, że polskie. Zwykłe takie może być, z Migrosa lub innego Coopa, albo całkiem niezwykłe czekoladki z Villars. Wódka też tak metaforycznie, bo tu raczej z winem w prezenty. Chodzi o to, że jak masz na coś ochotę i przyniesiesz to ze sobą w gości, to co najwyżej poliżesz zamknięte drzwiczki od szafki w kuchni, bo na pewno nikt twojego ciasta ani wina nie postawi na stole do degustacji gości. Od razu ląduje w odmętach prezentowych przestrzeni i nie jest wystawiane na widok i smak publiczny. Czytaj dalej E tam panie, lepiej nie mówić, czyli co mi się nie podoba w Szwajcarii

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Takie cuda? Tylko u nas!

 
Jest li taki kraj na świecie, miodem i mlekiem płynący, gdzie się dziwy i cuda dzieją. I nigdzie indziej ich nie znajdziecie. Wszystkim tym, którzy spodziewali się teraz linku do Youtube z kierowcami z Rosji lub równie uroczego rosyjskiego profilu randkowego ze zdjęciami z dywanem na ścianie lub kałaszem – uprzejmie donoszę, że się właśnie rozczarowali.
O, już.
To po takim miłym porannym rozczarowaniu będzie o Szwajcarii. Pamiętacie taki moment w życiu, kiedy na wakacjach w egzotycznym kraju powiedzieliście sobie “Noooo waaaayy!”.  Lub w wersji bardziej mickiewiczowskiej: “Że cooo ????“. Nie może być, takie rzeczy nie istnieją w przyrodzie.To teraz będzie moje nołłej po szwajcarsku. Obowiązkowo z durnym wyrazem twarzy.

  1. W porze lunchu nie wolno latać helikopterami w górach. Jest ładnie, ciepło, widoki sielskie alpejskie i nie będzie nam tu żaden obcen po naszym niebie latał i ciszę zakłócał.
  2. Cisza to cisza, jak obowiązuje, to wszystkich. Nie tylko tych w niebie, ale i na ziemi. W związkuż z powyższymż, butelek do kontenera na szkło też nie wolno wyrzucać w porze lunchu. Bo co? Bo hałasuje, a przecież cisza ma być i spokój.
  3. Tablica rejestracyjna rzecz święta. Jak już jedną masz, to trzymasz w łapach i nie wypuszczasz przez kolejne 20 lat. Z żoną można się rozwieść, samochody zmieniać jak rękawiczki, ale szczęśliwy numerek jest zawsze przy tobie. Na wieki. Jak Ci się już zechce zostać burżujem i kupić drugi samochód, to ulubioną tablicę zakładasz to tu, to tam. Jasne? Dwa samochody, jedna tablica.
  4. Podatki trzeba płacić. Albo i nie. W terminie. Albo i nie. Jak ci się nie chce, to piszesz uśmiechniętą kartkę do równie uśmiechniętego urzędnika w skarbówce, że ten tego,lato jest, gorąco, na wakacjach byłem i w ogóle impreza z kumplami taka, że 3 dni balowaliśmy, więc uprzejmie donoszę, że rozliczę się za pół roku. Bo teraz zajęty jestem.
  5. Podatki jakie są – nikt nie wie. Bo każdy kanton i inna mniejsza lub większa gmina ustala sobie podatki sama. Raz na jakiś czas próbują coś pozmieniać, w referendum się brać wspólnotowa wypowie, czy zwiększamy, czy zmniejszamy (tak, tak – sami się godzą na zwiększenie podatków. Taki kraj). Nawet jak taka mała gmina leży sobie wciśnięta w górach Ticino i liczy tylko 12 mieszkańców – też sama decyduje o swoich podatkach. A taka gmina Corippo wygląda -o tak:
  6. To chyba jedyny kraj na świecie, gdzie każden mężczyzn musi odbyć obowiązkową służbę wojskową po to, żeby NIE walczyć. I to nie byle jakiś tam weekendowy kursik obronności, ale kilkumiesięczne szkolenie po którym rok w rok trzeba się stawić z kwiatkiem w mundurze przed komisją na dodatkowy miesiąc i pokazać, że wcale nie zapomniałem ani strzelać, ani ładnie paradować. Przy okazji Szwajcaria wydaje miliony frankoli na zakup sprzętu wojskowego pozostając przy tym neutralna. Czyli nie bawimy się w żadne wojny, misje wojskowe, NATO i inne takie. Paradoks? Niekoniecznie, zważywszy że wszystkie te podchody harcerskie w kraju robione są po to, żeby ZACHOWAĆ swoją neutralność. Mamy wojsko, ale tylko po to, żeby bronić nas przed uwikłaniem w zabawę dla dużych chłopców i w razie co nie wpuścić za granicę kraju żadnych Wikingów i innych napalonych Hunów (praktyka pokazuje, że dziewczynki na świecie rzadko kiedy się bawią w wojnę, wolą pilnować, czy placki się nie przypalają).
  7. Dziura na dziurze dziurą pogania. Nie tylko w serze, bo to byłoby zbyt banalne. W asfalcie też nie, choć to pewnie pierwsze, co na myśl Polakowi przychodzi do głowy. Szwajcaria ma dziurawe góry. Wszędzie tunele, podkopy, wjazdy, rozjazdy – nie da się przejechać autostradą, żeby nie zwiedzić kilku wydrążonych w skale dziur. Ale drogi i koleje to mało. Ba! To, co widoczne gołym okiem to tylko połowa dostępnych tuneli. Tutaj dziury służą takim ciekawym celom jak schrony i kryjówki wojskowe (patrz punkt wyżej, po co w neutralnym kraju schrony), dojazdy do ukrytych w skale urządzeń technicznych, np elektrowni i … parking dla samolotów. Coś a la hangar, tyle że dach ma nie z blachy falistej, a ze skały. A o najsłynniejszej i największej dziurze świata już było, o tu: KLIK.Ticino (7)

