James Bond na szwajcarskich wakacjach

Dolina Verzasca, James BOnd

Wakacje James’a Bonda

Taki James Bond to ma fajnie.

Gdzie nie pojedzie, to właściwie jest na wakacjach. Ładne widoki, piękne samochody, szybkie kobiety (samochody też zresztą szybkie).

No, może z wyjątkiem Korei Południowej. Tam go chyba w więzieniu trochę przytapiali (słownik mi sugeruje, że nie ma takiego słowa i powinnam użyć przetapiali lub przytępiali. W sumie to to samo).

Ale, ale, co tam się będziemy przyczepiać do jakiejś Korei.

Generalizując – Oh James ma klawo.

Coś tam co prawda raz na jakiś czas namiesza, gdzieś świat uratuje, ale akcje z bronią w ręku tak się szybko dzieją, że i tak nikt ich nie rozumie. No a po skończonej robocie może już sobie zwiedzać cały świat.

Furkot kół na przełęczy Furka

Szwajcaria jest tak piękna, że ach och, nie dziwota więc, że go do kraju z Alpami raz i drugi zawiało na wakacje.
Przełęcz Furka
Pierwszy raz był tylko przejazdem.

Zafurkotał przez chwilę bardzo bardzo złym ludziom na przełęczy Furka a potem pokiwał Złotym Paluszkiem w Genewie.

I tyle go Goldfinger widział.

Widok, za który można zabić

W głowie mu się pewnie od serpentynek na drodze zakręciło i nieco letnie słoneczko przygrzało, bo od tej pory wskakiwał tu głównie zimą.

Szkoda, że kilka razy incognito, w dodatku tylko na chwilę.

Raz udawał, że Zabójczy Widok ośnieżonych gór to Syberia, nie Szwajcaria, więc szkoda atramentu internetowego na taki View to Kill.

Szpieg co mnie kochał też że niby w Austrii na tych nartkach tak pomykał, a to słodkie St. Motitz było.(tu KLIK, żeby się przekonać jakie słodkie jest St.Moritz).

Czego się nie robi dla Jej Królewskiej Mości

Tęsknota za Szwajcarią zrobiła jednak swoje, bo w końcu został na dłużej.

W służbie Jej Królewskiej Mości zjeździł Szwajcarię wzdłuż i wszerz.

Najpierw w moim stołecznym Bernie postanowił dołożyć swoją cegiełkę do nowobudowanego dworca kolejowego. Zwiedził kościół Munster i ten drugi kościół, co stoi koło dworca i nie wiem, jak się nazywa, bo od kiedy jestem w Bernie był opakowany w torebkę foliową i nic nie było widać.

Pochodził po starym mieście, pomachał misiom i pojechał w góry na narty.

W Lauterbrunnen nie bawił się jakoś specjalnie, pewnie nie trafił na sezon zawodów w slalomie gigancie, więc szybko przeniósł się kolejką na Schiltorn.

A tam to się działo.

Jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało, wystąpił z klasą w szkockiej spódniczce w gronie napalonych dam, lecz nie dane mu było długo wypoczywać w restauracji z widokiem 360 st, bo znowu go bardzo bardzo źli ludzie dopadli.

Musiał zwiewać na łeb, na szyję, szusując w dół po stromych alpejskich stokach, a na koniec biedną Piz Glorię wysadził w powietrze.

Nie taki James straszny, jak go malują. Cudownym zbiegiem okoliczności Piz Gloria stoi dziś nadal i teraz Bond zwabia chętnych turystów, żeby im pokazać, jaki to on dzielny był. Całą historię można tu zobaczyć – gdzie był, co robił, nawet bardzo, bardzo źli ludzie są chętni do wspominek, jak to im za Jamesem ganiać przyszło (KLIK).

To już kolejny po Einsteinie, co wie, jak się dobrze zarabia na marketingu turystycznym (KLIK).

Na koniec zrobił to, co Bond umie najlepiej, czyli spalił trochę gumy na krętych górskich dróżkach Gryzonii (to tam, gdzie się księżniczki gryzły KLIK) i zniknął ze Szwajcarii na następne parędziesiąt lat.

Najsłynniejszy skok w historii kina

Wrócił już w nowym tysiącleciu – i to jak! Nie samochodem, nie na spadochronie, nawet nie w łodzi podwodnej. Znowu na złoto, tym razem łypiąc Goldeneye skoczył na bungee w dolinie Verzasca.
Tama w dolinie Verzasca, skok Jamesa Bonda w Goldeneye

Znowu niestety się nie przyznał, że tym Złotym Okiem to w Szwajcarii mrugał, bo piękna tama wodna w Ticino udawała kompleks wojskowy w Rosji. Tym bardziej szkoda, że skok James’a jest uznawany za jeden z najlepszych wyczynów kaskaderskich w filmowym świecie.

Kto chce poczuć się jak słynny wstrząśnięty, nie zmieszany, może za jedyne 250 FR skoczyć z tamy w ślad za Bondem.

Tama Verzasca, skok Jamesa Bonda w GoldeneyeSkoki na bungee jak Goldeneye James Bond

Czy to już koniec 007 w Szwajcarii?

Plotka głosi, że ostatnio James chciał zabrać ze sobą na wakacje Spectrę, ale się Szwajcaria już obraziła, chyba ze te wcześniejsze incognita. I nie chciała James’a.

Postanowiła innych celebrytów u siebie gościć i więcej na nich zarabiać, bo z Bondem to tylko problemy były.

A taki hinduski operator mydlany to bez gadania frankami przed nosem zamacha i jeszcze innych mydlanych zachęci, żeby się w Szwajcarii śpiewnie romantyzowali.
Zermatt (30)

Transplantologia szwajcarsko-polska. 5 rozwiazań do przeszczepu z ziemi helweckiej do polskiej.

1. Jedzie pociąg z daleka
No nie jestem zbytnio twórcza na początek. Może to słaba poranna kawa, a może czysta moja złośliwość, ale chętnie bym zaadoptowała koleje szwajcarskie. To, że są punktualne to banał, cliche i nudne w ogóle. Urzekający jest natomiast rozkład połączeń. Ktoś kiedyś wziął kartkę i zielonym długopisem (zielonym, bo pod Alpami, coby do widoku pasowało) i rozplanował przesiadki tak, żeby nie biegać po peronach i nie czekać więcej niż parę minut na kolejny pociąg. Tfu tfu tfu a kysz i splunąć trzy razy przez lewe ramie, że też mi się takie bezeceństwa śnią. Gdyby w Polsce pociągi przyjeżdżały i odjeżdżały o czasie, w dodatku były połączone w logiczne korelacje. O mój Boże! O mein Gott wręcz! Toż to by się cała gospodarka polska zawaliła, gdyby nagle PKP zaczęło myśleć o pasażerach. Bez biegania, bez wyczekiwania godzinami na zimnych peronach, a jeszcze mogliby informować, jak długie będzie opóźnienie i jak najlepiej kontynuować podróż w takiej sytuacji. A fe, ale się wredna zrobiłam. To idziemy do punktu nr 2:
2. Odkurzacz uliczny
Zima idzie, więc jest jesień. A jak jesień, to spadają liście. Dalej nie jestem mocno odkrywcza, coś za słaba ta kawa była między punktem 1 a 2. No dobra, to teraz zaczyna się ciekawie: Liście spadają, więc nie leżą na chodnikach. To znaczy, zaraz – leżą. Nieeee, dobrze było: nie leżą na chodnikach. Na ulicach też nie. A to dlatego, że Szwajcarzy korzystają z wielce przydatnego urządzenia, jakim jest odkurzacz uliczny. Tak różowo to od razu nie jest, najpierw przed odkurzaczem idą pomarańczowi panowie z dużą dmuchawą (tak, tak, wiem, jak to brzmi). Wydmuchują wszystkie liście na ulicę, a potem wszystko zasysa taka nowinka technologiczna, jak traktor z wielką ssącą rurą. Niby nic wielkiego, ale co drugi dzień potrafią w krótkim czasie oczyścić całą dzielnicę. Na pewno szybciej niż grabkami.
WP_20160105_001
3.Przystanek dla śmieci
Przystanki mamy, autobusy też, nawet śmieci mamy, więc co w tym innowacyjnego? Ano to, że tu przystanki są dla autobusów śmieciowych. Jeździ sobie taki po dzielnicy i pochłania to wszystko, czego nie można wyrzucać do śmieci segregowanych – baterie, żarówki, stare płyty, oleje i takie inne niebezpieczne duperele. A ponieważ w Szwajcarii jest czysto (o braku koszy pisałam tu KLIK), a niebezpieczne duperele nie mieszczą się w standardy szwajcarskiej flagi makulaturowej (o związkach flagi z makulaturą pisałam tu KLIK) i nie mogą leżeć tak sobie na ulicy, to śmieciowy autobus ma swoje małe przystaneczki. Na każdym przystanku jest dzień tygodnia i zakres godzin, kiedy owo ekocudo przybędzie i poczeka, aż załadujemy je nie-eko śmieciami. Proste i logiczne. Do przeszczepu.
4. Bazarkowe rękodzieło bądź też rękodzielniczy bazarek
Bazarki świąteczne są wszędzie, ciężko tu będzie o jakąś konkurencję. Ani to polskie bardzo, ani szwajcarskie, bo i Germańcy nie gęsi, swoje Weinacht-targi mają i Angole też pewnie coś tam ładnego pod Westminster wystawiają. Chodzi o to, że Szwajcaria stoi hand-made’ami. Zamiast kolejnego stoiska z kolejnymi równie nieoryginalnymi wyrobami made in China mamy pojedyncze okazy czyjejś fantazji + zdolności. A że dużo takich okazodawców można znaleźć, to jest specjalnie dla nich zorganizowany świąteczny bazar rękodzielniczy. Wszystko tam jest, no wszystko, czego dusza zapragnie. I drewno, i szydełkowe ubranka, i biżuteria, i zabawki z filcu i własnoręcznie robione ciasta i grappy. I już się ładniej przed powiekami robi, jak sobie takie oryginałki pooglądamy na popołudniowym spacerze w niedzielę. Tylko na ceny lepiej te powieki przymknąć, chociaż – tu się właściwie Szwajcarom chwali – warto cenić czyjąś osobistą pracę i zapłacić trochę (tzn dużo) więcej.
WP_20150404_010

5. Miesiąc dobroci dla choinek
Biedne są choinki bożonarodzeniowe. Przez miesiąc stroją się i błyszczą, aby nacieszyć nasze oczy, a w styczniu lądują samotnie na śmietniku zapomnienia. Zimne, brudne, głodne, ogołocone z igiełek, aż żal patrzeć. W Szwajcarii mają czas się jeszcze z nami pożegnać. Po sezonie prezentowym wystawia się jej przed domem na ulicę. Leżą cierpliwie czekając na transport Wielce Wyspecjalizowanym Karawanem do Wywożenia Choinek tam, gdzie się je wywozi, a mijającym im po drodze przechodniom machają zwiędłymi gałązkami na pa pa. Mniej problemu dla nas, mniej porzuconych po kątach drzewek, a jak znam życie to po pogrzebie mają jeszcze jakieś swoje drugie tchnienie jako karma dla zwierząt albo biopaliwo.

Czym chata bogata, czyli hity eksportowe z Polski

Polska potęgą stoi. Eksportową. Ale nie, nie, myli się ten, kto pomyślał teraz o słodkich i czerwonych owocach raju. Jabłka i truskawki są już passe – na szwajcarskie cło wjeżdża nowa lista hitów eksportowych z ojczyzny. Proszę bardzo:

polska zona 2 1. Żony
Wiadomo, że Polki są najładniejsze w świecie. No wiadomo, nie ma co się wykłócać. Każdy chciałby mieć Polkę za żonę. Mój szwajcarski teść ma dobry gust, bo ożenił się z Polką. Mój pół szwajcarski mąż też ma dobry gust, bo też się ożenił z Polką. O guście teścia dyskutować nie wypada, tym bardziej o guście męża. Więcej przykładów nie pamiętam, niczego nie żałuję i proszę Boga Ojca o więcej Polek w Bernie, bo mi czasami nudno.

