Hajda na koń i stępem smacznego marsz!

Marszałek Piłsudski a swojej Kasztance
Marszałek Piłsudski a swojej Kasztance

Pierwsza próba była nieudana. Polscy przyjaciele po usłyszeniu pytania, czy chcą spróbować suszonej koniny, którą moja przystojniejsza połówka właśnie przywiozła ze Szwajcarii zrobili niewyraźne miny i przecząco pokiwali głowami. Konina?!? Mięso z konia?!? W Polsce, gdzie koń oprócz psa to najbliższy przyjaciel człowieka, gdzie tradycja husarska, przybyli ułani pod okienko i Kasztanka marszałka Piłsudskiego? Nie, nie – w Polsce to świętokradztwo, jedzeniowy grzech śmiertelny. W Polsce NIE JADA SIĘ KONI.
Druga próba była podstępem – Mamy suszoną wędlinę prosto ze Szwajcarii. Taka mięciutka, czerwona jak wołowina, bardzo smaczna. Chcecie spróbować? Czyste mięsko, bez żadnych dodatków i konserwantów, tylko otoczone w soli i przyprawach i tak sobie samo uschło. Kupione prosto w sklepie od rzeźnika, własnoręcznie je robił. Więc się skusili. I nawet im smakowało, tak jak wszystkim, którzy próbują jej po raz pierwszy w błogiej niewiedzy, co właśnie wzięli do ust. Bo konina to bardzo smaczne mięso. W Polsce z jednej strony niedoceniana (konina to najgorszy rodzaj mięsa, jedzona przez barbarzyńskich Tatarów* albo w czasie wojny w stanie skrajnego głodu), a z drugiej – opatrzona brutalnymi obrazkami niehumanitarnego transportu żywych koni na ubój.
carne seccaW Szwajcarii koninę się jada – głównie w południowym Tesynie, zapewne przez bliskość z Włochami, gdzie konina jest równie popularna. W centralnej części już o nią znacznie trudniej. Ja też byłam początkowo sceptycznie do niej nastawiona, ale ponieważ zjadłam w Kambodży ugotowane pisklę kurczaka w skorupce, to nic mi już nie straszne – i od razu ją polubiłam. Wiem, wiem, konie są piękne i służą do jeżdżenia – sama na nich jeżdziłam do czasu jak nie spadłam i koń mi zmiażdżył kilka palców prawej ręki – i wcale nie dlatego przeszłam na drugą stronę mocy. Końskie mięso jest po prostu bardzo zdrowe, stosunkowo chude (w końcu koni się nie tuczy) i po prostu smaczne. I nawet nasz znajomy, który prowadzi stadninę koni, uwielbia koninę i nie traktuje kolacji z wędliną jako zjedzenia swojego najlepszego przyjaciela. To tak, jak jedzenie królika. Można się z nim bawić w domu, a można go zjeść na obiad.
Hmm, zapomniałam, że w Polsce króliczków też się zbytnio nie jada. Hmm….
Pspippo: Koninę i inne wędliny kupujemy w Macelleria da Pippo w Claro, w kantonie Tesyn (Ticino). W wolnym tłumaczeniu oznacza to „Rzeźnia u Pippo” i jak sama nazwa sugeruje, jest eleganckim sklepem mięsnym z wyrobami własnej produkcji. Pippo to profesjonalista, obsługujący klientów niemalże w garniturze i zawsze z uśmiechem (z okazji Świąt Bożego Narodzenia jego żona serwowała gościom w sklepie kawę i ciasteczka). Ma też swoją stronę na facebooku i logo z uśmiechiętą świnką.
* nie wiem, na ile historia z barbrzyńskimi Tatarami jedzącymi koninę jest prawdziwa, ale mój tata zawsze mi opowiadał, że Tatarzy pod siodło wkładali kawał mięsa końskiego, które w czasie długich wędrówek „naturalnie” się konserwowało. Jak byli głodni to podnosili strzemię, obcinali kawał mięcha i jedli nie zsiadając nawet na ziemię. I stąd się wzięło jedzenie tatara jako surowego mięsa.
Dla tych co jednak czterokopytne na ziemi, nie na talerzu: Przybyli ułani pod okienko

carne 2

Parles-tu svizzero dütsch?