 8. Prezenty Ci dają, jak jesteś nowym mieszańcem i to całkiem za darmochę – no cud chyba jakiś. I to niezłe prezenty, oryginalne. Nie tam zwykły breloczek do kluczy lub długopis z logo miasta. Żeby poczuć się jak James Bond dostaniesz tabletki atomowe, na wypadek, gdyby któraś z sąsiedzkich elektrowni jądrowych wybuchła, jak ty będziesz ratować świat. Niewtajemniczeni twierdzą, że to zwykły jod w kapsułkach dla ochrony tarczycy, ale ja tam w takie teorie spiskowe nie wierzę. Tabletki atomowe i już, inaczej nie może być. W końcu gdzie, jak gdzie, ale w Szwajcarii każdy może być Jamesem Bondem (KLIK).

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Dlaczego fajnie jest mieć dzieci w Bernie?

  1. Odwożę pisklę do żłobka na rowerze. Mimo, że pisklę jest w wieku żłobkowym, to znaczy takie małe w sumie, nikt się na mnie nie patrzy jak na wyrodną matkę, co to biedne kilkumiesięczne dziecko targa ze sobą na welocypedzie, zamiast wygodnie samochodem pod drzwi dostarczyć. Jedyny problem, że inni rodzice też są tacy mądrzy jak ja i muszę się rano przedzierać  przez tabuny rowerów zaparkowanych przed żłobkiem.
  2. Jeżdżę z tym dzieckiem na rowerze po ulicy. Nikt na mnie nie trąbi, nie mam zawału serca za każdym razem, jak przejeżdża koło mnie ciężarówka, bo jak widzi dziecko z tyłu, to i tak zwolni poniżej pięciu dych. I teraz uwaga – albo mam wyznaczone na jezdni pasy rowerowe, albo…ich nie mam. Taka różnorodność. I co w związku z tym? Ano nic, samochody dalej na mnie nie trąbią, czekają grzecznie aż się wcisnę, przeturlam, wepchnę, zmieszczę i jeszcze potrafią na skrzyżowaniach się zatrzymać i poczekać, aż przejadę. Takie cuda.
  3. Jak nie dziecko, to mogę na rowerze wozić brzuch. Z dzieckiem. No, wyrodna matka, wyrodna. Nie dba o siebie w ciąży. Jak i setki innych matek, co te brzuchy na rowerach targają. Nikt im się w czoło nie puka, a na pytanie lekarza, jak długo mogę się tak tarabanić, usłyszałam – może Pani pojechać na rowerze do porodu. Gites.
  4. Mam zjazdy, podjazdy, obniżone krawężniki i nie muszę się zastanawiać, gdzie przypadkiem spotkam schody na spacerze. To w wersji, kiedy zamiast na rowerze młodzież podróżuje po mieście w wózku (tu już kiedyś pisałam o tym, jakie fajne Berno jest: KLIK).
  5. Taki mi się egzemplarz pisklęcia głodomora trafił. Ryczał w promieniu kilometra tak, że ni du du, tylko teraz i natychmiast mi tu mleko dawaj, nie będę czekał, aż sobie ustronne miejsce do karmienia znajdziesz. Berno oferuje całkiem przyzwoite rozwiązanie dla takich mlecznych terrorystów – każda apteka powinna zapewnić pokoik do karmienia dziecka piersią, a najbliższą aptekę z jadalnią można znaleźć w telefonicznej aplikacji. A nawet jak mi się nie udawało sprintem do tej apteki dobiec, zanim bębenki w uszach popękały, to i tak nikt NIGDY nie zwrócił mi uwagi, że karmię w miejscu publicznym. Na ławce, na trawce, w kawiarni, w fabryce czekolady. Podobno hitem wśród lokalnych matek są przymierzalnie w sklepach, ale nie próbowałam. Podobno istnieją też barbarzyńskie kraje, gdzie matkę karmiącą wysyła się do toalety…Photo 21.06.15 15 08 57
  6. Co ulica, to plac zabaw, żłobek albo przedszkole. W Bernie obrodziło w dzieci, to gdzieś tę całą bandę trzeba upchnąć. Jak mnie stać, mogę przebierać w żłobkach, jak w ulęgałkach, tylko… no właśnie, jak mnie stać. Na żłobek potrzebna niezła pensja, jest dwa razy droższy niż wynajem mieszkania. Nie ma jednak tego złego Szwajcara, co by na dobre nie wyszedł. Do żłobka należy się dofinansowanie z zakładu pracy. Jak nie pracuję, to jest dofinansowanie z miejskiego socjala. Jak i to mnie nie urządza, to mogę wziąć udział w zajęciach przygotowawczych dla dzieci bez żłobka. Koszt…10 frankoli na miesiąc. To takie dwie duże kawy. A przedszkole to już raj…. Za darmo 😉
  7. Jeżeli koło mnie mieszka banda innych, równie dziko biegających dzieciorów, to mogę wystąpić do miasta o obniżenie dopuszczalnej prędkości ruchu w pobliżu domu. Bo dzieciory po ulicy biegają i w to kierowcy muszą się do nich dostosować.
  8. Jak już dzieć zacznie być w wieku przedszkolno-szkolnym, to będzie się mógł sam wypuszczać z domu do obowiązku pedagogicznego. Bo – co oczywiste – każdy kierowca przepuszcza pieszych, w tym dzieci, na pasach. Ale to oczywista oczywistość w Szwajcarii. A każdy mały dzieć musi nosić żółty odblaskowy trójkącik, co by go było widać z daleka i na wszelki wypadek kierowca mógł zwolnić, jak jeszcze przedszkolak po chodniku bryka i ani myśli przechodzić przez ulicę. Wspominałam już, że brzdącale przechodzą same przez ulicę?P1040265
  9. Tanio to tu nie jest, nie ma się co oszukiwać. A dzieci, jak wiadomo, kosztują. W dodatku produkuje to takie małe tyle ton ubranek, zabawek i pierdutek, że po roku nie wiadomo, gdzie to wszystko upychać po kątach. Dzięki Ci Panie Boże – a raczej Matko Boska (bo ty wiesz, o czym mówię) –  za wszystkie giełdy, kiermasze i sklepiki z rzeczami dla dzieci. W Bernie i okolicach organizują ich całkiem sporo, a niektóre są całoroczne. Do wyboru są dwie opcje: albo można przytargać do domu kontener ciuszków i nie zapłacić za to majątku, albo się równie podobnego kontenera z domu pozbyć. Jedna i druga opcja idealna dla zakupoholików, czyli każdej matki piejącej w zachwycie nad nową różową sukieneczką.
Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Co by świat zrobił bez Szwajcarów?