2. Zegarek dla Angeliny
Tak, tak, tej Angeliny. Pięknej, czyli Jolie. Się rzucił ostatnio Brad z okazji Bożego Narodzenia chyba i kupił skromny prezencik za 5 milionów funtów. Gdzie kupił? Na aukcji w Genewie. A jaki prezencik? A no polski. Jak na razie, najdrożej kupiony zegarek na aukcji w Szwajcarii. I cóż by ten biedny Brad Pitt zrobił, gdyby się swego czasu pan Patek nie wyeksportował z Polski i nie założył jednej z najdroższych marek zegarków na świecie Patek Phillipe. Czy pan Patek z Lubelszczyzny miał na imię Filip? No nie, Antoś mu na chrzcie dano. Wyemigrował po powstaniu listopadowym do Genewy i razem z panem Czapkiem pan Patek założył manufakturę ręcznie ozdabianych cebul (takich zegarków kieszonkowych na sznureczku). To może pan Czapek był Filip? Też nie, choć już na F, bo Franio. Ale Filip był. A nawet Phillipe, bo w przeciwieństwie do pana Patka i pana Czapka, Adriene Phillippe był Francuzem. I tak to się panowie zgadali, połączyli siły artystyczne Antosia Patka i zmysł mechaniczny Adriana Filipa Ticino (169)i zaczęli produkować najbardziej luksusowe zegarki XIXw. Gdyby wtedy królowa Wiktoria była szafiarką, wrzuciłaby na swojego Instagrama zdjęcie luksusowej błyskotki, kupionej od wspomnianych panów dżentelmenów. Zegareczek był ładny, więc do kompletu kupiła drugi mężowi. Pozazdrościła jej królowa duńska Luiza i też wybrała się na zakupy do Genewy. A że towarzystwo dziewiętnastowieczne w ogóle zazdrosne było, to zegareczki nabyli też włoski król Wiktor Emanuel III, egipski książę Hussein Kamal i papież Pius IX. Tym sposobem polski zegarmistrz uszczęśliwił pół dziewiętnastowiecznego świata i pozbawił fortuny drugą połowę dwudziestopierwszowiecznego świata.

A teraz zagadka: Czy Brad Pitt przepłacił za swój skromny prezencik? On może nie, w końcu co to jest marne 5 milionów funtów przy 24 milionach dolarów, za które w 2004 sprzedano zegarek z 1933 r. Widać stary, ale jary.

3. Słodko-kwaśno dla wszystkich innych poza Angeliną
Tu będzie krótko, bo wiele nie ma co wyjaśniać. Moja absolutnie subiektywna lista rzeczy, które ZAWSZE muszę przywieźć z Polski dla znajomych i rodziny w Szwajcarii:
Torcik wedlowski
Marynowane grzybki
Pigwówka
I wszystko jasne.

4. Prezydent z powerem
Szwajcarzy wybrali właśnie prezydenta. A że to bardzo zgrany naród, mówiący jednym językiem, z jednym systemem szkolnictwa, podatków i takie tam bla bla bla, to na wszelki wypadek wybierają 7 prezydentów na raz. Żeby pokazać, jacy to oni zgrani i jednomyślni są. A mogliby mieć jednego. Gotowego już, z Polski. Taki fajny prezydent szwajcarski Gabriel Narutowicz mógłby być. Lepiej by wyszło i jemu, i Szwajcarii. A tu się panu inżynierowi elektrykowi Narutowiczowi tęskno zrobiło za ojczyzną i na własną zgubę do Polski wrócił. A taki zdolny był. Do dziś go wspomina każdy nowy mieszkaniec Berna, bo dzięki niemu dostaje od miasta obowiązkowy przydział tabletek atomowych. Na wypadek wybuchu elektrowni w Muhlebergu. Tej elektrowni, co to ją pan inżynier z Polski postawił w wersji wodnej, a potem ktoś inny już rozbudował do atomowej. Szwajcarzy mu w zamian za to piękny pomnik przed elektrownią wznieśli. Zresztą Narutowicz hobby miał nie tylko szwajcarskie, bo wodne elektrownie stawiał też w całej Europie. Zdolny był, dałby sobie radę jako pierwszy pojedynczy prezydent nawet tak niejednorodnej Szwajcarii. Niestety chwalebny żywot inżyniera wodnego skończył się po powrocie na ojczyzny łono. Nie dane mu było cieszyć się długo pierworodną prezydenturą polską, już po 5 dniach od wyborów został zastrzelony. A jak już wcześniej przy okazji atomowego Einsteina wspominałam (KLIK), Polacy lubią świętować okrągłe smutne rocznice – no to proszę bardzo: 16 grudnia przypada właśnie okrągła 93 rocznica, kiedy rozstał się z życiem.

Smutno tak, przed świętami…

To jak smutno, to teraz coś na rozweselenie.

5. Last Christmass
Khmm, khmm. Khmm.
W Szwajcarii NIE MA Last Christmass.
Spędzam tu trzecie święta i dopiero teraz to odkryłam.
W radiu nie ma Last Christmass, na fejsie nie ma Last Christmass, w telewizji też nie puszczają teledysku z boskim Georgem (nie, nie Clooneyem) w śniegu. Pikanterii dodaje fakt, że teledysk kręcony był w szwajcarskim Saas-Fee.

Ale jak to NIE MA Last Christmass??? To skąd w takim razie wiedzą, kiedy są święta???
No wiem, wiem, ciężko to pojąć. Też się zastanawiałam, jak oni tak potrafią bez. Ja nie potrafię, więc oficjalnie importuję z Polski do Szwajcarii Last Christmass. Taka nowa świecka tradycja.
Panie i panowie, proszę bardzo:

WHAM! Last Christmass

Sezon świąteczny uważam za otwarty. Wesołych Świąt!!!

[blog_subscription_form]

8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką

Jak przetrwać w Szwajcarii
Wir sind Schweiz. Jesteśmy Szwajcarią. Też bym sobie taki fajny rowerek kupiła, a tu ze mnie ta polskość wyłazi i wyłazi.

Szwajcara rozpoznać na ulicy dość łatwo (10 oznak że jesteś już Szwajcarem), a po mnie od razu widać, że jestem obca, bo:

  1. Macham łapami

Jakoś nie mogę się do tego przyzwyczaić, że na przejściu dla pieszych kierowcy postrzegają mnie jako zjawiskową istotę i zawsze się zatrzymają, żeby sobie popatrzeć jak przechodzę. W ramach odruchów dobroci próbuję Czytaj dalej 8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką

Dlaczego Warszawa to nie Berno?

Widok na Stare Miasto w Bernie

1. Bo rower to nie samochód
W Warszawie rządzą samochody. Dzierżą władzę od czasów Dzierżyńskiego i nie chcą się nią dzielić ani z pieszymi, ani z rowerami. Ktokolwiek próbuje zaburzyć odwieczny porządek czterech kołek w mieście i wprowadzać nowe zasady, jest oklaksowany i obtrąbiony żeby mu się od nadmiaru ścieżek rowerowych i stref 30km/h w głowie nie poprzewracało. W Bernie samochód jest zbędnym gadżetem równie wygodnym jak 7 centymetrowe szpilki na kostce chodnikowej na Marszałkowskiej. Nie dość, że nie można wjechać na połowę ulic, to jeszcze nigdzie nie można go zaparkować. I potem wychodzą takie kwiatki, że zamiast skręcić w lewo i dojechać 500 m do domu, trzeba przejechać przez dwa mosty, trzy dzielnice i skręcić 44 razy w prawo. Bo uliczka po lewej akurat niesamochodowa była. Tak, tak, w Bernie rządzą rowery. Rozpanoszyły się już do tego stopnia, że mają wyznaczone miejsca do parkowania na ulicy, zajmują całkowicie parkingi samochodowe przy najbardziej popularnych destynacjach i pierwszeństwo przy wjeździe i zjeździe ze skrzyżowania. Od niedawna nierówną walkę samochodowego Dawida z rowerowym Goliatem wspomaga jeszcze Herkulesowy e-bike. Elektroniczna dwukołówka jeździ do 50km/h, szybko i bezwysiłkowo wspina się na berneńskie wzgórza, spychając samochody w otchłań pogardy.
Rowery zaparkowane w Bernie
2. Bo schody mogą być płaskie
W Warszawie nie lubią niepełnosprawnych. Przy budowie pierwszej linii metra wieeeeki wieeeki temu jakiś partyjny oficjel powiedział podobno: tyle macie w tej Warszawie niepełnosprawnych, żeby na każdej stacji budować dla nich windy???
W Bernie, również ze względu na punkt 1 (patrz punkt 1), tam, gdzie jest pagórkowato, jest płasko. Chodniki mają zawsze obniżone wjazdy przy skrzyżowaniach, schody mogą się bawić z pobliskimi windami lub zamienić miejscami z pochyłymi platformami. Korzystam ostatnio z gościnności udogodnień dla niepełnosprawnych jako matka wózkowa i po wakacjach w Polsce muszę przyznać – bardzo wygodnie się tu jeździ na trzech kółkach (bo ja taka trzykółkowa matka wózkowa jestem).
3. Bo ulica jest od jedzenia, nie jeżdżenia
Wybiła dwunasta. Samo południe. High noon. Korpoholicy głodomory, zwykli urzędole i brać studencko-uczniowska wypełza ze swoich perfekcyjnych szwajcarskich norek, gnana odwiecznym prawem lunchu. Wypełza na ulice i na nich zostaje, rozkładając upolowane kanapki, kebaby i sałatki na kolanach, siedząc na krawężnikach lub schodkach najbliższego budynku. Place zabaw pustoszeją z dzieci a mikroławeczki i piaskownice zapełniają się Piotruś Panami i Paniami wdzięcznie pałaszującymi swoje przyniesione z domu obiadki. Bo w samo południe w Bernie je się na ulicy. Samochodowojezdniowe asfalty zioną pustką a pieszochodnikowe asfalty cieszą się obecnością grzejących się na nich pup.
Tak sobie wyobrażam, że w Warszawie głodomory się rozkładają z pizzą przed Pałacem Prezydenckim. Albo przed bankiem na Marszałkowskiej. Albo z risotto na Placu Zamkowym. Chociaż nie, co by nie mówić Zygmuś jest gościnny i użycza schodków swojej kolumny kebabowiczom. Ci nie pozostają mu dłużni i w podziękowaniu malują schodki skapującym sosem ostrym-łagodnym-mieszanym w graffitti godne Banksy’ego.
Berno 3
4. Bo dzieci biegają boso po ulicy
O tym już pisałam,perrorując, dlaczego Berno nie jest Paryżem (klik). Z tego samego powodu Warszawa nie jest Bernem. Może to i niemodne, i szafiarki z Warszafki by się oburzały, że firmowe buty zawsze przecież można wypożyczyć do jakiegoś modnego outfitu na placu zabaw, ale mi się ten zwyczaj podoba. Przydałoby się więcej luzu w Syrenkowie w podejściu do naturalnego wychowywania dzieci, chociaż jest jedno ALE. A właściwie 4:
– ALE psie kupy
– ALE koty sikają do piaskownicy
– ALE szkło rozbite z butelek wieczornych gangów piwa
– ALE brudno i trzeba będzie myć stopy
Czy w Bernie nie ma ALE? Pierwszych trzech nie ma. Czwarte ALE to podstawa Berneńskiego Beztroskiego Bosostopia.
Z Beztroskich Bosostopych dzieci wyrastają Beztroscy Bosostopi dorośli, ale na taki szok kulturowy jeszcze nie jestem gotowa. Póki co, maszeruję dziarsko w eleganckich japonkach – być może któregoś pięknego dnia dołączę do bezobuwnych deptaczy chodnikowych Berna.
5. Bo Berno ma widok na miasto

Berno stolica 1
Warszawa też ma widok, ale Berno ma widok samo na siebie, a Warszawa na Pragę. Jeden z piękniejszych widoków stolicowych rozciąga się ze wzgórza Rosengarten na całe stare miasto i wijącą się zielonoalpejską rzekę Aare. Wystarczy pięciominutowy spacer w dół i już jesteśmy na miejscu.Właściwie to Berno jest tak małe, że widok jest na całe miasto, nie tylko na starówkę. W Warszawie najlepszy widok na rzekę rozciąga się z Gnojnej Góry, niestety ktoś starówkę umieścił na jej szczycie, więc widoku na nią brak. No i sami rozumiecie, Gnojna Góra przegrywa nawet nazwą z Ogrodem Różanym….

6. Bo wyntydż jest modny
Jak by tu nazwać stary rower, żeby nie używać słowa vintage? Nie da się. Albo stary, albo vintage. Warszafka jeszcze lubi błyszczeć w luksusie nowych i drogich rowerów, w Bernie im starszy, tym lepszy. Furrorę robią przede wszystkich leciwe kolarzówki lub rowerki a la II wojna światowa z wysoką, zakrzywioną kierownicą. Stare rowery się naprawia i sprzedaje, a nie wyrzuca na złom. U mnie w piwnicy od prawie 30 lat stoi nieużywana tatowa ukraina. Wujek z Otwocka też swoją oferuje w prezencie. Powinnam obydwie wsadzić w podróż biznesklasą i i zrobić z nich bogate emerytki imigrantki osiadające na starość w Szwajcarii. Tu i opieka geriatryczna jest lepsza, i bardziej zostaną docenione za walory i uroki wschodnich klimatów.
7. Bo rzeka służy do pływania
Berneńskie Aare nie przewiezie turystów barką na drugą stronę. Za to można wskoczyć do lodowatej wody w porze lunchu z jednej strony miasta i spłynąć sobie wartkim nurtem na drugą stronę. Potem na bosaka (patrz punkt 4) wraca się w górę rzeki i skacze jeszcze raz, do czasu aż zmarznięte paluszki dają znać „dość”. Tylko nieobyci z miastem turyści dziwią się na widok pląsającyh w bikini gołych pośladków w centrum miasta. Bywa też upalne lato, kiedy w Warszawie Wisła jak Oka szeroka wysycha, a w Bernie Aare się podgrzewa od słońca. I wtedy kąpiel to saaaaaaama przyjemność.
[blog_subscription_form]

Dlaczego Berno to nie Paryż?