Odkrywając Szwajcarię odkryłam zaskakującą nieścisłość w Starym Testamencie. Od tysięcy lat karmiono nas kłamstwem, które to ja właśnie wydobyłam na światło dzienne i należy mi się za to co najmniej Nobel. Otóż bibilija wieża Babel wcale nie została zburzona. Bóg przeniósł ją po prostu do Szwajcarii.
P1020375
W wolnym tłumaczeniu dzisiejsza lekcja brzmi: Czy mówisz po szwajcarsku? I tu pada odwieczne zdanie warunkujące zmienność pogody, rozstrój mentalny i różnorodność Szwajcarii: TO ZALEŻY. To zależy, w jakim kantonie. To naiwne pytanie cudzoziemców nie znających lingwistycznych realiów szwajcarskich nie jest wcale pozbawione sensu, większość osób zakłada po prostu że mówi się językiem najbardziej zbliżonym do nazwy własnej kraju (to de facto powinno się mówić helweckim, nie szwajcarskim). Polska – polski, Niemcy – niemiecki, Włochy- włoski, Australia – kiwi itd. W Szwajcarii życie jest proste i z tej prostej zasady wywodzą się cztery oficalne języki. Angielski, niemiecki i..? Pudło. W środkowej części mówi się niemieckim schwitzer dütsch, na zachodzie – francuskim frenchi, a na południu – włoskim ticinese. Skąd wiadomo, która część jest którą częścią? Środkowa część z pseudoniemieckim to ta bliżej Niemiec, zachodnia część z francuskim – bliżej Francji, a południowa, włoska część to ta bliżej Włoch. To akurat jest proste. Granice między językami najłatwiej znaleźć bawiąc się samochodową ciuciubakę. Wjeżdżasz do tunelu a tu hop – po drugiej stronie są już znaki drogowe w innym języku.
Fribourg (11)Jeżeli ktoś myśli, że zna niemiecki, więc się bez problemu dogada w części środkowej to błąd. Duuuży błąd. Sama nazwa schwitzer dütsch pozostawia nas bez złudzeń, że do schweizer deutsch tylko się z politowaniem uśmiecha. Jako szczęśliwa nieposiadaczka wiedzy biegłej w niemieckim nie umiem wprost określić, jaka jest różnica między niemieckim z Niemiec a niemieckim ze Szwajcarii, ale zakładam, że zasada jest taka sama, jak z Irlandią. Jak ktoś mówi po angielsku, a ty go nie rozumiesz, to znaczy, że jest z Irlandii.
Szwajcarski francuski jest już bardziej zbliżony do oryginału, chociaż ja mam wrażenie, że bardziej twardy i mówiony z otwartymi ustami. To się nie bierze znikąd, w końcu w Genewie swoje siedziby mają 22 organizacje międzynarodowe i ponad 250 pozarządowych, więc muszą mówić transparentnie, a nie przez zaciśnięte wargi, jak Francuzi.
Tesyn jest odcięty od reszty zegarkowego świata przez pasmo Alp, więc postanowił się trochę obrazić i mówić po włosku. W sumie najgorzej na tym nie wyszedł, przynajmniej łatwo stąd skoczyć do Mediolanu na kawę i wszystko rozumieć. Czy włoski ticinese różni się od włoskiego italiano? Zakładam że tak, bo za każdym razem kiedy z moją lingwistyczną szwajcarską połówką jedziemy na wycieczkę „za granicę”, jest komplementowany przez kelnerów i kelnerki, jak świetnie mówi po włosku. Czyli jednak wiedzą, że obcy. Co nie przeszkadza mu z niewinnym uśmiechem mówić za każdym razem „dziękuje”. Cierpliwie czekam na dzień, aż się przyzna że włoski to jego język rodzimy. Ja w każdym razie z wyuczonym w Polsce* italiano rozumiem ticinese.

P10807081,2,3,4. Miało być cztery.
Czwarty język to retoromański rumansch. Najprościej rzecz ujmując to mieszanka włosko-niemiecka, z którą musiały się gryźć średniowieczne księżniczki Grizonii hen, hen, za górami, za lasami, gdzieś wysoko na górskim pograniczu szwajcarsko-włoskim. Odcięte od świata księżniczki plotkowały na tyle często, że 90 lat uznano retroromański za czwarty język narodowy.
I teraz pytanie najważniejsze: Jak ci wszyscy ludzie się ze sobą porozumiewają? Z moich obserwacji wynika, że większość Szwajcarów mówi w miarę płynnie przynajmniej dwoma językami. A jakimi, TO ZALEŻY od kantonu, bo każdy kanton ustala własny zakres szkolnictwa. W Tesynie tym drugim jest francuski. Frenchi uczą się raczej niemieckiego. A niemiecka większość? Zostaje im chyba angielski, żeby być choć trochę oryginalnym. Powinni się w sumie uczyć włoskiego zgodnie z ruchem wskazówek zegara, ale wybrali kapitalizm. W każdym razie w Zurychu angielski jest na porządku dziennym.