Bez Polaków – wiadomo. Samochodów by nie było. No, może by były, ale napędzane wołami lub osłami, gdyby imć pan Łukasiewicz nie odkrył nafty vel ropy. A nawet, gdyby kto inny odkrył, to i tak w deszczową pogodę mogliby sobie automobiliści co najwyżej szybki w okularach przecierać palcem, gdyby nie epokowe odkrycie Józefa Hofmanna, znane dziś pod swojską nazwą wycieraczki do szyb. Jeszcze żeby mu tak świat nie skakał zza tych  wyczyszczonych szyb, wynalazł też resory samochodowe i spinacz do papieru. Może mapy gubił po drodze i chciał czymś je przypiąć.
A Szwajcarzy? Jak wyglądałby świat, gdyby nie było Szwajcarów?

  1. Nie byłoby śniadania

Wcinam co rano patriotyczną owsiankę z owocami i myślę, że taka polska jestem, a tu się okazuje, że ja szwajcarska jestem. Kto by pomyślał, że coś tak oczywistego jak śniadaniowe musli ktoś kiedyś wymyślił wspinając się na szczyty inwencji twórczej. Dosłownie. Szwajcarski lekarz Maximilian Bircher-Benner napchał się raz owsianką podczas alpejskich wędrówek i tak go to olśniło, że postanowił zbudować sanatorium w Zurychu, gdzie serwował pacjentom tak zwane “zdrowe żywienie” w ramach terapii. Serio. Musli było serwowane jako lekarstwo razem z innowacyjną dietą złożoną z warzyw i owoców, a biedny lekarz za swoją eksperymentalną terapię odsądzany był od czci przez dziewiętnastowiecznych chlebo- i mięsożerców. Jak widać, pomysł przetrwał do dziś, dzięki czemu kolejni guru od jedzenia mogą wymyślać innowacyjne diety przekonując nas: Jedzcie płatki owsiane z owocami. Bo są zdrowe. Swoją drogą, podobnie jak lekarstwo zaczynała Coca-cola, ale do zdrowości jej daleko. Co innego dżin z tonikiem. Tonik zawierał chininę, która ratowała europejskich żołnierzy przed malarią w Afryce, a że była gorzka to musieli ją zapijać dżinem. Samo zdrowie.

2. Ludzie musieliby wiecznie uprawiać seks

Jak wiadomo, Szwajcarzy są romantyczni inaczej. Z tego też powodu w 1875 r. pan Cailler wymyślił substytut miłości – mleczną czekoladę. Co oczywiste – jedzenie czekolady i uprawianie miłości mają ten sam wymierny efekt: wzrost poziomu serotoniny, hormonu wywołującego szczęście. Przemysł pornograficzny wtedy jeszcze nie istniał, więc na seksie nie było jak zarabiać. Co innego na czekoladzie. Sprzedawanie gorącym szwajcarskim kochankom przyjemności w kawałkach okazało się niezłym biznesem, więc rodzina Cailler założyła w Broc koło Gruyere najstarszą w Szwajcarii fabrykę czekolady i do dziś serwuje orgazm w gębie. Fabrykę w Broc można trzeba zwiedzić, rozkoszując się przy tym wszystkimi możliwymi odcieniami miłości do czekolady.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