1. Bo to nie stolica
To znaczy to jest stolica, ale mało kto o tym wie, więc tak jakby się nie liczy. Co innego z Paryżem – każda napotkana na świecie dusza lub inna strzyga odpowie, że of kors Francja to Paryż i innych miast francuskich nie zna. A w Szwajcarii? Krowę z rzędem temu, kto wymieni Berno wśród znanych szwajcarskich miast. Zurych tak, Genewa też, pewnie jeszcze Davos i Klosters, bo tam na nartach zjeżdżała księżna Diana. Berno stolicą jest, ale taką administracyjną, a nie taką do której się pragnie pojechać na piwo i chałkę.
2. Berno to nie stolica mody
W Paryżu wszystkie paryżanki i paryżanie są ładnie ubrani. Nawet najbrzydszy facet jest facetem z klasą. Nawet najbrzydsza kobietka nosi się z codzienną elegancją, ale bez rosyjskiego kiczu. Berno za to zionie alternatywnym stylem ubierania się. Tak jakby hippisi obudzili się nagle w latach 90-tych, więc na wszelki wypadek nie noszą niczego modnego, ani ze swojej epoki, ani obecnej. Jest w tym pewny rodzaj nonszalancji, jest też i wygoda dla nowoberneńskich Polek – jakikolwiek tiszert i klapki niemającej-na-nic-czasu młodej mamy uchodzą za klas & szik, jeżeli założy się do tego słomkowy kapelusz. Tak żeby było po parysku.
3. Jest wieża, ale nie Eiffla

P1020375
Nie, no wieża musi być. Co to za stolica Europy bez prawdziwej wieży zegarowej? Gdzieś się przecież trzeba umawiać na spotkanie i coś pokazywać cudzoziemcom. No więc w Bernie jest Zytglogge, całkiem zgrabna i sympatyczna wieża w środku miasta, co godzinę śpiewa z niej kogut, błazen bije w dzwon, misie się przechadzają w kółko. Eiffel nie ma ani koguta, ani błazna, a jednak wszyscy chcą koniecznie usmażyć się w prażącym słońcu czekając kilka godzin na wjazd na stuletnią kupę żelastwa. Biedna Zytglogge, pod nią nikt nie stoi z wytęsknieniem godzinami. Nawet pasażerowie czekający na tramwaj, bo jak wszystko w Szwajcarii, tramwaje jeżdżą regularnie co kilka minut. A to pech.
4. Dzieci chodzą po ulicach na bosaka

Paryz 1
Głównie dzieci, chociaż dorośli czasami też. A jak od małego nie chodzą w butach, to jak się mają nauczyć, jak potem biegać po sklepach z ciuchami w dwunastocentymetrowych Laboutinach lub innych markowych kapciach? Kółko się zamyka, jesteśmy z powrotem w punkcie nr 2. Nie wiem, z czego wynika to umiłowanie do chodzenia na bosaka, ale nawet mi się podoba, bo – jak już wspomniałam wcześniej – moje japonki stają się częścią garderoby ĘĄ. Poza tym dzieci szybko wyrastają z butów i nie trzeba wiecznie kupować nowych. Czysta oszczędność, gdzieś te pieniądze trzeba odkładać, stąd tyle w Szwajcarii banków. Z brudnych stóp, jednym słowem.
5. Mieszkańcy się lubią
Do tego stopnia, że raz na jakiś czas któraś z dzielnic organizuje Dzień Dzielnicy. Lokalne sklepiki wychodzą na ulice, lokalne szafy i strychy prezentują swoje skarby na mini targach staroci, a domową lemoniadę można wypić na postawionej na środku skrzyżowania kanapie. Wszyscy się dobrze bawią i do siebie uśmiechają, więc to na pewno nie może być Paryż. Prawdziwi paryżanie chodzą po ulicach z wieczną miną „wisi mi to, bo mam nowe Laboutiny” a jedyny sąsiad, który ich lubi to właściciel najbliższej kawiarni na rogu, bo od lat piją u niego poranną kawę. Ich też obsługuje z miną „wisi mi to, bo mam kawiarnię” do czasu, gdy któryś z klientów odważy się nie przyjść na poranną kawę lub zmienić kawiarnię na inną. Obrażony właściciel nie omieszka mu tego wypomnieć, a paryżanin zmieni drogę do domu.
Paryz
6. W Bernie mieszkają szwajcarscy Szwajcarzy
W dodatku mówią pseudoniemieckim berneńsko-szwajcarskim. Cudzoziemcy istnieją, miasto organizuje nawet dla nich kursy czytania i pisania oraz solidarności z mieszkańcami, ale na pewno nie jest to drugi Paryż, gdzie czasami ciężko dojrzeć Francuza w gąszczu turystów i imigrantów. Paryżanie są na tyle uprzejmi, że z pogardą będą udawać, iż nie rozumieją twoich francuskich wypocin, jeżeli nie są to wypociny na 100% perfekcyjne z dialektem z Montmarte. Berneńczycy natomiast nie udają, że nie rozumieją klasycznego niemieckiego z kursów w Deutchlandzie. Przeciwnie, odpowiedzą na każde Twoje pytanie, za to w mocno niezrozumiałym dialekcie berneńskim. Im bardziej będziesz się starał ich zrozumieć, tym bardziej dialektalnie i niezrozumiale będą sie wypowiadać. Jednoznacznie brak im paryskiej pogardy dla cudzoziemców.
7. W Bernie nie ma brudnego metra
W przeciwieństwie do Paryża, gdzie brudne stacje metra mają już swoją renomę. W Bernie nie ma brudnego metra. W ogóle nie ma metra, bo by się nie zmieściło. Są za to elektryczne autobusy i ekologiczne trolejbusy, która wcale nie produkują paryskiego smogu. A to pech. Nikt nie organizuje niedzieli czy poniedziałku bez samochodu, bo musiałby to być dzień bez roweru. Bo w Bernie samochód jest pasee.

Fryderyk Chopin był Francuzem, czyli czego stereotypowy Polak nie wie o Szwajcarii

Zermatt, autobus elektryczny

O czym my, Polacy powinniśmy wiedzieć, a wcale nie wiemy.

Nieznane fakty o Szwajcarii

Berno ulica Kramgasse
Berno

1. Stolica Szwajcarii to Zurych

Nie, a może jednak Genewa?

Surprise, surprise, jednak nie Zurych i nie Genewa, bo Berno. W Szwajcarii jest Berno? To Brno na Słowacji? Nie, to Berno w Szwajcarii.

Mało osób kojarzy nie tylko jaka jest prawdziwa stolica Szwajcarii, ale że w ogóle jest takie miasto.

Zurych to stolica biznesu i bankowości, Genewa – zegarków i organizacji międzynarodowych.

A Berno jest malutkie i słodkie, takie średniowieczne i nie lubi się chwalić tym, co ma najlepsze.

Natomiast ma zdecydowanie jedną zaletę nad pozostałymi: Jest na tyle małe, że można je przejść na piechotę. Ewentualnie przejechać wzdłuż i wszerz jedną linią tramwajową.

Zurych
Zurych

2. Trójkątne czekoladki z Matterhornu

Kojarzycie trójkątne czekoladki w żółtym długim opakowaniu z obrazem góry?

Możecie się przyznać, ja też nie wiedziałam, że Toblerone jest ze Szwajcarii a ckliwy obrazek to jeden z bardziej znanych szczytów, Matternhorn.

Zresztą słynny trójkątny kształt czekoladki inspirowany jest właśnie szczytem Matterhornu.

Kto nie wierzy, wystarczy żeby wjechał pociągiem do bezsamochodowego Zermatt. Stamtąd kolejką zębatą do Goernergrat i już może chrupać tobleronową czekoladę z widokiem na Matternhorn.

Oraz dwadzieścia innych czterotysięczników.

Zermatt
Eko Zermatt – wszystkie samochody są elektryczne, a do miasteczka można się dostać jedynie przy pomocy kolei zębatkowej
matternhorn
Widok na Matternorn

3. Słynne szwajcarskie sery

Z Holandii jest gouda, z Francji camembert, z Włoch mozarella, a ze Szwajcarii?

No, jaki serek, kto wie?

Niby Szwajcaria to krowy i alpejskie hale, ale serów helweckich w ogóle nie znamy.

W takim razie pierwsze koło ratunkowe.

Emme, rzeka w kantonie berneńskim.

Nic?

Ok, niech bedzie drugie : Emmental, dolina rzeki Emme.

Teraz będzie już prosto: dla jeszcze-nie-kumających, trzecie koło ratunkowe: Emmentaler.

Ta dam! Swojsko brzmiący emmentaler z supermarketu jest już w koszyku.

Do koszyka dorzucić trzeba jeszcze Gruyere, Vacherin, Tomme i Appenzeller.

I jeszcze kilkanaście innych, równie śmierdzących i równie przepysznych, a właściwie smaczniejszych, bo emmentaler mocno już komercyjny, a i smak taki mało charakterystyczny.

O serach można by długo, bo bez serów Szwajcarii nie ma, więc dla przypomnienia:

o śmierdziuchach na stole
a także o gruyere
oraz o fondue
krowa

To teraz szybciutko, żeby nie zapomnieć, czego się właśnie nauczyliśmy, trzeba się zapisać do newslettera.

Albo dać znać innym znajomym, żeby sobie poczytali. Służą do tego te kolorowe przyciski na dole strony.

A jak jeszcze ocenicie ten artykuł, to już będzie git gitara.

10 oznak, że jesteś już Szwajcarem

  1.  Nie marudzisz. Ani nie narzekasz. A to już oczywisty znak, że przestałeś być Polakiem.P1040271
  2.  Jedziesz prawym pasem i nie przekraczasz prędkości na autostradzie o więcej niż 20 km/h
  3.  Na przejsciu dla pieszych czekasz,aż pieszy dojdzie 250 m do zebry po to, żeby go przepuścić. Nawet jak ma czerwone światło i to ty masz pierwszeństwo.P1040473
  4. Na pustej ulicy w środku nocy jedziesz 30 km/h jeżeli takie jest ograniczenie. Nie ważne, że nikogo nie ma, nie ważne, że nikt nie widzi. Jesteś Szwajcarem i przestrzegasz zasad, bo są po to, żeby były.
  5. Nie trąbisz na rowerzystów tylko panicznie szukasz w lusterkach na prawo i lewo, czy przypadkiem nie trzeba któregoś przepuścić.
  6. Masz wywieszoną szwajcarską flagę na balkonie. Albo chociaż kubek z flagą. Albo portfel. Albo garnek. Albo długopis. Albo świecznik.
  7. Mówisz dzień dobry nieznajomym na ulicy. Właściwie to w każdym kantonie „dzień dobry” brzmi inaczej, więc de facto mamroczesz coś pod nosem licząc na to, że inni pomyślą, że ich właśnie pozdrowiłeś. Zresztą, po pół roku nadal nie rozumiesz, co do Ciebie mamroczą, więc czujesz się usprawiedliwiony.
  8. Oglądasz mecz hokeja w telewizji i masz swoją ulubioną drużynę, bo hokej to narodowy sport Helwetów.P1040329
  9. Wyjeżdżasz z warsztatu samochodowego i nie płacisz za naprawę. W sklepie internetowym też nie płacisz za zakupy. Rachunki dostajesz potem do domu i płacisz je we wskazanym terminie.
  10. Przechodzisz przez jezdnię na pasach. Nawet jeżeli najbliższe stado dinozaurów będzie tędy przebiegało za następne 4 mln lat, ulica jest szerokości twojej szczoteczki do zębów, to i tak pójdziesz do zebry.
    Wersja dla zmotoryzowanych: Parkujesz tylko na wyznaczonych do tego miejscach. Jeżeli jedynym wolnym miejscem jest kwadracik asfaltu przed sklepem z azbestem, jest niedziela i sklep na pewno nie jest dziś otwarty, to nie parkujesz bo jest tylko „dla klientów”. A ty wolisz kamienny dach zamiast azbestowego. P1040472

P1040471[blog_subscription_form]

Komu maryśkę, komu kość słoniową? Mały szmugielek w imię zdrowego żołądka.

Co można wwieźć do Szwajcarii bez cła?

Szwajcaria ma granice. To zaskakujące, wiem.

Jedzie sobie człowiek samochodem po Europie ponaddźwiękowymi autostradami w Niemczech, a tu ZONK.

Skręca go od widoków na pokręconych aplejskich drogach we Włoszech, a tu ZONK.