P1080762
Polska Ja i moja szwajcarska lingwistyczna połówka stanęliśmy pewnego dnia przed dylematem: w jakim języku zwracać się do dziecka? To, że będzie dwujęzyczny nie pozostawia złudzeń. Polska mamusia będzie opowiadać bajki po polsku (bo innych nie zna), zresztą na codzień rozmawiamy prawie wyłącznie po polsku. Polski – done. 1-0. Tylko co z tym szwajcarskim? Wyszło na to, że szwajcarski tatuś będzie musiał mówić po włosku. Bo wakacje u babci i dziadka w Ticino i jakby to wyglądało, gdyby potomek nie znał włoskiego? Tyle że pewnego pięknego dnia nadejdzie ten moment, kiedy dwujęzyczny obywatel pójdzie do żłobka lub przedszkola. Niemieckojęzycznego, bo mieszkamy w części germanolinguo. Wszyscy mi powtarzają, żebym się nie martwiła, bo dzieci szybko łapią języki i w grupie się łatwo nauczy trzeciego. Ja się nie martwię o niego, mały mądrala da sobie radę, w końcu z takimi genami. Ja się martwię o siebie! Przeraża mnie myśl, że pewnego dnia na pytanie: Jak było w przedszkolu usłyszę: GutIhabeeinemrotemdinosaurierzumlunchgegessenundMatthiashateinekakainblumentopfgemacht**.
A to oznacza, że czas na naukę niemieckiego.
*z serdecznymi pozdrowieniami dla mojej drużyny pierścienia ze szkoły włoskiego Universitalis w Warszawie
**Nie mogę gwarantować, że trzylatek opowie mi płynnie po niemiecku o zjedzeniu czerwonego dinozaura i kupie Matthiasa w doniczce, więc zakładam, że tym zdaniu zrobił jakieś byki językowe.

To, co Szwajcarzy lubią najbardziej, czyli śmierdząco na stole

WEngen Szwajcaria

Za co kocham szwajcarskie śmierdziuchy? Po pierwsze oczywiście za to, że śmierdzą. Po drugie i najważniejsze – za skład. Totalny analfabeta i beztalencie językowe jest w stanie zrozumieć w jakimkolwiek języku skład typowego szwajcarskiego sera. A więc: ta dam! Mleko. I potem już nic. Po słowie mleko jest kropka, co oznacza, że do szwajcarskich serów nie są dodawane tak dźwięcznie brzmiące i znane nam składniki jak konserwanty, barwnik (annato – nie wiem, co to, ale jest w prawie każdym polskim serze), stabilizatory (chlorki i inne takie chlorkopodobne), podpuszczka (to akurat zawsze mi się wydawało naturalne i na miejscu), utwardzacze i wzmacniacze smaku (ach, czymże by była nasza młodość bez glutaminianu sodu). To oczywiście skład podstawowy, bo jakakolwiek wariacja na temat smaku sera pociąga za sobą wariactwo składu.
Szwajcarskie sery też są oczywiście urozmaicone. Jest na przykład mleko pasteryzowane, mleko niepasteryzowane (nie dla kobiet w ciąży), mleko termizowane a czasem nawet sól, pieprz i zioła! Czy to oznacza, że każdy ser szwajcarski smakuje tak samo? Ależ skąd, każdy smakuje inaczej, ma swój charakterystyczny, tradycyjny smak od stuleci i prawdziwy serokoneser pozna swój ulubiony kawałek śmierdziucha po niuchu właśnie – ewentualnie po kęsie. Nie jestem jeszcze seroznawcą, ale mam już swoje ulubione (mój gust serowy kształtuje moja szwajcarska pachnąca połowa, bo kupuje zazwyczaj to, co sam lubi). Najważniejsze są Gruyere i Vacherin, algruyeree ja osobiście jestem fanką serów z mleka koziego. To jakby ptasie mleczko wśród serów. Biały, delikatny, lekko rozpuszczający się w buzi. Tylko czekoladą szwajcarską nie jest polany. Szkoda ;(