3. Nie byłoby ryby z grilla

Co ma bujanie balonem w chmurach do ryby z grilla? Ano ma. Do 1910 r. używano folii aluminiowej wyłącznie jako pokrycia latających balonów. Aż to genialny szwajcarski inżynier Robert Victor Neher postanowił opatentować swój wielce wymyślny pomysł nawijania jej na rolki i sprzedawania producentom żywności. Pierwszy pomysł podłapał producent matterhornowych czekoladek w żółtym opakowaniu, Tobler i zatrudnił świstaki do zawijania w aluminiowe papierki (o słynnych czekoladkach Toblerone tu: KLIK). Od tej pory słodkie matterhorny nie rozpuszczały się w dłoni, tylko w ustach. Kolejny był wielki magik, Julius Maggi, który w sreberka pakował kostki rosołowe i zupki instant. I tak oto dzięki zmyślnym panom możemy dziś zjeść rybę z grilla pieczoną w folii aluminiowej.
P1000794-W1024

4. Nie byłoby rozwoju domowych gospodyń w proszku

Skoro już o wielkim Magu mowa, to pierwsze obiadki w proszku stworzone zostały w 1886 r. przez pana Maggi na bazie grochu, fasoli i soczewicy, jako pożywny substytut brakującego na rynku mięsa. Szybko powstała wersja w formie płynnej, po którą dziś sięgają chętnie leniwe gospodynie domowe, doprawiając nam obiady sfabrykowaną chemią spożywczą. Kostki rosołowe i dania instant w proszku też się nieźle zadomowiły na stołach, szkoda tylko, że niewiele dziś mają wspólnego ze zdrowym jedzeniem, jak to było w XIX w. Ciężko uwierzyć, że oprócz propagowania zdrowotności dla swoich pracowników i klientów pan Julius Maggi był również pionierem w zawodowym socjalu: stworzył i opłacał ubezpieczenia zdrowotne, renty pracownicze dla wdów, bonusy dla seniorów i niepełny dzień pracy w soboty. To może zamiast znaku Solidarności od dziś Maggi na sztandarach związków zawodowych?


 
5. Marchewki nie startowałyby w konkursie piękności na gładką skórkę.
Bo miałyby nadal taką chropowatą, zeskrobaną tępym nożem. A ziemniaczki gubiłyby kilogramy podczas obierania, gdyby swoje 70urodziny nie obchodziła właśnie obieraczka do warzyw. Wymyślona przez Węgro-Amerykanina, Alfreda Neweczerzal, zasiada już w panteonie gwiazd sztuki w słynnym Museum of Modern Art w Nowym Jorku, a czym starsza, tym… taka sama. Oparła się wszystkim nowoczesnym dizajnom i rewolucjom kulinarnym i od lat pozostaje w tym samym kształcie. A to się wszystkie szafiarki wkurzą. Stara, bez promocji, a nadal modna. Taka szwajcarska obieraczka.
 

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Transplantologia szwajcarsko-polska. Reanimacja

O transplantologii już było. O tu: KLIK. Poprzednie organy dobrze się czytelnikom przyjęły, więc na stół operacyjny wjeżdżają kolejne rozwiązania do przeszczepu.

  1. Wykopaliska uliczne

Jest sobie dziura w chodniku. Taka od pękniętej rury z wodą, od kabelków, albo wykopalisk archeologicznych z epoki lodowcowej. Z resztą nieważne, co to za dziura, ważne – że jest. I że pieszy chodnikowy na pewno ją spotka na swojej drodze. Nie przeskoczy, co najwyżej przeleci (nad, nie przez). Czytaj dalej Transplantologia szwajcarsko-polska. Reanimacja

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Murzynek Bambo w Afryce mieszka. Czy Szwajcarzy to rasiści?

Bodo. Eugeniusz Bodo. Taki nowy serial teraz telewizja polska wyświetla, o życiu słynnego przedwojennego aktora. Też sobie oglądamy, tak w naszych klimatach, bo imć pan Bodo miał tatusia Szwajcara, Junod (Żuno się czyta). I mądry senior dał swojemu podlotkowi taką radę:
Co jest złego w byciu Szwajcarem? – to podlotek
Złego? Szwajcarski paszport to jest najcenniejszy paszport świata – to tatuś
No ciężko się nie zgodzić, zważywszy jak się siedzi na szwajcarskiej kanapie i ogląda polski serial.
Berno organizuje właśnie tydzień przeciwko rasizmowi. Pięknie, chwali im się za to. Całe miasto w plakatach w niezrozumiałym berneńskim dutczu dla normalnego człeka, a co dopiero dla imigranta. Fajne torebki rozdawali na zakupy, też się na jedną załapałam i teraz dumna paraduję po ulicach z napisem Bern gegen rasismus.