Jeszcze język śpiewnie zwija się po francusku w Ou la la, Bon Ton i Mon cherie, a tu ZONK.

Jakiś szlaban i jeszcze się trzeba zatrzymać.

Po ponad 10 latach w Unii Europejskiej my też mamy granice, ale tak jakby ich nie było.

Ktoś jeszcze pamięta, jak to było odstać swoje na przejściu granicznym? Najgorsi chyba zawsze byli Węgrzy. Jak już się nie mieli do czego przyczepić, to ze złości mówili po węgiersku. Tak, żeby nikt ich nie zrozumiał. Czytaj dalej Komu maryśkę, komu kość słoniową? Mały szmugielek w imię zdrowego żołądka.

Recykling krzyżowców a krucjata polska

WP_20150324_001W Szwajcarii flaga narodowa jest bardzo ważna. Tak ważna, że nawet zasady recyklingu papieru są jej podporządkowane, szczególnie w Bernie – stolicy szwajcarskości. Tak przy okazji – zasady dla zasad też są bardzo ważne. I tak szwajcarskie (a jakże) gazety nie mogą być ot tak wrzucone do papierowej torby i wystawione do zabrania przed dom. Muszą być ułożone w równiótkie kupki wielkości A4 i wysokości 10 cm i przewiązane NA KRZYŻ sznurkiem. Dopiero wtedy spełniają wyśrubowane normy szwajcarskiego recyklingu gazet. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że sznurek wiązany na krzyż to inspiracja flagą narodową (jakby ktoś zapomniał, jak ważna jest flaga dla Szwajcarów, to może kliknąc tutaj).
A co robi polsko-szwajcarska para*, zadumawszy się nad rzędem równo ułożonych na chodniku kupek gazetowych o rozmiarze A4, czekających na zabranie (na pewno punktualnie zawsze o tej samej porze)? Wprowadza polska krucjatę i wyrzuca papiery do kontenerów do recyklingu dwie przecznice dalej. Bez ułożenia w kupki i sznurka na krzyż.
Cóż, jednak powstania i zrywy narodowe mamy we krwi. Tak łatwo się zasadom nie damy.
*słowo para użyłam kurtuazyjnie w stosunku do siebie, bo makulaturę i butelki zazwyczaj wyrzuca moja silniejsza połowa.

makulatura 3
Każdy nowy obywatel Berna jest uświadomiony za pomocą kilkunastrostronicowej instrukcji, jak należy być szwajcarskim w kwestii recyklingu

Gruyere – Królestwo fondue

W średniowieczu byli mądrzejsi od nas. Jak ktoś miał skarb, to budował zamek na szczycie wielkiej góry i chował go głęboko w piwnicy, tak żeby inni się nie dowiedzieli. No chyba, że nazwał miasteczko leżace u podnóża zamku SKARB. To raczej komplikowało sprawę z utrzymaniem tajemnicy.
P1020376
Szwajcarzy też mają swój cenny skarb. To ser. Zbudowali dla niego zamek i trzymali przez co najmniej 4 miesiące w ciemnych piwnicach o temperaturze 13 st C i wilgotności 94%. Tyle że potem nazwali miasteczko Gruyere i już wszyscy wiedzieli, że skarb gruyere można zjeść w Gruyere. To nie było najmądrzejsze posunięcie.P1020379
P1020380
Dzisiaj muszą się zmagać z hordami poszukiwaczy serów, wdrapujących się na szczyt góry, by ze średniowiecznych zamkowych murów wypatrywać fioletowych krów* na zielonych pastwiskich. Rozczarowani widokiem całkiem zwyczajnych muciek pseudoskarbowi turyści odkrywają, że ser jednak jest! Jest! Tyle że nie w zamku, a w jednej z rozsianych po drodze restauracji serwujących fondue** . Najlepiej wybrać sobie taką z widokiem na zamek i mieć dwa w jednym.
P1020382
Ewentualnie, można się wybrać do restauracji Giger, żeby zobaczyć jak marnie skończyli Ci, co próbowali wykraść recepturę gruyere. To restauracja połączona z muzeum założonym przez Szwajcara H.R. Gigera, twórcę efektów specjalnych do filmu Obcy. Co miał najlepszego, to pokazał. Oby wam ser w gardle z wrażenia nie stanął.

obcy
Zdjęcie zapożyczone z portalu filing.pl

* o związkach fioletowej krowy ze Szwajcarią już pisałam.
** jakby ktoś nie pamiętał, to tu znajduje się fondue’owy savoir-vivre
P1020377Tak wyglądają prawdziwie szwajcarskie krowy spotkane w Gruyere, a nie jakieś fioletowe podróbki.

Poszukiwany, poszukiwana

P1020367
Z braku zdjęcia szwajcarskich śledzi, berneńskie torty

Szwajcaria to jeden z głównych producentów i ekporterów śledzi. Kraj śródziemnokontynentalny, bez dostępu do morza, z temperaturami letnimi ponad 30 stopni, więc radzi sobie całkiem nieźle, zważywszy że śledzie generalnie lubią morze i to zimne w dodatku. Polski gust kulinarny śledziowo-olejowy-z-cebulką-i-rodzynkami vel rolmopsowo-pożydowsku-ze śliwką może być w pełni zaspokojony. Tak, rybka lubi pływać, wystarczy pierwszy mały rybny sklepik na rogu i Jeszcze Polska nie zginęła! Z taką oto wiedzą geograficzno-przyrodniczą udałam się pięknego poranka na zakupy i okazało się, że właśnie wtedy, akurat wtedy Szwajcarzy przenieśli całą hodowlę śledzi do Szwecji. Prawie jak Szwajcaria, też na S, nawet SZ, jednak PRAWIE robi różnicę. Śledzia brak.
W nieutulonej żałobie po srebrnych ogonkach dałam złośliwym Helwetom jeszcze jedną szansę. Marynowane grzybki. Ha! w końcu lasów nigdzie nie przede mną nie ukryją. Zastępy zawekowanych borowików, maślaków i podgrzybków pewnie czekają już niecierpliwie w szeregach półkowych sklepów, przekrzykując się jeden przez drugiego: Wybierz mnie! Wybierz mnie! Tym razem przygotowałam się lepiej. Uzbrojona w noktowizor i wykrywacz grzybów przeczesywałam półka po półce, szafka po szafce. Znowu się cwane ukryły lepiej niż Talibowie w górach Afganistanu. Nic. Zero. Następnym razem wezmę drona i zaatakuję z zaskoczenia.
Za trzecim razem zaczęłam opracowywać strategię. W końcu Strategia to mój zawód, kilka lat w korporacji robi swoje. Skoro jesteśmy w części niemieckojęzycznej, to jedzą to samo co Niemcy. Eh, kapusta, głowa pusta. Sauerkraut! Kapusta kiszona to musi być to. A w Polsce beczka z kapustą stoi zawsze w pobliżu beczki z ogórkami kiszonymi, więc będą dwie kiszonki na jednym ogniu. W końcu aż tak daleko nie mogli odejść od cywilizacji środkowoeuropejskiej. Cóż to za kraj bez kapusty kiszonej? Okazało się, że jest taki kraj. Szwajcaria. Znowu pudło.

P1020369
Szwajcarzy są praktyczny. Tort i świeczka w jednym

Popadając w coraz czarniejsze odmęty rozpaczy, bo ci Talibowie jeszcze mi siedzieli w głowie postanowiłam poprawić sobie humor mieszanką odurzającą. Klasyka narkotykowego gatunku, polski makowiec. Trzeba tylko znaleźć mak. Ktoś podobno gdzieś go widział koło Zurychu, przedsiębiorczy Polacy założyli nawet forum „Gdzie w Szwajcarii można kupić mak?”. Z przecieków agencji wywiadowczych dowiedziałam się, że trop z Talibami był dobry. Polski mak można czasem kupić w sklepach z orientalną żywnością, obok arabskiego kuminu i tajskiego Changa. Niektórzy wegaglukolatozowcy uznali nawet, że jest to zdrowa żywność, więc zdarza się go wytropić na stoiskach BIO. Oczywiście, jak wszystko na stoiskach BIO ceny mają się nijak do rzeczywistości.
Ale, zawsze to coś. Mały krok człowieka, ale wielki skok ludzkości.
To teraz idę szukać kaszy gryczanej, jaglanej, agrestu i pierogów.

300 milionów dolarów w lodówce

magnesik 1
Dumny Gauguin w otoczeniu Van Gogha, Malczewskiego, Chagalla, Nowosielskiego i Paula Klee.

Mieć swoje własne 300 milionów dolarów w lodówce. Taki był plan, od kiedy przeczytałam, że do końca czerwca jest dostępny w Bazylei. No dobra, może nie do końca w lodówce, tylko na lodówce. Niech się dzielnie się pręży wśród innych magnesików i cieszy moje oczy ze świadomością, że to najdroższy obraz świata – Paul Gauguin sprzedany w lutym za 300 milionów dolarów nieznanemu nabywcy. Do tej pory przez prawie pół wieku był własnością Fundacji Rudolfa Staechlina, wystawiany kurtuazyjnie w Kunstmuseum w Bazylei. Ale podobno rodzinka pana Rudolfa się z Muzeum nie dogadała i wystawiła „When will you marry?” na aukcji Sotheby. Polinezyjskie dziewczynki dostały na nową drogę życia niezłe wiano – to najdrożej sprzedany obraz w historii. Dotychczasowy rekord należał do „Grających w karty” Paula Cezanne’a. Panowie przegrali w te karty 250 milionów dolarów i pojechali za karę do muzeum w Katarze. Nowy nabywca nie jest oficjalnie pannom przedstawiony, ale podobno też zostały własnością katarskiego szejka.
gaugin
Tak więc zanim dziewczyny wyruszyły w podróż przedślubną do Muzeum Królowej Zofii w Madrycie i Phillips Collection w Nowym Jorku, można je oglądać do końca czerwca w Fundacji Beyeler w Bazylei.
WP_20150225_018
Fundacja Beyeler w Bazylei

Plan był taki, że zaraz następnego dnia po przylocie do Szwajcarii wyskoczę do Bazylei na wystawę a potem magnesik za 300 mln dolarów przyklei się w kuchennej kolekcji.
Pociąg z Berna do Bazylei i z powrotem kosztuje 45 Fr. Bilet wstępu 28 Fr. Rzeczony magnesik – 5 Fr. Tak, to zdecydowanie najlepsza inwestycja w moim życiu. Za marne 88 Fr mogę mieć swoje własne 300 milionów dolarów na lodówce.
gaugin 2

Babeczka z kubeczka czyli jak wielką Polką byłą Maria Curie Skłodowska

Najsłynniejszą Polką w historii była i na zawsze pozostanie Maria Curie Skłodowska (nie licząc Matki Boskiej Częstochowskiej, oczywiście). My, Polacy, jesteśmy bardzo dumni z osiągnięć naszej podwójnej noblistki w dziedzinie chemii, pierwszej Polki, która ukończyła Uniwersytet Sorbona, pierwszej kobiety, która na tymże uniwersytecie została profesorem (może nawet pierwszym uniwersyteckim profesorem na świecie). Dzięki niej mamy polskobrzmiący pierwiastek w tablicy Mendelejewa, polon (no, kto zna inny narodowy pierwiastek, kto?) i promieniowanie radioaktywne. Kochamy ją tak bardzo, że składamy jej chemiczny pokłon codziennie w kuchni.
babeczka z kubeczka 2 babeczka z kubeczka
Dla przykładu takie cudo – babeczka z kubeczka. Lecytyna słonecznikowa, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mlekowym, mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem octowym, difosforany, węglan sodu, mleko w proszku, jaja w proszku, aromat z laktozy, aromat z orzecha laskowego. Sama chemia, pokłon oddany, patriotyczny obowiązek spełniony, dzienna dawka napromieniowania geniuszem wielkiej Polki – przyjęta.
Pytanie najważniejsze – co to ma wspólnego ze Szwajcarią? Jest! Smak czekolady! Jest nawet kostka czekolady na opakowaniu! To na pewno fioletowa krowa, alpejskie świstaki zawijające w sreberka i już mamy prawdziwie ciasto czekoladowe.
Tak, ja wiem że nikomu nie chce się wertować półek w sklepie w poszukiwaniu „prawdziwego” jedzenia, pamiętajmy tylko, że TO nie jest jedzenie. To kolejna papka marketingowa wciskana nam „na zdrowie”, po którą bezrefleksyjnie sięgamy. Pisałam już o tym wcześniej, napiszę po raz kolejny: czytajmy etykietki i nie dajmy zatruwać się chemią.
Żeby zejść nieco z piedestału, ucieknę się do plagiatu tego czegoladowego cuda i proponuję facetów z owsa, czyli muffiny z otrębów owsianych z dodatkiem kakao (a niech będzie, że czekoladowe).
muffinki
12 łyżek otrębów mieszanych (mogą być owsiane z dodatkiem pszennych lub jakieś inne)
+ 4 łyżki kefiru
+ 4 żółtka
+ coś słodkiego dla chcącego : 2 łyżki miodu lub cukru, cukier waniliowy albo wanilia
+ kakao do koloru
+ dla chcącego łyżeczka proszku do pieczenia lub sody, żeby faceci wyprężyli bardziej czekoladowe muskuły
Wszystko mieszamy a na koniec dodajemy ubitą pianę z 4 białek.
Przygotowanie trwa 10 min, a pieczenie 20 min. Z takiej porcji wychodzi 12 muffin(ów) zdrowych i naturalnych, co prawda bez namaszczenia patriotycznego. Co ważne – dietetycznych (!!!) bo otręby zawierają dużo czyszczącego organizm błonnika.
Przetestowane wielokrotnie na kolegach i koleżankach z pracy, wszyscy żyją.
Ps: Pozdrawiam nieustannie moją guru od zdrowego i naturalnego żywienia, Kasię Bosacką.