 Skąd się bierze to, że w Polsce jedzenie jest „zepsute” chemikaliami, a w Szwajcarii nie? Tak bardzo do tego przywykliśmy, że chyba już mało kto pamięta smak prawdziwych produktów naturalnych. Moim zdaniem dużą winę ponosi za to Unia Europejska – przed wstąpieniem do niej Polska miała o wiele bardziej restrykcyjne przepisy żywieniowe, niż obecnie. Wszechobecna biurokracja i wyznaczanie norm dla każdego produktu spowodowało w rzeczywistości ich obniżenie, bo normy dotyczą poszczególnej jednej rzeczy, a nie wszystkiego, co spożywamy w ciągu całego dnia. Nie bez winy są tu oczywiście sami polscy producenci – w końcu Francuzi, Włosi czy Niemcy też są w Unii, a nikt im nie każe chcrzcić prosciutto crudo wodą czy podmalowywać sery żółtą farbką.
Jak na razie jedyną na to radą jesvacherinmontdort czytanie etykietek. Zasada prosta – jak mówi moja guru od jedzenia i od wszystkiego, Kasia Bosacka – im krócej, tym lepiej. Inna metoda – odwiedzać swoją znajomą blogerkę w Szwajcarii. Opcja może trochę droższa niż zakup 300gr sera edamskiego w Carrefourze, ale walory organoleptyczne, to znaczy*: gustowanie „Ależ ten ser ma smak”, gadanie „No w końcu się widzimy!”, słuchanie „Co tam u Ciebie kochana nowego w tej Szwajcarii?„,  przytulanie „Ale schudłaś!”- nie do opisania.

* odpowiednie wybrać stosownie do okoliczności. Wersja z przytulaniem obowiązkowa

Romantyczny Święty Maurycy na nartach

Szwajcarzy to podobno jeden z najbardziej szczęśliwych narodów świata. Recepta jest prosta, nie oczekują za wiele, zadowalając się tym, co mają na swoim średnioluksusowym poziomie. Nie żądaj zbyt wiele, to się za mocno nie rozczarujesz – i już jesteś zadowolony. Pewnie dlatego w rankingu 12 najbardziej romantycznych miasteczek Europy, które przygotowała poczytna travellerka i autorka bloga World of Wanderlust, Brooke Savard, szwajcarskie St Moritz zajęło siódme miejsce.

P1110359(1)
Ten piękny plakacik dostałam dzięki uprzejmości Ambasady Szwajcarii i Swiss Tourism. Fajny taki.

Nie za wysoko, nie za nisko – tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Brooke nie chciała za bardzo dopieszczać Szwajcarów, żeby im się od tego szczęścia nie zrobiło gorzej. Co ważne odnotowania, w rankingu znalazły się aż dwa miasta z Polski. Na piątej, zgodnie z nomenklaturą sprawozdawców sportowych – „dobrej, wysokiej pozycji” – znalazł się Wrocław, a już, już witał się z gąską na 11 miejscu Gdańsk. Nie wiem co prawda, czy Wrocław i Gdańsk zasługują ze swoją manią wielkości na przydomek „miasteczko” (w końcu mają stadiony piłkarskie wybudowane na Euro2012, a St. Moritz nie ma) ale ważne, że usłyszał o nas świat. Cieszmy się, bądźmy jak Szwajcarzy.
St. Moritz to obok Davos najbardziej znany w Polsce kurort narciarski, uroczy, kochany i w ogóle tak bardzo ach, że każe sobie za tę miłość słono płacić. Nie oczekujmy przetrwania tygodnia na puszkach z konserwą tyrolską i że jakoś to będzie, to kurorcik z klasą (i kasą) na najwyższym poziomie.
Choć Polacy nie gęsi i swoje góry mają, to na nartach jeżdżą generalnie trzy grupy: A) ci z gór, bo mają gdzie; B) ci z Krakowa, bo do gór mają niedaleko; C) ci z Warszawy, bo w Warszawie jest się snobem i wypada jeździć na nartach, na koniach, ewentualnie grać w tennisa. Ok, czasami zdarza się jakiś kamikadze na samobójczej trasie z Gdańska do Zakopanego. To już nie narciarz, to maniak (bliżej do gór miałby chyba wpław przez Bałtyk do Szwecji).
Moja na wszystkim jeżdżąca szwajcarska połówka wybrała na nasze pierwsze wspólne narciarskie wakacje przeurocze St. Moritz, trochę się pewnie obawiając, czy mój warszawski snobizm jest wystarczający na stoki ĄĘ. Bez obaw – starczyło. Tras narciarskich jest tyle, że jeździliśmy odtąd dotąd:
215714_10151319004956465_1319858250_na ponieważ było to jeszcze przed oficjalnym otwarciem sezonu, to połowa stoków i tak pozostawała w głębokim niebycie niezratrakowanego śniegu. Dzienny karnet za ok. 75 Fr trzeba przełknąć, ale warto – bez cienia zawiści mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to najlepsze miejsce, w jakim cim była w narciarskim życiu.
Wypada, żebym napisała, że samo St. Moritz też jest w przeurocze i przekochane, obsypane śniegiem i migoczącymi światełkami, ale to banał – WIADOMO, że jest fajne. To w końcu St. Moritz.