Berno też jest pewnie z siebie bardzo dumne, przez cały tydzień można sobie pooglądać zagramianiczne wystawy i teatrzyki, pochrumciać tureckie jedzonko, jakieś afrykańskie pląsy udoskonalić  i pogadać o tym, kto jest handlarzem ludzi, a kto tylko rasistą. Nawet artykuł w lokalnej gazecie PRZECZYTAŁAM, kiedy się kończy zaciekawienie obcą kulturą, a zaczyna brak tolerancji. PRZECZYTAŁAM po niemiecku, co mi się bardzo chwali, bo go ledwo znam.Taka historyjka o tym, jak to Valona wszyscy się pytają skąd jest, aż odpowie, że jest z Kosowa. Bo jak odpowiada, że się urodził z Szwajcarii, gdzie jego albańscy rodzice się osiedlili ponad dwadzieścia lat temu, to tak nie do końca łapią, że to już lokales, a nie obcy.

I tak mnie naszło w którymś momencie. Dla kogo jest ten tydzień? Bo przecież nie dla tych Turków. Dla Erytrejczyków też nie. Oni się już nie muszą zaznajamiać ze swoją kulturą, dobrze ją znają. Wychodzi na to, że wszystkie imprezki przeciwko rasizmowi są dla Szwajcarów. Że niby jak, Szwajcarzy to rasiści? Ci idealni, perfekcyjnie nudni Szwajcarzy to rasiści? Swój jest dobry, a obcy to be? No to się wkopali, bo raczej ciężko będzie określić, to jest swój, a kto obcy. Oficjalnie w kraju jest około 20% cudzoziemców. Dużo. Ale oficjalne statystyki nie pokazują Szwajcarów znaturalizowanych, co to już machają innym przed nosem czerwonym paszportem z białym krzyżem, a już tym bardziej pół- i ćwierć Szwajcarów, którym się udało załapać na obywatelstwo dzięki mamusi lub tatusiowi. Druga połowa genów to ta obca,  ta nadająca się do rasizmu, dla której trzeba organizować fajne festiwale w stolicy.
A jak taki kosowski Valon się weźmie i wżeni w Szwajcarkę, to jego dzieci już będą “te”, czy jeszcze “tamte”? Gorzej, jakby się dziecko Valona okazało rasistą. Jeszcze by musiał nienawidzić drugą połowę siebie.


A Polacy są, czy nie są rasistami? Też organizują w Syrenkowie i pewnie w innych jeszcze miastach wesołe międzynarodowe karnawały, gdzie i arabski kebab na stoisku, i wietnamska Pho’, i ormiańskie wino i afrykańskie tamburynki. I panie z wielkimi piórami w pupie udające brazylijskie salsetki. O tak, Panie to lubimy. Więcej pań w kabaretkach i z piórkami. Ostatnio jakiś marsz zorganizowali, też tak pod walkę z rasizmem podchodzący, bo przecież uchodźcy falami tsunami zalewają Polskę i trzeba ich przed nami bronić. Nami Polakami. Raz jednego Jemeńczyka ktoś w kawiarni zwyzywał, innym razem Syryjczyka w autobusie napadli. Nieważne, że obydwaj perfekt po polsku zapitalają, bo od lat się już zadomowili. Wszyscy teraz nielegalni uchodźcy. Ci tamci niedobrzy, co to na siłę chcą nam ich wcisnąć pod Kochanowskie lipy i Chopinowskie wierzby i ci nasi sąsiedzi i kumple z akademika. A nie, nie, kumple z akademika są OK. Czarni, bo czarni, Arabowie, bo Arabowie, ale fajni, z nimi można się napić piwa przed meczem. Internista z Sudanu też ujdzie, tak śmiesznie mówi po polsku. Śmieszny jest. Bo my Polacy to nie rasiści. Swoich przecież nie atakujemy. Tylko tamci obcy niech się z daleka trzymają. Do siebie niech wracają. Albo w tamtej Europie niech sobie koczują. W Szwajcarii na przykład. Już tylu ich tutaj mieszka, to trochę więcej nie zrobi im różnicy. Szwajcarię stać na socjal, nas nie. My organizujemy Tydzień Różnorodności Kultur. Szwajcarzy nie są tacy delikatni i nazywają sprawy po imieniu – Tydzień Przeciwko Rasizmowi. Albo mają tak skomplikowany język, albo są mało kreatywni, więc idą po łatwiźnie, zamiast jakiegoś copywritera zatrudnić do wymyślenia ładnej nazwy. I zamiast tak kawa na ławę, to go trochę bardziej zawoalowanie nazwać.
No to, z Wielkanocnym Alleluja.
zajączek
 

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Transplantologia szwajcarsko-polska. 5 rozwiazań do przeszczepu z ziemi helweckiej do polskiej.