Franku, mój franku, cóżem ci uczynił?

Czy Szwajcaria jest droga dla Polaków? Cóż. Ceny są właściwie te same. Tylko waluta się różni. Odpowiadając więc na pytanie: Czy w Szwajcarii jest drogo? Nie, nie jest drogo. Jest BARDZO drogo. Szczególnie po ostatniej niespodziance Narodowego Banku Szwajcarii (o tej niewdzięcznicy już pisałam), wszystkie ceny należy pomnożyć x 4.
portfel slide
Bywają jednak produkty nominalnie tańsze. Proszę bardzo! Przykładami można sypać jak z rękawa. Dajmy na to takie paliwo – kiedy w Polsce kosztowało ponad 5 zł/ litr, to w Szwajcarii w przeliczeniu było nawet taniej. Teraz ta różnica się zmniejszyła, ale wciąż ceny są na polską kieszeń ( najtańsze 1,4 Fr/ L). Hitem taniości jest też całoroczna winieta samochodowa – zwłaszcza, że jej cena od 1994 jest taka sama. 40 Fr na rok za korzystanie z wszystkich autostrad w kraju dumnie się pręży przed Hiperkilometrówkami do Poznania czy Gdańska. Swoją drogą w zeszłym roku Szwajcarzy głosowali nad zwiększeniem opłaty za winiętę w referendum narodowym, ale podwyżka nie dostała wystarczającej liczby głosów na TAK. Może by tak głosowanie nad zwiększeniem opłat za autostrady wprowadzić w Polsce?
W Szwajcarii są też niższe podatki, ale dopóki tam nie zarabiamy, to nas nie dotyczy – chowamy więc z powrotem do rękawa.
I jeszcze … cóż by tam jeszcze…..
Właściwie to wiosna w pełni. Czas na krótki rękawek.
Ps: Znalazłam jeszcze! Kapcie w IKEA kosztowały 3 FR czyli 12 zeta. Taniocha! W takiej ZARA HOME bez stówki za bambosze nie ma się nawet co pokazywać…
Ps 2: Jako wiarygodna autorka bloga sprawdziłam źródła w Polsce. Te same kapcie w IKEA Polska kosztują 9,90 PLN ;( Więc jednak kapcie się nie liczą.
Ps 3: Kapcie kupowałam w Szwajcarii w listopadzie, kiedy frank kosztował 3,5 PLN , a nie 4. Po przeliczeniu to daje… 10,5 PLN. Wciąż więcej. Kapcie się nie liczą.

Dumna flaga w krzyżowym ogniu pytań

Szwajcarzy to zabawny naród. Lubią sobie z siebie pożartować. Na pytanie, co jest największą zaletą Szwajcarii jajcarze Helweci odpowiedzą: No więc, flaga to duży plus. Ha ha. Taki żarcik. Moja siostra się nawet śmiała. Flaga szwajcarska jest (prawie*) jedyna taka na świecie. Nie dlatego, że jest czerwono-biała (bo to akurat mało oryginalne), ale dlatego że jako jedyna jest kwadratowa. I to stawia ją na uprzywilejowanej pozycji ulubionego przedmiotu kraju nad … pod Alpami. Ponieważ motyw przewodni (krzyż) jest mocno skomplikowany, a Szwajcarzy badzo kochają swoją sexy flagę, umieszczają ją wszędzie tam, gdzie to tylko możliwe, żeby przypadkiem nie zapomnieć, jak wygląda. Bo jak na przykład ktoś po ciężko zakrapianym wieczorze nie będzie mógł sobie przypomnieć swojej dumy narodowej, to sięga po woreczek do chleba – i problem z głowy. P1110281 P1110280 Ewentualnie jak kac go nie opuści do obiadu, to może tęsknie zerkać na obieraczkę do ziemniaków i już mu lepiej. Każda krówka i pies bernardyn też ma zawieszoną na szyi bandankę z flagą, żeby się przypadkiem austriackie lub włoskie podróbki nie zagnieździły na alpejsko szwajcarskich halach. Flaga jest na pudełkach z czekoladą (nie, na tych fioletowych i pseudoświstakach nie ma), na znanych na całym świecie scyzorykach, na kociołkach do fondue, świecznikach, długopisach, koszulkach i innych wszystkich równie wymagających symbolach narodowych.Ticino (5) A teraz ciekawostka: Flaga szwajcarska chroniona jest jako znak zastrzeżony i nie może być używWP_20150313_002ana do celów komercyjnych. No to jak ukrzyżowali te wszystkie scyzoryki i czekoladki? Otóż oficjalna flaga ma ściśle określony kształt i proporcje: czerwony kwadrat i biały krzyż o równych ramionach. Szwajcaromania marketingowa oparta jest natomiast na zezie: to się krzyż upije i zachwieje, to kwadracik coś jakby nie do końca kwadracikowy…Szukajcie, a znajdziecie. Mimo, że udawane, krzyżowe logo jest takie fajne, że postanowił go użyć białoruski bank BelSwissBank, nie mający z Helwetami nic wspólnego. Jakoś im sie upiekło, bo zasada ochrony znaku działa tylko w Szwajcarii. Na koniec taki miły akcencik gościnności: wysoko w Alpach flagę zawiesza się również w górskich domkach letniskowych, jeżeli gospodarze właśnie w nim przebywają. To nieodzowny znak dla wszystkich sąsiadów, że można wpaść na kawę. Gorzej jak w niedzielne przedpołudnie wpadają do Ciebie na kawę wszyscy sąsiedzi przechadzający się akurat w pobliżu. Można dostać palpitacji serca od takiej ilości kaw. P1040409 Jakie to szczęście, że szwajcarska flaga jest czerwono-biała. W razie, gdyby na wakacjach w górach przebywała polska połówka, zawsze można pół krzyża wyprostować i łatwo przerobić na flagę biało-czerwoną. Ja też mogę być dumna 😉 *prawie, bo kwadratową flagę ma też Watykan. Ale to taki „prawie” kraj, w dodatku ma szwajcarską gwardię, więc się nie liczy.

Narodowy sport stołowy – Fondue

fondue seroweTak, tak, wy też kochacie fondue, chociaż może jeszcze o tym nie wiecie. Narodowy sport stołowy Szwajcarów, czyli ćwiczenie mięśni przedramienia podczas nieustannego sięgania do bulgocącego kociołka. Oprócz ruchów prostych góra-dół , dozwolone – a wręcz wskazane – są ruchy okrężne, co by kleistą mazię raz na jakiś czas w kociołku zamieszać. W wersji naturel (inaczej saute) wasz długi dwuząb* będzie nadziany miękką bagietką. W wersji exclusive – oprócz bagietki podawane są małe gotowane ziemniaczki po generalsku**. Fondue to nie jest PO PROSTU jedzenie gorącego sera. Jak wszystko w Szwajcarii – ma swoje niezbywalne zasady:
1) Po pierwsze primo – z widelca do kotła z serem nie można zgubić bagietki (ani żadnej rzeczy, która nią nie jest). Za zgubienie raz nadzianego już kawałka są kary. Jakie – ustala to towarzystwo naokołostolne przed rozpoczęciem kolacji. Zgubienie bagietki oznacza, że nie jesteśmy dość wprawnymi pożeraczami fondue a założenie jej na widelec było przypadkowe i niechlujne, nie poprzedzone wymaltretowaniem biednego kawałkach w palcach tak, żeby na widelcu opierała się skórka. Najbardziej pewny sposób – połowę kromki bagietki (nie całą!***) zegnij w pół i nadziewaj skórką, a nie „miękkim”.
2) Po drugie primo – na dnie kociołka zawsze trochę sera się przypala. Nie szorujemy widelcem po dnie, żeby nie odrywać przypalenizny i nie psuć tym smaku pozostałego jeszcze płynnego gluta.
3) Po trzecie primo – w pogotowiu należy mieć przygotowany pieprz. Jak gości jest więcej, to warto mieć nawet dwie pieprzniczki, bo w użyciu są cały czas. Można oczywiście bezceremonialnie pakować ser z bagietką prosto do ust, ale „po szwajcarsku” najpierw obtoczymy ten lejący się i spływający nam z widelca ser w zmielonym pieprzu na włanym (sic!) talerzu. Nie należy próbować korzystać z pieprzu na talerzu siedzącego akurat obok współfonduownika, bo na 100% ściekający ser spadnie akurat na obrus pomiędzy talerzami. Co oznacza prostą zasadę – zanim sięgniesz do kociołka po kolejną porcję sera – najpierw obficie posyp swój talerz pieprzem.WP_20150323_003
4) Po czwarte – fondue to danie zimowe. Nie należy się zadręczać kalorycznością tej potrawy, bo jakby nie licząć przekraczamy jedną kolacją tygodniowe dawki potrzebnej nam energii żywieniowej. Ale w zimie – jak wiadomo – jest ZIMNO. I dlatego można jeść fondue i się nie przejmować pozostałościami w biodrach i udach. Panuje też prosta logiczna zasada – ponieważ sery śmierdzą i zostawiają w domu specyficzny zapach przez kilka kolejnych godzin, fondue należy jest na zewnątrz (na balkonie, również restauracyjnym). A ponieważ w zimie na balkonie jest zimno, trzeba zjeść sycące fondue, żeby nie zmarznąć. Proste, prawda?
5) Dla zabicia wyrzutów sumienia zjadanymi kaloriami (ok, też dla podkreślenia smaku) w ramach przystawek podaje się piklowane ogóreczki lub marynowane cebulki. Ja usilnie próbuje wcisnąć swoją polskość i nachalnie serwuję też typowe polskie surówko-sałatki, przez co narażam się zazwyczaj na wyrzuty mojej szwajcarskiej połówki: nie rób tyle sałatki bo nikt nie będzie chciał potem jeść FONDUE. Odwieczna walka nabiału z warzywem. W Polsce sałatko- surówki cieszą się uznaniem na równi z serem, w Szwajcarii biedne warzywa stoją samotnie wciśnięte w róg stołu, skazane na bycie wyjadanym przeze mnie następnego dnia.
Dobre rady:
a) Najlepsza mieszanka serów do fondue to moitie-moitie: pół Vacherin, pół Gruyere. Żeby zaspokoić wyrafinowane gusta serowych smakoszy, moja wszystkowiedząca-o-serach połówka jedzie w tym celu na zakupy do jednego, wyspecjalizowanego sklepu we Fryburgu. Podejrzewam, że w Szwajcarii jest więcej sklepów z serami do fondue, ale ja słyszałam zawsze o tym jednym. (Dla przypomnienia o serach szwajcarskich).
b) dla lepszego smaku do kociołka wlewamy najpierw białe wino do odparowania, a potem mieszamy pozostałą ilość z serem
c) na sam koniec najważniejsze: po skończonej kolacji koniecznie trzeba wlać wodę do brudnego kociołka z resztkami przypalonego sera. Inaczej będzie to nasze pierwsze kilkugodzine szorowanie kociołka i ostatnie fondue w życiu.
Smacznego!
*wiedelec znaczy się
** w mundurkach, oczywiście galowych. W Szwajacarii każdy obywatel płci męskiej ma obowiązek odbycia służby wojskowej, z tego też powodu – jak sądzę – ziemniaki w mundurkach do fondue są dość popularne
*** jak zanurzysz całą kromkę w serze, to potem w całości musisz ją umieścić w otworze gębowym i będziesz udawać, że manewr z wylewającym się z buzi gorącym serem był zamierzony
Dla mocno poruszonych niniejszym tekstem załączam stronę serów Vacherin z Fryburga, skąd można sobie ściągnąć uroczą tapetę na ekran komputera z rodzajowym obrazkiem tematycznym, np taką krową.krowaTrzeba kliknąć tutaj
Ewentualnie wysłać takąż pocztówkę e-mailem znajomemu. To tutaj

Niepokorna dusza Albercika czyli co w Bernie atomowo w trawie piszczy

Co trzeba zrobić żeby dostać w Bernie własne muzeum z poddaszem i biletem wstępu za 18 franków? Dostać propozycję zostania prezydentem Izraela, zrobić sobie sweetfocie z Marią Curie- Skłodowską i pokazać język u Andy Wharhala. Trzeba mieć bujną czuprynę. Nie, to za mało. Trzeba znudzić się szkołą na tyle, żeby starać się o przyjęcie na Politechnikę bez zdanej matury i oblać egzaminy wstępne. O, to już coś. Potem można się przenieść do innej szkoły, gdzie nie są tak wymagający, dostać jednak papierek maturalny i zdać na studia na szóstkach. A potem kilka razy składać podanie o pracę nauczyciela akademickiego na kilku różnych uniwersytetach i być kilka razy z rzędu odrzuconym. Potem ewentualnie można zostać nauczycielem i prowadzić zajęcia dla 3 osób, bo więcej nikt nie jest zainteresowany.
WP_20150306_003Potem klepać biedę i wynajmować w Bernie jednopokojowe mieszkanko na drugim piętrze z bardzo krętymi schodami, na którym to mieszkanku można następnie zarabiać 6fr za obserwowanie jak nachalni turyści z trudem się wspinają, a potem spadają z tych schodków, chcąc zobaczyć jak ta nasza bieda się klepała.