23716_10151319006786465_1824925053_n
Co jeszcze można robić przed/po/zamiast nart? Nie udało nam się przywieźć do domu posiniaczonych pośladków, bo tor saneczkowy był jeszcze zamknięty (w końcu było przed sezonem), a podobno warto. Za to udało nam się je ugotować w gorących termach z widokiem na Alpy, a potem zwiedzić jeszcze lokalne muzeum z wszystkim tradycyjnym, co lokalnym napaleńcom udało się zebrać z okolicy z dawnych czasów. Urocze. W końcu to St. Moritz.

Gdybym była Brooke Savard i pisała popularnego bloga o zwiedzaniu świata (skubana była już w prawie 50 państwach), to bym się rozpisała o urokach (w końcu to St. Moritz) pięćdziesięcio gwiazdkowego hotelu Kempinski czy Carlton. Przełknę to, że mnie nie zaprosili na darmowy pobyt, bo znaleźliśmy o wiele lepszą alternatywę. W Szwajcarii prawie każdy ma znajomego, albo kogoś z rodziny, który ma znajomego, albo przyjaciela, który zna kogoś z rodziny, co ma znajomego który w jednym z uroczych, narciarskich miasteczek ma mieszkanie na wynajem. Tylko trzeba tego znajomego znaleźć i już można całkiem rozsądnie się bratać na apre-ski ze Świętym Maurycym. 47699_10151308437066465_377143954_n

Dla niedowiarków jak pięknie i uroczo jest w St.Moritz – proszę bardzo kamerka na żywo

Moje randki z Frankiem S.

Wszystko miało być tak pięknie. Stopniowo zbliżaliśmy się z Frankiem S. coraz bardziej do siebie i chociaż wciąż pozostawałam nieco nieufna do jego sztywnych, szwajcarskich zasad i nudnej stabilizacji, to jednak podjęłam decyzję, że na najbliższy czas zwiążemy się ze sobą na stałe. Ja i Frank, moja polska pensja i szwajcarskie wydatki.
franki 2I nagle, kiedy wydawało mi się, że nasze wspólne życie jest już zaplanowane, w zimowy styczniowy poranek Frank postanowił mnie zdradzić. I to nie z byle kim. Ta niewdzięcznica, Banque Nationale Suisse* postanowiła go uwolnić, rujnując życie nie tylko kilkuset tysiącom frankijskich kredytobiorców w Polsce i Europie. W ciągu kilku godzin stabilny frank za 3,5 zeta skoczył do ponad 4,5 zł., a moja ciężko zarobiona polska pensja, która przez następne miesiące miała być pieczołowicie wydawana w Szwajcarii, nagle straciła na wartości prawie jedną trzecią.
I wszyscy zaczęli zadawać sobie pytanie: Dlaczego? Warum? Perche? Pourquoi? Dlaczego Franku nam (mi!!!) to zrobiłeś? Komu zależało na tym, żeby nie utrzymywać dalej sztywnego kursu Franka do Euro? Giełda w Szwajcarii szalała na spadkach, wartość rodzimego eksportu spadła o kilka miliardów, a Szwajcarzy byli równie zaskoczeni decyzją swojego (przepraszam, swojej ) „La Banque” co reszta świata.
Odpowiedzi udzieliła mi niezawodnie moja lepsza, szwajcarska połówka – po prostu Szwajcarii znudziło się dopłacać wiecznie do kursu Franka. La Banque uznała, że rynek da sobie radę sam i nie musi już go więcej utrzymywać ze swoich funduszy. Niewdzięczna kochanka.
Po tej decyzji moja relacja z Frankiem przestała być już taka intymna. Zachowanie Franka było na bieżąco komentowane w prasie i telewizji, a ja słyszałam stłumione pokątnie głosy: Aaa… to ona ma SZWAJCARSKIEGO chłopaka.
Nawet w pracy, na widok mojej dynamicznie powiększającej się sytuacji osobisto-rodzinnej usłyszałam na zebraniu – a jakże – finansowym : Wiesz, stosownie do okoliczności, to powinnaś nazwać syna FRANK.
I kto teraz powie, że Szwajcaria jest nudna?
* Narodowy Bank Szwajcarii czy też Schweizerische Nationalbank nie brzmi odpowiednio dramatycznie w tej historii zdrady. Za przykrą niespodziankę mogę ewentualnie winić Banca Nazionale Svizzera (bo to też „ona”, a nie „on”), ale kto by tam ufał bankowi pisanemu po włosku.
Ps: Szwajcarzy to jednak jajcarzy. Po tym, jak emocje trochę opadły, reklamują tanie wakacje w Europie dzięki „obniżce Euro”. Ha ha, no bardzo śmieszne.
WP_20150305_001
[blog_subscription_form]