1. Jedzie pociąg z daleka
No nie jestem zbytnio twórcza na początek. Może to słaba poranna kawa, a może czysta moja złośliwość, ale chętnie bym zaadoptowała koleje szwajcarskie. To, że są punktualne to banał, cliche i nudne w ogóle. Urzekający jest natomiast rozkład połączeń. Ktoś kiedyś wziął kartkę i zielonym długopisem (zielonym, bo pod Alpami, coby do widoku pasowało) i rozplanował przesiadki tak, żeby nie biegać po peronach i nie czekać więcej niż parę minut na kolejny pociąg. Tfu tfu tfu a kysz i splunąć trzy razy przez lewe ramie, że też mi się takie bezeceństwa śnią. Gdyby w Polsce pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały o czasie, w dodatku były połączone w logiczne korelacje. O mój Boże! O mein Gott wręcz! Toż to by się cała gospodarka polska zawaliła, gdyby nagle PKP zaczęło myśleć o pasażerach. Bez biegania, bez wyczekiwania godzinami na zimnych peronach, a jeszcze mogliby informować, jak długie będzie opóźnienie i jak najlepiej kontynuować podróż w takiej sytuacji. A fe, ale się wredna zrobiłam. To idziemy do punktu nr 2:
2. Odkurzacz uliczny
Zima idzie, więc jest jesień. A jak jesień, to spadają liście. Dalej nie jestem mocno odkrywcza, coś za słaba ta kawa była między punktem 1 a 2. No dobra, to teraz zaczyna się ciekawie: Liście spadają, więc nie leżą na chodnikach. To znaczy, zaraz – leżą. Nieeee, dobrze było: nie leżą na chodnikach. Na ulicach też nie. A to dlatego, że Szwajcarzy korzystają z wielce przydatnego urządzenia, jakim jest odkurzacz uliczny. Tak różowo to od razu nie jest, najpierw przed odkurzaczem idą pomarańczowi panowie z dużą dmuchawą (tak, tak, wiem, jak to brzmi). Wydmuchują wszystkie liście na ulicę, a potem wszystko zasysa taka nowinka technologiczna, jak traktor z wielką ssącą rurą. Niby nic wielkiego, ale co drugi dzień potrafią w krótkim czasie oczyścić całą dzielnicę. Na pewno szybciej niż grabkami.
WP_20160105_001
3.Przystanek dla śmieci
Przystanki mamy, autobusy też, nawet śmieci mamy, więc co w tym innowacyjnego? Ano to, że tu przystanki są dla autobusów śmieciowych. Jeździ sobie taki po dzielnicy i pochłania to wszystko, czego nie można wyrzucać do śmieci segregowanych – baterie, żarówki, stare płyty, oleje i takie inne niebezpieczne duperele. A ponieważ w Szwajcarii jest czysto (o braku koszy pisałam tu KLIK), a niebezpieczne duperele nie mieszczą się w standardy szwajcarskiej flagi makulaturowej (o związkach flagi z makulaturą pisałam tu KLIK) i nie mogą leżeć tak sobie na ulicy, to śmieciowy autobus ma swoje małe przystaneczki. Na każdym przystanku jest dzień tygodnia i zakres godzin, kiedy owo ekocudo przybędzie i poczeka, aż załadujemy je nie-eko śmieciami. Proste i logiczne. Do przeszczepu.
4. Bazarkowe rękodzieło bądź też rękodzielniczy bazarek
Bazarki świąteczne są wszędzie, ciężko tu będzie o jakąś konkurencję. Ani to polskie bardzo, ani szwajcarskie, bo i Germańcy nie gęsi, swoje Weinacht-targi mają i Angole też pewnie coś tam ładnego pod Westminster wystawiają. Chodzi o to, że Szwajcaria stoi hand-made’ami. Zamiast kolejnego stoiska z kolejnymi równie nieoryginalnymi wyrobami made in China mamy pojedyncze okazy czyjejś fantazji + zdolności. A że dużo takich okazodawców można znaleźć, to jest specjalnie dla nich zorganizowany świąteczny bazar rękodzielniczy. Wszystko tam jest, no wszystko, czego dusza zapragnie. I drewno, i szydełkowe ubranka, i biżuteria, i zabawki z filcu i własnoręcznie robione ciasta i grappy. I już się ładniej przed powiekami robi, jak sobie takie oryginałki pooglądamy na popołudniowym spacerze w niedzielę. Tylko na ceny lepiej te powieki przymknąć, chociaż – tu się właściwie Szwajcarom chwali – warto cenić czyjąś osobistą pracę i zapłacić trochę (tzn dużo) więcej.
WP_20150404_010

5. Miesiąc dobroci dla choinek
Biedne są choinki bożonarodzeniowe. Przez miesiąc stroją się i błyszczą, aby nacieszyć nasze oczy, a w styczniu lądują samotnie na śmietniku zapomnienia. Zimne, brudne, głodne, ogołocone z igiełek, aż żal patrzeć. W Szwajcarii mają czas się jeszcze z nami pożegnać. Po sezonie prezentowym wystawia się jej przed domem na ulicę. Leżą cierpliwie czekając na transport Wielce Wyspecjalizowanym Karawanem do Wywożenia Choinek tam, gdzie się je wywozi, a mijającym im po drodze przechodniom machają zwiędłymi gałązkami na pa pa. Mniej problemu dla nas, mniej porzuconych po kątach drzewek, a jak znam życie to po pogrzebie mają jeszcze jakieś swoje drugie tchnienie jako karma dla zwierząt albo biopaliwo.

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Czym chata bogata, czyli hity eksportowe z Polski

Polska potęgą stoi. Eksportową. Ale nie, nie, myli się ten, kto pomyślał teraz o słodkich i czerwonych owocach raju. Jabłka i truskawki są już passe – na szwajcarskie cło wjeżdża nowa lista hitów eksportowych z ojczyzny. Proszę bardzo:

polska zona 2 1. Żony
Wiadomo, że Polki są najładniejsze w świecie. No wiadomo, nie ma co się wykłócać. Każdy chciałby mieć Polkę za żonę. Mój szwajcarski teść ma dobry gust, bo ożenił się z Polką. Mój pół szwajcarski mąż też ma dobry gust, bo też się ożenił z Polką. O guście teścia dyskutować nie wypada, tym bardziej o guście męża. Więcej przykładów nie pamiętam, niczego nie żałuję i proszę Boga Ojca o więcej Polek w Bernie, bo mi czasami nudno.