Bern (27)

A potem to już wystarczy opublikować proste równanie matematyczne E=mc2 i dostać Nobla. To taki krótki przewodnik na życie przećwiczony w praktyce przez Alberta Einsteina. Jemu się udało, to nam nie? Polak potrafi. Założę się, że przynajmniej kilka faktów z życia Alberta będzie dla was zaskoczeniem, ale jak ktoś chce być wielki, to musi narozrabiać.
Fakt nr 1: Otóż niegrzeczny Albercik zbałamucił jedyną koleżankę ze studiów i – jak to się drzewiej mówiło – WP_20150306_001zbrzuchacił przed ślubem. Zakochana niedoszła fizyczka Mileva wróciła na rodzinne łono Serbii, gdzie urodziła potomka, ale niestety nie cieszyła się długo macierzyństwem. Einstein nigdy nie widział swojej pierworodnej córki, co nie przeszkodziło mu ożenić się z romansującą cudzoziemką już rok później i płodzić kolejne dzieci jak Bóg przykazał. Niedoszła fizyczka podzieliła los wielu ówczesnych szwajcarskich kobiet i została naukowcem od prania w balii i gotowania zupy selerowej. Najwyraźniej rola kury domowej i ganianie po Europie za Albercikiem, który ganiał za dobrą posadą przestała ją zadowalać, bo małżeństwo skończyło się rozwodem.
Niepocieszony Einstein szybko się pocieszył, z tym że nie mógł się zdecydować między jurną dwudziestolatką a jej matką. Ostatecznie wygrała wersja „im wino starsze, tym lepsze” i Albercik ożenił się po raz drugi, ze swoją kuzynką, Elsą.
Fakt nr 2: Albercik był z pochodzenia Żydem i chociaż bardzo do tego nie przywiązywał wagi, to nastroje społeczne w Europie lat dwudziestych dały mu się we znaki. Zrezygnował z obywatelstwa niemieckiego i przyjął szwajcarskie, a gdy do władzy doszedł Hitler, Einstein dumnie oświadczył, że jego noga na weimarskiej ziemi już nigdy nie stanie. Słowa dotrzymał, na bujających się nogach odpłynął do Ameryki, gdzie wiódł żywot starzejącego się emigranta. Przez ten czas aktywnie wspierał starania Żydów o założenie państwa Izrael, przez co złożono mu propozycję – jak się okazało, do odrzucenia- zostania prezydentem świeżego państwa. Może to i szkoda, że jej nie przyjął, być może jako szef doradziłby Goldzie Meir bardziej twarzową fryzurę, bo urodziwa to pani premier Izraela nie była.
Einstein Maria
Fakt nr 3: Albercik przyjaźnił się z Marysią. Spędzali razem wakacje z dziećmi i robili wspólne fotki na konferencjach naukowych. Marysia była oczywiście fajniejsza niż Albert, bo miała już dwa nazwiska (Curie – Skłodowska), dwa Noble i była jedyną kobietą w męskim naukowym światku. Na pewno nauczyła lepić Einsteina pierogi z polonu.
Time Einstein
Fakt nr 4: Einstein mógł być Snowdenem swoich czasów. Amerykanie bardziej niż bomby atomowej bali się, że coś wypapla i odsunęli go od prac nad nowym wynalazkiem. Co nie przeszkodziło ówczesnej prasie zlinczować go publicznie za odpalenie bomb w Hiroszimie i Nagasaki. Ironia losu, bo Albert akurat był zagorzałym pacyfistą i tym eksperymentom mocno się sprzeciwiał. No cóż, za sławę się płaci, a poczytny temacik zawsze znajdzie sobie kozła ofiarnego do obsmarowania w prasie.
monachium 2
Fakt nr 5. Ha!I tu was mam. Kto wiedział, że święto piwoszy, Oktoberfest w Monachium zawdzięczamy Einsteinowi? Nie Albercikowi, co prawda, tylko jego ojcu i wujowi, którzy przy pomocy założonej przez siebie spółki elektrycznej rozświetlili pierwszy lokalny bazarek dla birromanów, znany dziś pod wdzięczna nazwą Oktoberfest. Tak wiec panowie – w najbliższym październiku wznosimy piwny toast za seniorów Einsteinów.
Fakt nr 6: Nadejszła wiekopomna chwila i 18 kwietnia 2015 przypadła dokładnie 60 rocznica, gdy Albert udał się na łono Abrahama. Z tej okrągłej rocznicy (a my Polacy lubimy świętować okrągłe rocznice wielce smutnych wydarzeń) przedstawiłam krótki przewodnik, jak swoim życiorysem dać zarobić na turystach stolicy pewnego helweckiego państwa.
Dla leniwych link do Muzeum Einsteina w Bernie

Dziarski dziadek a la Suisse

dziarski dziadek
Dziarski dziadek w tunelu aerodynamicznym Flyspot. Zdjęcie pochodzi z profilu DD na facebooku.

Dziarskiego dziadka uwielbiam pasjami. Antoni Huczyński to taki człowiek, którego nie da się nie kochać. Po dziewięćdziesiątce jest w lepszej formie niż większość małolatów, napisał książkę „Mój sposób na długowieczność”, ma swój profil na facebooku, swój kanał na Youtube z nagranymi ćwiczeniami w Lesie Kabackim, jest gościem telewizyjnych śniadaniówek i ostatnio tematem artykułu w Men’s Health.No prawdziwy drwal*. A co najważniejsze – dziarski dziadek jest prawdziwym dziadkiem mojej koleżanki z liceum, Magdy! To prawie jakby był moim własnym dziadkiem, pokrewieństwo niezaprzeczalne. Z Magdą co prawda nie widzimy się za często od kiedy skonczyłyśmy liceum 19 lat temu, ale ostatnio spotkałyśmy się na rowerach w leśnym barze w Radości – geny robią swoje. Rower, las, ta sama dzielnica = MÓJ DZIARSKI DZIADEK.

P1030378
Szwajcarska Dziarska Babcia. Poznać można po szmince, bo tak to się nie róźni od przeciętnych dziarskich diadków

W Szwajcarii żadnego dziadka nie mam, ale mogłabym któregoś zaadoptować, bo wybór dziarskich dziadków i babć jest duży. Pierwszy raz wrażenie zrobiła na mnie trójka emerytów w obcisłych strojach kolarskich i na rowerach górskich na szczycie przełęczy Furka (2436mnpm).

Jak oni tam wjechali? Nasz samochód 4na4-turbo-doładowanie-bajer-na-bajerze ledwo dawał radę, mnie samo wchodzenie – ba! patrzenie jak inni wchodzą by zmęczyło.Ale w krainie zielonych Alp babcie zamieniają moherowe berety na kaski i podstępnie robią na drutach kompleksy dla trzydziestolatek z Polski.

Potem się okazało, że widziana przeze mnie trójca to nie był odosobniony przypadek. W Szwajcarii seniorzy na prawdę są w o wiele lepszej kondycji niż w Polsce. Uprawiają sport nie z okazji majówki czy dorocznego święta stoku narciarskiego, ale na codzień. Rowerki, spacerki, biegówki, narty. A u nas wiadomo – taki mamy klimat. ZUSy, kolejki do lekarzy, roczne oczekiwania na sanatorium wymieszone w sosie z 24h Matką Polką, kanapozą- telewizozą i ja-nie-mam-czasu-dbać-o-siebie ja-mam-dzieci/ja-muszę-zarabiać-na-chleb dają efekty. Mało się w Polsce widzi wysportowanych seniorów. Ale dziarski dziadek też tak mówił. I wziął się za siebie po 70-tce, więc ruszamy dupcie panie i panowie!

Ticino (18)
*drwal= w nowomowie z roku 2014r to przeciwieństwo mężczyzny metroseksulnego.
Dla tych, co właśnie pokochali polskiego Dziarskiego Dziadka: www.dziarskidziadek.pl
I jeszcze: Dziarski Dziadek na Facebooku

Sechselauten czyli Love Parade w Zurychu

P1020334
Kolory tęczy, to się zgadzało

Kwiecień w Szwajcarii jest fajny. Zawsze można usłyszeć od swojej szwajcarskiej połówki wielce mówiące:
Jak będziemy w Zurychu, to pójdziemy na Zekselojte.
A co to takiego?
-No, taka parada na ulicach. Zobaczysz.
Z resztek znajomości językowej niemieckiego z liceum wyłapałam Leute, znaczy się ludzie. Sexy leute, czyli sexy ludzie. Wow! Ale super. Z okazji Wielkanocy jest parada miłości! W Zurychu! Yes, yes, yes, Szwajcarzy wiedzą jak się bawić, mają paradę miłości jak w Berlinie! Ale fajnie, nawet w Warszawie jest nudno, bo więcej osób przychodzi na paradę żeby przeciwko niej protestować, niż żeby coś tam sobie manifestować przy techno.
P1020321W końcu za czwartym razem, jak pytałam się, kiedy będzie ta parada miłości, moja wielojęzyczna szwajcarska połówka załapała: To nie jest sexyleute, tylko SECHSELAUTEN. Czyli co? No, taka parada na ulicach.
P1020302Parada się zgadzała. Reszta – hmm… no tak nie do końca. Chociaż stroje były dość seksowne, takie frywolne piórka przy kapeluszach. Pewnie dlatego, że w kwietniu jest jednak dość chłodno, uczestnicy założyli seksowne ciuszki z czasów średniowiecza. Może w przyszłym roku będzie więcej lateksu i skóry. Muzyka też jest i to o wiele lepsza niż w Berlinie, bo grana na żywo. Platformy na wozach też są, konfetti i cukierki też (rzucane co prawda przez dzieci, więc niezupełnie w standarcie parady miłości), poza tym seksowni piekarze rozdający ciepłe bułeczki i ogrodnicy częstujacy grzesznymi jabłkami. Berlin na pewno tego nie ma.P1020299
Co więcej, okazało się, że to wcale nie Niemcy wymyślili seksowne parady, bo Szwajcarzy mieli swoją już od czasów średniowiecza. W dodatku organizowaną z okazji… wprowadzenia uregulowanych godzin pracy w miesiącach letnich. No rzeczywiście powód do świętowania. P1020326
Nie wiem, czy w Berlinie kogoś się topi z okazji parady miłości. U nas topi się marzannę, żeby przegonić zimę, za to w Zurychu podpalają bałwana. Ponieważ z reguły bałwany kiepsko się palą, to tego sechsowego najpierw karmią materiałami wybuchowymi, a potem podpalają na głównym placu i wszyscy niecierpliwie czekają aż mu biedna łepetyna eksploduje. Czym szybciej, tym ładniejsze lato. Widać długoterminowe prognozy pogody wszędzie się nie sprawdzają i lepiej pozostać przy tradycyjnych metodach planowania wakacji.
P1020291
Jakby ktoś z was bardzo chciał przywdziać w tym roku seksowny strój cechu rzemieślniczego i podmuchać trochę w trąbę, to … nie ma szans. Się okopali Zurychowiacy w tradycji i do udziału w paradzie nie dopuszczają żadnych słoików. Trzeba być prawdziwym mieszkańcem z dziada pradziada, a nie fałszywym przyjezdnym. Wszędzie na świecie los słoików taki sam.
P1020312P1020293

Hajda na koń i stępem smacznego marsz!