Moje randki z Frankiem Szwajcarskim

O co chodzi z tym Frankiem Szwajcarskim i kryzysem finansowym?

Wszystko miało być tak pięknie.

Stopniowo zbliżaliśmy się z Frankiem Szwajcarskim coraz bardziej do siebie. Chociaż wciąż pozostawałam nieco nieufna do jego sztywnych, szwajcarskich zasad i nudnej stabilizacji. Podjęłam jednak decyzję, że na najbliższy czas zwiążemy się ze sobą na stałe.

Ja i Frank, moja polska pensja i szwajcarskie wydatki.

Kto wywołał kryzys finansowy w Szwajcarii?

franki 2I nagle, kiedy wydawało mi się, że nasze wspólne życie jest już zaplanowane, w zimowy styczniowy poranek Frank postanowił mnie zdradzić.

I to nie z byle kim. Ta niewdzięcznica, Banque Nationale Suisse* postanowiła go uwolnić, rujnując życie nie tylko kilkuset tysiącom frankijskich kredytobiorców w Polsce i Europie.

W ciągu kilku godzin stabilny frank za 3,5 zeta skoczył do ponad 4,5 zł. Moja ciężko zarobiona polska pensja, która przez następne miesiące miała być pieczołowicie wydawana w Szwajcarii, nagle straciła na wartości prawie jedną trzecią.

I wszyscy zaczęli zadawać sobie pytanie: Dlaczego? Warum? Perche? Pourquoi?  Dlaczego Franku nam (mi!!!) to zrobiłeś?

Komu zależało na tym, żeby nie utrzymywać dalej sztywnego kursu Franka do Euro?

Giełda w Szwajcarii szalała na spadkach. Wartość rodzimego eksportu spadła o kilka miliardów. Szwajcarzy byli równie zaskoczeni decyzją swojego (przepraszam, swojej ) „La Banque” co reszta świata.

Dlaczego Frank Szwajcarski zdradził Euro?

Odpowiedzi udzieliła mi niezawodnie moja lepsza, szwajcarska połówka. Po prostu Szwajcarii znudziło się dopłacać wiecznie do kursu Franka. La Banque uznała, że rynek da sobie radę sam i nie musi już go więcej utrzymywać ze swoich funduszy. Niewdzięczna kochanka.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Można założyć blog o Szwajcarii!

Po tej decyzji moja relacja z Frankiem przestała być już taka intymna. Zachowanie Franka było na bieżąco komentowane w prasie i telewizji. Ja za to  słyszałam stłumione pokątnie głosy: Aaa… to ona ma SZWAJCARSKIEGO chłopaka.

Nawet w pracy, na widok mojej dynamicznie powiększającej się sytuacji osobisto-rodzinnej usłyszałam na zebraniu – a jakże – finansowym : Wiesz, stosownie do okoliczności, to powinnaś nazwać syna FRANK.

I kto teraz powie, że Szwajcaria jest nudna?

* Narodowy Bank Szwajcarii czy też Schweizerische Nationalbank nie brzmi odpowiednio dramatycznie w tej historii zdrady. Za przykrą niespodziankę mogę ewentualnie winić Banca Nazionale Svizzera (bo to też „ona”, a nie „on”), ale kto by tam ufał bankowi pisanemu po włosku.

Ps: Szwajcarzy to jednak jajcarzy. Po tym, jak emocje trochę opadły, reklamują tanie wakacje w Europie dzięki „obniżce Euro”. Ha ha, no bardzo śmieszne.
WP_20150305_001