2. Zegarek dla Angeliny
Tak, tak, tej Angeliny. Pięknej, czyli Jolie. Się rzucił ostatnio Brad z okazji Bożego Narodzenia chyba i kupił skromny prezencik za 5 milionów funtów. Gdzie kupił? Na aukcji w Genewie. A jaki prezencik? A no polski. Jak na razie, najdrożej kupiony zegarek na aukcji w Szwajcarii. I cóż by ten biedny Brad Pitt zrobił, gdyby się swego czasu pan Patek nie wyeksportował z Polski i nie założył jednej z najdroższych marek zegarków na świecie Patek Phillipe. Czy pan Patek z Lubelszczyzny miał na imię Filip? No nie, Antoś mu na chrzcie dano. Wyemigrował po powstaniu listopadowym do Genewy i razem z panem Czapkiem pan Patek założył manufakturę ręcznie ozdabianych cebul (takich zegarków kieszonkowych na sznureczku). To może pan Czapek był Filip? Też nie, choć już na F, bo Franio. Ale Filip był. A nawet Phillipe, bo w przeciwieństwie do pana Patka i pana Czapka, Adriene Phillippe był Francuzem. I tak to się panowie zgadali, połączyli siły artystyczne Antosia Patka i zmysł mechaniczny Adriana Filipa Ticino (169)i zaczęli produkować najbardziej luksusowe zegarki XIXw. Gdyby wtedy królowa Wiktoria była szafiarką, wrzuciłaby na swojego Instagrama zdjęcie luksusowej błyskotki, kupionej od wspomnianych panów dżentelmenów. Zegareczek był ładny, więc do kompletu kupiła drugi mężowi. Pozazdrościła jej królowa duńska Luiza i też wybrała się na zakupy do Genewy. A że towarzystwo dziewiętnastowieczne w ogóle zazdrosne było, to zegareczki nabyli też włoski król Wiktor Emanuel III, egipski książę Hussein Kamal i papież Pius IX. Tym sposobem polski zegarmistrz uszczęśliwił pół dziewiętnastowiecznego świata i pozbawił fortuny drugą połowę dwudziestopierwszowiecznego świata.

A teraz zagadka: Czy Brad Pitt przepłacił za swój skromny prezencik? On może nie, w końcu co to jest marne 5 milionów funtów przy 24 milionach dolarów, za które w 2004 sprzedano zegarek z 1933 r. Widać stary, ale jary.

3. Słodko-kwaśno dla wszystkich innych poza Angeliną
Tu będzie krótko, bo wiele nie ma co wyjaśniać. Moja absolutnie subiektywna lista rzeczy, które ZAWSZE muszę przywieźć z Polski dla znajomych i rodziny w Szwajcarii:
Torcik wedlowski
Marynowane grzybki
Pigwówka
I wszystko jasne.

4. Prezydent z powerem
Szwajcarzy wybrali właśnie prezydenta. A że to bardzo zgrany naród, mówiący jednym językiem, z jednym systemem szkolnictwa, podatków i takie tam bla bla bla, to na wszelki wypadek wybierają 7 prezydentów na raz. Żeby pokazać, jacy to oni zgrani i jednomyślni są. A mogliby mieć jednego. Gotowego już, z Polski. Taki fajny prezydent szwajcarski Gabriel Narutowicz mógłby być. Lepiej by wyszło i jemu, i Szwajcarii. A tu się panu inżynierowi elektrykowi Narutowiczowi tęskno zrobiło za ojczyzną i na własną zgubę do Polski wrócił. A taki zdolny był. Do dziś go wspomina każdy nowy mieszkaniec Berna, bo dzięki niemu dostaje od miasta obowiązkowy przydział tabletek atomowych. Na wypadek wybuchu elektrowni w Muhlebergu. Tej elektrowni, co to ją pan inżynier z Polski postawił w wersji wodnej, a potem ktoś inny już rozbudował do atomowej. Szwajcarzy mu w zamian za to piękny pomnik przed elektrownią wznieśli. Zresztą Narutowicz hobby miał nie tylko szwajcarskie, bo wodne elektrownie stawiał też w całej Europie. Zdolny był, dałby sobie radę jako pierwszy pojedynczy prezydent nawet tak niejednorodnej Szwajcarii. Niestety chwalebny żywot inżyniera wodnego skończył się po powrocie na ojczyzny łono. Nie dane mu było cieszyć się długo pierworodną prezydenturą polską, już po 5 dniach od wyborów został zastrzelony. A jak już wcześniej przy okazji atomowego Einsteina wspominałam (KLIK), Polacy lubią świętować okrągłe smutne rocznice – no to proszę bardzo: 16 grudnia przypada właśnie okrągła 93 rocznica, kiedy rozstał się z życiem.

Smutno tak, przed świętami…

To jak smutno, to teraz coś na rozweselenie.