Marszałek Piłsudski a swojej Kasztance
Marszałek Piłsudski a swojej Kasztance

Pierwsza próba była nieudana. Polscy przyjaciele po usłyszeniu pytania, czy chcą spróbować suszonej koniny, którą moja przystojniejsza połówka właśnie przywiozła ze Szwajcarii zrobili niewyraźne miny i przecząco pokiwali głowami. Konina?!? Mięso z konia?!? W Polsce, gdzie koń oprócz psa to najbliższy przyjaciel człowieka, gdzie tradycja husarska, przybyli ułani pod okienko i Kasztanka marszałka Piłsudskiego? Nie, nie – w Polsce to świętokradztwo, jedzeniowy grzech śmiertelny. W Polsce NIE JADA SIĘ KONI.
Druga próba była podstępem – Mamy suszoną wędlinę prosto ze Szwajcarii. Taka mięciutka, czerwona jak wołowina, bardzo smaczna. Chcecie spróbować? Czyste mięsko, bez żadnych dodatków i konserwantów, tylko otoczone w soli i przyprawach i tak sobie samo uschło. Kupione prosto w sklepie od rzeźnika, własnoręcznie je robił. Więc się skusili. I nawet im smakowało, tak jak wszystkim, którzy próbują jej po raz pierwszy w błogiej niewiedzy, co właśnie wzięli do ust. Bo konina to bardzo smaczne mięso. W Polsce z jednej strony niedoceniana (konina to najgorszy rodzaj mięsa, jedzona przez barbarzyńskich Tatarów* albo w czasie wojny w stanie skrajnego głodu), a z drugiej – opatrzona brutalnymi obrazkami niehumanitarnego transportu żywych koni na ubój.
carne seccaW Szwajcarii koninę się jada – głównie w południowym Tesynie, zapewne przez bliskość z Włochami, gdzie konina jest równie popularna. W centralnej części już o nią znacznie trudniej. Ja też byłam początkowo sceptycznie do niej nastawiona, ale ponieważ zjadłam w Kambodży ugotowane pisklę kurczaka w skorupce, to nic mi już nie straszne – i od razu ją polubiłam. Wiem, wiem, konie są piękne i służą do jeżdżenia – sama na nich jeżdziłam do czasu jak nie spadłam i koń mi zmiażdżył kilka palców prawej ręki – i wcale nie dlatego przeszłam na drugą stronę mocy. Końskie mięso jest po prostu bardzo zdrowe, stosunkowo chude (w końcu koni się nie tuczy) i po prostu smaczne. I nawet nasz znajomy, który prowadzi stadninę koni, uwielbia koninę i nie traktuje kolacji z wędliną jako zjedzenia swojego najlepszego przyjaciela. To tak, jak jedzenie królika. Można się z nim bawić w domu, a można go zjeść na obiad.
Hmm, zapomniałam, że w Polsce króliczków też się zbytnio nie jada. Hmm….
Pspippo: Koninę i inne wędliny kupujemy w Macelleria da Pippo w Claro, w kantonie Tesyn (Ticino). W wolnym tłumaczeniu oznacza to „Rzeźnia u Pippo” i jak sama nazwa sugeruje, jest eleganckim sklepem mięsnym z wyrobami własnej produkcji. Pippo to profesjonalista, obsługujący klientów niemalże w garniturze i zawsze z uśmiechem (z okazji Świąt Bożego Narodzenia jego żona serwowała gościom w sklepie kawę i ciasteczka). Ma też swoją stronę na facebooku i logo z uśmiechiętą świnką.
* nie wiem, na ile historia z barbrzyńskimi Tatarami jedzącymi koninę jest prawdziwa, ale mój tata zawsze mi opowiadał, że Tatarzy pod siodło wkładali kawał mięsa końskiego, które w czasie długich wędrówek „naturalnie” się konserwowało. Jak byli głodni to podnosili strzemię, obcinali kawał mięcha i jedli nie zsiadając nawet na ziemię. I stąd się wzięło jedzenie tatara jako surowego mięsa.
Dla tych co jednak czterokopytne na ziemi, nie na talerzu: Przybyli ułani pod okienko

carne 2

Parles-tu svizzero dütsch?

Odkrywając Szwajcarię odkryłam zaskakującą nieścisłość w Starym Testamencie. Od tysięcy lat karmiono nas kłamstwem, które to ja właśnie wydobyłam na światło dzienne i należy mi się za to co najmniej Nobel. Otóż bibilija wieża Babel wcale nie została zburzona. Bóg przeniósł ją po prostu do Szwajcarii.
P1020375
W wolnym tłumaczeniu dzisiejsza lekcja brzmi: Czy mówisz po szwajcarsku? I tu pada odwieczne zdanie warunkujące zmienność pogody, rozstrój mentalny i różnorodność Szwajcarii: TO ZALEŻY. To zależy, w jakim kantonie. To naiwne pytanie cudzoziemców nie znających lingwistycznych realiów szwajcarskich nie jest wcale pozbawione sensu, większość osób zakłada po prostu że mówi się językiem najbardziej zbliżonym do nazwy własnej kraju (to de facto powinno się mówić helweckim, nie szwajcarskim). Polska – polski, Niemcy – niemiecki, Włochy- włoski, Australia – kiwi itd. W Szwajcarii życie jest proste i z tej prostej zasady wywodzą się cztery oficalne języki. Angielski, niemiecki i..? Pudło. W środkowej części mówi się niemieckim schwitzer dütsch, na zachodzie – francuskim frenchi, a na południu – włoskim ticinese. Skąd wiadomo, która część jest którą częścią? Środkowa część z pseudoniemieckim to ta bliżej Niemiec, zachodnia część z francuskim – bliżej Francji, a południowa, włoska część to ta bliżej Włoch. To akurat jest proste. Granice między językami najłatwiej znaleźć bawiąc się samochodową ciuciubakę. Wjeżdżasz do tunelu a tu hop – po drugiej stronie są już znaki drogowe w innym języku.
Fribourg (11)Jeżeli ktoś myśli, że zna niemiecki, więc się bez problemu dogada w części środkowej to błąd. Duuuży błąd. Sama nazwa schwitzer dütsch pozostawia nas bez złudzeń, że do schweizer deutsch tylko się z politowaniem uśmiecha. Jako szczęśliwa nieposiadaczka wiedzy biegłej w niemieckim nie umiem wprost określić, jaka jest różnica między niemieckim z Niemiec a niemieckim ze Szwajcarii, ale zakładam, że zasada jest taka sama, jak z Irlandią. Jak ktoś mówi po angielsku, a ty go nie rozumiesz, to znaczy, że jest z Irlandii.
Szwajcarski francuski jest już bardziej zbliżony do oryginału, chociaż ja mam wrażenie, że bardziej twardy i mówiony z otwartymi ustami. To się nie bierze znikąd, w końcu w Genewie swoje siedziby mają 22 organizacje międzynarodowe i ponad 250 pozarządowych, więc muszą mówić transparentnie, a nie przez zaciśnięte wargi, jak Francuzi.
Tesyn jest odcięty od reszty zegarkowego świata przez pasmo Alp, więc postanowił się trochę obrazić i mówić po włosku. W sumie najgorzej na tym nie wyszedł, przynajmniej łatwo stąd skoczyć do Mediolanu na kawę i wszystko rozumieć. Czy włoski ticinese różni się od włoskiego italiano? Zakładam że tak, bo za każdym razem kiedy z moją lingwistyczną szwajcarską połówką jedziemy na wycieczkę „za granicę”, jest komplementowany przez kelnerów i kelnerki, jak świetnie mówi po włosku. Czyli jednak wiedzą, że obcy. Co nie przeszkadza mu z niewinnym uśmiechem mówić za każdym razem „dziękuje”. Cierpliwie czekam na dzień, aż się przyzna że włoski to jego język rodzimy. Ja w każdym razie z wyuczonym w Polsce* italiano rozumiem ticinese.

P10807081,2,3,4. Miało być cztery.
Czwarty język to retoromański rumansch. Najprościej rzecz ujmując to mieszanka włosko-niemiecka, z którą musiały się gryźć średniowieczne księżniczki Grizonii hen, hen, za górami, za lasami, gdzieś wysoko na górskim pograniczu szwajcarsko-włoskim. Odcięte od świata księżniczki plotkowały na tyle często, że 90 lat uznano retroromański za czwarty język narodowy.
I teraz pytanie najważniejsze: Jak ci wszyscy ludzie się ze sobą porozumiewają? Z moich obserwacji wynika, że większość Szwajcarów mówi w miarę płynnie przynajmniej dwoma językami. A jakimi, TO ZALEŻY od kantonu, bo każdy kanton ustala własny zakres szkolnictwa. W Tesynie tym drugim jest francuski. Frenchi uczą się raczej niemieckiego. A niemiecka większość? Zostaje im chyba angielski, żeby być choć trochę oryginalnym. Powinni się w sumie uczyć włoskiego zgodnie z ruchem wskazówek zegara, ale wybrali kapitalizm. W każdym razie w Zurychu angielski jest na porządku dziennym.

P1080762
Polska Ja i moja szwajcarska lingwistyczna połówka stanęliśmy pewnego dnia przed dylematem: w jakim języku zwracać się do dziecka? To, że będzie dwujęzyczny nie pozostawia złudzeń. Polska mamusia będzie opowiadać bajki po polsku (bo innych nie zna), zresztą na codzień rozmawiamy prawie wyłącznie po polsku. Polski – done. 1-0. Tylko co z tym szwajcarskim? Wyszło na to, że szwajcarski tatuś będzie musiał mówić po włosku. Bo wakacje u babci i dziadka w Ticino i jakby to wyglądało, gdyby potomek nie znał włoskiego? Tyle że pewnego pięknego dnia nadejdzie ten moment, kiedy dwujęzyczny obywatel pójdzie do żłobka lub przedszkola. Niemieckojęzycznego, bo mieszkamy w części germanolinguo. Wszyscy mi powtarzają, żebym się nie martwiła, bo dzieci szybko łapią języki i w grupie się łatwo nauczy trzeciego. Ja się nie martwię o niego, mały mądrala da sobie radę, w końcu z takimi genami. Ja się martwię o siebie! Przeraża mnie myśl, że pewnego dnia na pytanie: Jak było w przedszkolu usłyszę: GutIhabeeinemrotemdinosaurierzumlunchgegessenundMatthiashateinekakainblumentopfgemacht**.
A to oznacza, że czas na naukę niemieckiego.
*z serdecznymi pozdrowieniami dla mojej drużyny pierścienia ze szkoły włoskiego Universitalis w Warszawie
**Nie mogę gwarantować, że trzylatek opowie mi płynnie po niemiecku o zjedzeniu czerwonego dinozaura i kupie Matthiasa w doniczce, więc zakładam, że tym zdaniu zrobił jakieś byki językowe.

To, co Szwajcarzy lubią najbardziej, czyli śmierdząco na stole

WEngen Szwajcaria

Za co kocham szwajcarskie śmierdziuchy? Po pierwsze oczywiście za to, że śmierdzą. Po drugie i najważniejsze – za skład. Totalny analfabeta i beztalencie językowe jest w stanie zrozumieć w jakimkolwiek języku skład typowego szwajcarskiego sera. A więc: ta dam! Mleko. I potem już nic. Po słowie mleko jest kropka, co oznacza, że do szwajcarskich serów nie są dodawane tak dźwięcznie brzmiące i znane nam składniki jak konserwanty, barwnik (annato – nie wiem, co to, ale jest w prawie każdym polskim serze), stabilizatory (chlorki i inne takie chlorkopodobne), podpuszczka (to akurat zawsze mi się wydawało naturalne i na miejscu), utwardzacze i wzmacniacze smaku (ach, czymże by była nasza młodość bez glutaminianu sodu). To oczywiście skład podstawowy, bo jakakolwiek wariacja na temat smaku sera pociąga za sobą wariactwo składu.
Szwajcarskie sery też są oczywiście urozmaicone. Jest na przykład mleko pasteryzowane, mleko niepasteryzowane (nie dla kobiet w ciąży), mleko termizowane a czasem nawet sól, pieprz i zioła! Czy to oznacza, że każdy ser szwajcarski smakuje tak samo? Ależ skąd, każdy smakuje inaczej, ma swój charakterystyczny, tradycyjny smak od stuleci i prawdziwy serokoneser pozna swój ulubiony kawałek śmierdziucha po niuchu właśnie – ewentualnie po kęsie. Nie jestem jeszcze seroznawcą, ale mam już swoje ulubione (mój gust serowy kształtuje moja szwajcarska pachnąca połowa, bo kupuje zazwyczaj to, co sam lubi). Najważniejsze są Gruyere i Vacherin, algruyeree ja osobiście jestem fanką serów z mleka koziego. To jakby ptasie mleczko wśród serów. Biały, delikatny, lekko rozpuszczający się w buzi. Tylko czekoladą szwajcarską nie jest polany. Szkoda ;(

 Skąd się bierze to, że w Polsce jedzenie jest „zepsute” chemikaliami, a w Szwajcarii nie? Tak bardzo do tego przywykliśmy, że chyba już mało kto pamięta smak prawdziwych produktów naturalnych. Moim zdaniem dużą winę ponosi za to Unia Europejska – przed wstąpieniem do niej Polska miała o wiele bardziej restrykcyjne przepisy żywieniowe, niż obecnie. Wszechobecna biurokracja i wyznaczanie norm dla każdego produktu spowodowało w rzeczywistości ich obniżenie, bo normy dotyczą poszczególnej jednej rzeczy, a nie wszystkiego, co spożywamy w ciągu całego dnia. Nie bez winy są tu oczywiście sami polscy producenci – w końcu Francuzi, Włosi czy Niemcy też są w Unii, a nikt im nie każe chcrzcić prosciutto crudo wodą czy podmalowywać sery żółtą farbką.
Jak na razie jedyną na to radą jesvacherinmontdort czytanie etykietek. Zasada prosta – jak mówi moja guru od jedzenia i od wszystkiego, Kasia Bosacka – im krócej, tym lepiej. Inna metoda – odwiedzać swoją znajomą blogerkę w Szwajcarii. Opcja może trochę droższa niż zakup 300gr sera edamskiego w Carrefourze, ale walory organoleptyczne, to znaczy*: gustowanie „Ależ ten ser ma smak”, gadanie „No w końcu się widzimy!”, słuchanie „Co tam u Ciebie kochana nowego w tej Szwajcarii?„,  przytulanie „Ale schudłaś!”- nie do opisania.

* odpowiednie wybrać stosownie do okoliczności. Wersja z przytulaniem obowiązkowa

Romantyczny Święty Maurycy na nartach

Szwajcarzy to podobno jeden z najbardziej szczęśliwych narodów świata. Recepta jest prosta, nie oczekują za wiele, zadowalając się tym, co mają na swoim średnioluksusowym poziomie. Nie żądaj zbyt wiele, to się za mocno nie rozczarujesz – i już jesteś zadowolony. Pewnie dlatego w rankingu 12 najbardziej romantycznych miasteczek Europy, które przygotowała poczytna travellerka i autorka bloga World of Wanderlust, Brooke Savard, szwajcarskie St Moritz zajęło siódme miejsce.

P1110359(1)
Ten piękny plakacik dostałam dzięki uprzejmości Ambasady Szwajcarii i Swiss Tourism. Fajny taki.

Nie za wysoko, nie za nisko – tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Brooke nie chciała za bardzo dopieszczać Szwajcarów, żeby im się od tego szczęścia nie zrobiło gorzej. Co ważne odnotowania, w rankingu znalazły się aż dwa miasta z Polski. Na piątej, zgodnie z nomenklaturą sprawozdawców sportowych – „dobrej, wysokiej pozycji” – znalazł się Wrocław, a już, już witał się z gąską na 11 miejscu Gdańsk. Nie wiem co prawda, czy Wrocław i Gdańsk zasługują ze swoją manią wielkości na przydomek „miasteczko” (w końcu mają stadiony piłkarskie wybudowane na Euro2012, a St. Moritz nie ma) ale ważne, że usłyszał o nas świat. Cieszmy się, bądźmy jak Szwajcarzy.
St. Moritz to obok Davos najbardziej znany w Polsce kurort narciarski, uroczy, kochany i w ogóle tak bardzo ach, że każe sobie za tę miłość słono płacić. Nie oczekujmy przetrwania tygodnia na puszkach z konserwą tyrolską i że jakoś to będzie, to kurorcik z klasą (i kasą) na najwyższym poziomie.
Choć Polacy nie gęsi i swoje góry mają, to na nartach jeżdżą generalnie trzy grupy: A) ci z gór, bo mają gdzie; B) ci z Krakowa, bo do gór mają niedaleko; C) ci z Warszawy, bo w Warszawie jest się snobem i wypada jeździć na nartach, na koniach, ewentualnie grać w tennisa. Ok, czasami zdarza się jakiś kamikadze na samobójczej trasie z Gdańska do Zakopanego. To już nie narciarz, to maniak (bliżej do gór miałby chyba wpław przez Bałtyk do Szwecji).
Moja na wszystkim jeżdżąca szwajcarska połówka wybrała na nasze pierwsze wspólne narciarskie wakacje przeurocze St. Moritz, trochę się pewnie obawiając, czy mój warszawski snobizm jest wystarczający na stoki ĄĘ. Bez obaw – starczyło. Tras narciarskich jest tyle, że jeździliśmy odtąd dotąd:
215714_10151319004956465_1319858250_na ponieważ było to jeszcze przed oficjalnym otwarciem sezonu, to połowa stoków i tak pozostawała w głębokim niebycie niezratrakowanego śniegu. Dzienny karnet za ok. 75 Fr trzeba przełknąć, ale warto – bez cienia zawiści mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że to najlepsze miejsce, w jakim cim była w narciarskim życiu.
Wypada, żebym napisała, że samo St. Moritz też jest w przeurocze i przekochane, obsypane śniegiem i migoczącymi światełkami, ale to banał – WIADOMO, że jest fajne. To w końcu St. Moritz.

23716_10151319006786465_1824925053_n
Co jeszcze można robić przed/po/zamiast nart? Nie udało nam się przywieźć do domu posiniaczonych pośladków, bo tor saneczkowy był jeszcze zamknięty (w końcu było przed sezonem), a podobno warto. Za to udało nam się je ugotować w gorących termach z widokiem na Alpy, a potem zwiedzić jeszcze lokalne muzeum z wszystkim tradycyjnym, co lokalnym napaleńcom udało się zebrać z okolicy z dawnych czasów. Urocze. W końcu to St. Moritz.

Gdybym była Brooke Savard i pisała popularnego bloga o zwiedzaniu świata (skubana była już w prawie 50 państwach), to bym się rozpisała o urokach (w końcu to St. Moritz) pięćdziesięcio gwiazdkowego hotelu Kempinski czy Carlton. Przełknę to, że mnie nie zaprosili na darmowy pobyt, bo znaleźliśmy o wiele lepszą alternatywę. W Szwajcarii prawie każdy ma znajomego, albo kogoś z rodziny, który ma znajomego, albo przyjaciela, który zna kogoś z rodziny, co ma znajomego który w jednym z uroczych, narciarskich miasteczek ma mieszkanie na wynajem. Tylko trzeba tego znajomego znaleźć i już można całkiem rozsądnie się bratać na apre-ski ze Świętym Maurycym. 47699_10151308437066465_377143954_n

Dla niedowiarków jak pięknie i uroczo jest w St.Moritz – proszę bardzo kamerka na żywo

Moje randki z Frankiem S.

Wszystko miało być tak pięknie. Stopniowo zbliżaliśmy się z Frankiem S. coraz bardziej do siebie i chociaż wciąż pozostawałam nieco nieufna do jego sztywnych, szwajcarskich zasad i nudnej stabilizacji, to jednak podjęłam decyzję, że na najbliższy czas zwiążemy się ze sobą na stałe. Ja i Frank, moja polska pensja i szwajcarskie wydatki.
franki 2I nagle, kiedy wydawało mi się, że nasze wspólne życie jest już zaplanowane, w zimowy styczniowy poranek Frank postanowił mnie zdradzić. I to nie z byle kim. Ta niewdzięcznica, Banque Nationale Suisse* postanowiła go uwolnić, rujnując życie nie tylko kilkuset tysiącom frankijskich kredytobiorców w Polsce i Europie. W ciągu kilku godzin stabilny frank za 3,5 zeta skoczył do ponad 4,5 zł., a moja ciężko zarobiona polska pensja, która przez następne miesiące miała być pieczołowicie wydawana w Szwajcarii, nagle straciła na wartości prawie jedną trzecią.
I wszyscy zaczęli zadawać sobie pytanie: Dlaczego? Warum? Perche? Pourquoi? Dlaczego Franku nam (mi!!!) to zrobiłeś? Komu zależało na tym, żeby nie utrzymywać dalej sztywnego kursu Franka do Euro? Giełda w Szwajcarii szalała na spadkach, wartość rodzimego eksportu spadła o kilka miliardów, a Szwajcarzy byli równie zaskoczeni decyzją swojego (przepraszam, swojej ) „La Banque” co reszta świata.
Odpowiedzi udzieliła mi niezawodnie moja lepsza, szwajcarska połówka – po prostu Szwajcarii znudziło się dopłacać wiecznie do kursu Franka. La Banque uznała, że rynek da sobie radę sam i nie musi już go więcej utrzymywać ze swoich funduszy. Niewdzięczna kochanka.
Po tej decyzji moja relacja z Frankiem przestała być już taka intymna. Zachowanie Franka było na bieżąco komentowane w prasie i telewizji, a ja słyszałam stłumione pokątnie głosy: Aaa… to ona ma SZWAJCARSKIEGO chłopaka.
Nawet w pracy, na widok mojej dynamicznie powiększającej się sytuacji osobisto-rodzinnej usłyszałam na zebraniu – a jakże – finansowym : Wiesz, stosownie do okoliczności, to powinnaś nazwać syna FRANK.
I kto teraz powie, że Szwajcaria jest nudna?
* Narodowy Bank Szwajcarii czy też Schweizerische Nationalbank nie brzmi odpowiednio dramatycznie w tej historii zdrady. Za przykrą niespodziankę mogę ewentualnie winić Banca Nazionale Svizzera (bo to też „ona”, a nie „on”), ale kto by tam ufał bankowi pisanemu po włosku.
Ps: Szwajcarzy to jednak jajcarzy. Po tym, jak emocje trochę opadły, reklamują tanie wakacje w Europie dzięki „obniżce Euro”. Ha ha, no bardzo śmieszne.
WP_20150305_001
[blog_subscription_form]

Moje randki z Frankiem Szwajcarskim

O co chodzi z tym Frankiem Szwajcarskim i kryzysem finansowym?

Wszystko miało być tak pięknie.

Stopniowo zbliżaliśmy się z Frankiem Szwajcarskim coraz bardziej do siebie. Chociaż wciąż pozostawałam nieco nieufna do jego sztywnych, szwajcarskich zasad i nudnej stabilizacji. Podjęłam jednak decyzję, że na najbliższy czas zwiążemy się ze sobą na stałe.

Ja i Frank, moja polska pensja i szwajcarskie wydatki.

Kto wywołał kryzys finansowy w Szwajcarii?

franki 2I nagle, kiedy wydawało mi się, że nasze wspólne życie jest już zaplanowane, w zimowy styczniowy poranek Frank postanowił mnie zdradzić.

I to nie z byle kim. Ta niewdzięcznica, Banque Nationale Suisse* postanowiła go uwolnić, rujnując życie nie tylko kilkuset tysiącom frankijskich kredytobiorców w Polsce i Europie.

W ciągu kilku godzin stabilny frank za 3,5 zeta skoczył do ponad 4,5 zł. Moja ciężko zarobiona polska pensja, która przez następne miesiące miała być pieczołowicie wydawana w Szwajcarii, nagle straciła na wartości prawie jedną trzecią.

I wszyscy zaczęli zadawać sobie pytanie: Dlaczego? Warum? Perche? Pourquoi?  Dlaczego Franku nam (mi!!!) to zrobiłeś?

Komu zależało na tym, żeby nie utrzymywać dalej sztywnego kursu Franka do Euro?

Giełda w Szwajcarii szalała na spadkach. Wartość rodzimego eksportu spadła o kilka miliardów. Szwajcarzy byli równie zaskoczeni decyzją swojego (przepraszam, swojej ) „La Banque” co reszta świata.

Dlaczego Frank Szwajcarski zdradził Euro?

Odpowiedzi udzieliła mi niezawodnie moja lepsza, szwajcarska połówka. Po prostu Szwajcarii znudziło się dopłacać wiecznie do kursu Franka. La Banque uznała, że rynek da sobie radę sam i nie musi już go więcej utrzymywać ze swoich funduszy. Niewdzięczna kochanka.

Co można zrobić w takiej sytuacji? Można założyć blog o Szwajcarii!

Po tej decyzji moja relacja z Frankiem przestała być już taka intymna. Zachowanie Franka było na bieżąco komentowane w prasie i telewizji. Ja za to  słyszałam stłumione pokątnie głosy: Aaa… to ona ma SZWAJCARSKIEGO chłopaka.

Nawet w pracy, na widok mojej dynamicznie powiększającej się sytuacji osobisto-rodzinnej usłyszałam na zebraniu – a jakże – finansowym : Wiesz, stosownie do okoliczności, to powinnaś nazwać syna FRANK.

I kto teraz powie, że Szwajcaria jest nudna?

* Narodowy Bank Szwajcarii czy też Schweizerische Nationalbank nie brzmi odpowiednio dramatycznie w tej historii zdrady. Za przykrą niespodziankę mogę ewentualnie winić Banca Nazionale Svizzera (bo to też „ona”, a nie „on”), ale kto by tam ufał bankowi pisanemu po włosku.

Ps: Szwajcarzy to jednak jajcarzy. Po tym, jak emocje trochę opadły, reklamują tanie wakacje w Europie dzięki „obniżce Euro”. Ha ha, no bardzo śmieszne.
WP_20150305_001