5. Last Christmass
Khmm, khmm. Khmm.
W Szwajcarii NIE MA Last Christmass.
Spędzam tu trzecie święta i dopiero teraz to odkryłam.
W radiu nie ma Last Christmass, na fejsie nie ma Last Christmass, w telewizji też nie puszczają teledysku z boskim Georgem (nie, nie Clooneyem) w śniegu. Pikanterii dodaje fakt, że teledysk kręcony był w szwajcarskim Saas-Fee.

Ale jak to NIE MA Last Christmass??? To skąd w takim razie wiedzą, kiedy są święta???
No wiem, wiem, ciężko to pojąć. Też się zastanawiałam, jak oni tak potrafią bez. Ja nie potrafię, więc oficjalnie importuję z Polski do Szwajcarii Last Christmass. Taka nowa świecka tradycja.
Panie i panowie, proszę bardzo:

WHAM! Last Christmass

Sezon świąteczny uważam za otwarty. Wesołych Świąt!!!

[blog_subscription_form]

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką

Jak przetrwać w Szwajcarii
Wir sind Schweiz. Jesteśmy Szwajcarią. Też bym sobie taki fajny rowerek kupiła, a tu ze mnie ta polskość wyłazi i wyłazi.

Szwajcara rozpoznać na ulicy dość łatwo (10 oznak że jesteś już Szwajcarem), a po mnie od razu widać, że jestem obca, bo:

  1. Macham łapami

Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić, że na przejściu dla pieszych kierowcy postrzegają mnie jako zjawiskową istotę i zawsze się zatrzymają, żeby sobie popatrzeć jak przechodzę. W ramach odruchów dobroci próbuję Czytaj dalej 8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis

Fryderyk Chopin był Francuzem, czyli czego stereotypowy Polak nie wie o Szwajcarii

Zermatt, autobus elektryczny

O czym my, Polacy powinniśmy wiedzieć, a wcale nie wiemy.

Nieznane fakty o Szwajcarii

Berno ulica Kramgasse
Berno

1. Stolica Szwajcarii to Zurych

Nie, a może jednak Genewa?

Surprise, surprise, jednak nie Zurych i nie Genewa, bo Berno. W Szwajcarii jest Berno? To Brno na Słowacji? Nie, to Berno w Szwajcarii.

Mało osób kojarzy nie tylko jaka jest prawdziwa stolica Szwajcarii, ale że w ogóle jest takie miasto.

Zurych to stolica biznesu i bankowości, Genewa – zegarków i organizacji międzynarodowych.

A Berno jest malutkie i słodkie, takie średniowieczne i nie lubi się chwalić tym, co ma najlepsze.

Natomiast ma zdecydowanie jedną zaletę nad pozostałymi: Jest na tyle małe, że można je przejść na piechotę. Ewentualnie przejechać wzdłuż i wszerz jedną linią tramwajową.

Zurych
Zurych

2. Trójkątne czekoladki z Matterhornu

Kojarzycie trójkątne czekoladki w żółtym długim opakowaniu z obrazem góry?

Możecie się przyznać, ja też nie wiedziałam, że Toblerone jest ze Szwajcarii a ckliwy obrazek to jeden z bardziej znanych szczytów, Matternhorn.

Zresztą słynny trójkątny kształt czekoladki inspirowany jest właśnie szczytem Matterhornu.

Kto nie wierzy, wystarczy żeby wjechał pociągiem do bezsamochodowego Zermatt. Stamtąd kolejką zębatą do Goernergrat i już może chrupać tobleronową czekoladę z widokiem na Matternhorn.

Oraz dwadzieścia innych czterotysięczników.

Zermatt
Eko Zermatt – wszystkie samochody są elektryczne, a do miasteczka można się dostać jedynie przy pomocy kolei zębatkowej
matternhorn
Widok na Matternorn

3. Słynne szwajcarskie sery

Z Holandii jest gouda, z Francji camembert, z Włoch mozarella, a ze Szwajcarii?

No, jaki serek, kto wie?

Niby Szwajcaria to krowy i alpejskie hale, ale serów helweckich w ogóle nie znamy.

W takim razie pierwsze koło ratunkowe.

Emme, rzeka w kantonie berneńskim.

Nic?

Ok, niech bedzie drugie : Emmental, dolina rzeki Emme.

Teraz będzie już prosto: dla jeszcze-nie-kumających, trzecie koło ratunkowe: Emmentaler.

Ta dam! Swojsko brzmiący emmentaler z supermarketu jest już w koszyku.

Do koszyka dorzucić trzeba jeszcze Gruyere, Vacherin, Tomme i Appenzeller.

I jeszcze kilkanaście innych, równie śmierdzących i równie przepysznych, a właściwie smaczniejszych, bo emmentaler mocno już komercyjny, a i smak taki mało charakterystyczny.

O serach można by długo, bo bez serów Szwajcarii nie ma, więc dla przypomnienia:

o śmierdziuchach na stole
a także o gruyere
oraz o fondue
krowa

To teraz szybciutko, żeby nie zapomnieć, czego się właśnie nauczyliśmy, trzeba się zapisać do newslettera.

Albo dać znać innym znajomym, żeby sobie poczytali. Służą do tego te kolorowe przyciski na dole strony.

A jak jeszcze ocenicie ten artykuł, to już będzie git gitara.

Spodobało ci się? Oceń proszę wpis