Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…

Ktoś, kto jak ja pamięta czasy przedlodowcowe, kiedy w Polsce służba w wojsku była obowiązkowa dla panów i zakazana dla pań, rozumie, co oznacza słowo FALA. Nie wiem właściwie, skąd się wzięło, ale oznaczało mniej więcej falę głów młodych szeregowych, czołgających się między butami swoich przełożonych. Czasami była to fala szczoteczek do zębów, używanych do czyszczenia kibelków. Istniała również fala 30-kilogramowych plecaków, noszonych z wdziękiem podczas trzygodzinnego biegu na mrozie. Obowiązkowo o 3 nad ranem. Były też pewnie i inne, mniej lub bardziej wyszukane fale, wszystkie miały jeden punkt wspólny – zasadniczo ich celem było pokazać młodym żołnierzom, że ich służba niewiele się różni od średniowiecznych tortur. Jak można się łatwo domyślać, wojsko polskie to jedno z najprzyjemniejszych wspomnień naszych ojców i wujków, od którego każdy próbował się wymigać, jak tylko mógł.
Od kiedy służba jest zawodowa, fanu już nie ma. Nie dość, że prześladowanie w wojsku i dyskryminacja zakazana, to jeszcze za męskie zabawy płacą pensje. W Szwajcarii to zupełnie co innego. Dyscyplina, tortury i szwajcarski porządek mają się jak najlepiej. Oto kilka zasad panujących w helweckiej armii. Nie pytajcie, skąd wiem: Czytaj dalej Godzina piąta, minut trzydzieści, kiedy pobudka zagrała…

Czy język może być uparty jak osioł? Dlaczego nie mogę się nauczyć niemieckiego?

jak się nauczyć łatwo niemieckiego

Co jest nie tak z tym językiem? Dlaczego nie mogę się nauczyć niemieckiego?

 

Za każdym razem, jak jestem w Polsce na wakacjach, to słyszę to samo zdanie:

Ty to już pewnie w tej Szwajcarii zostaniesz, co? Niemiecki znasz, pracę sobie dobrą znajdziesz, to po co masz do Polski wracać?

No i właśnie tutaj jest taki mały niuansik.

Bo ja wcale niemieckiego nie znam.

Więc o szukaniu pracy na lokalnym rynku nawet nie mam co myśleć.

Wiem, że zaraz znajdą się ekspaci, co powiedzą, że w korporacjach niemiecki nie jest konieczny i można dać sobie radę z angielskim, tylko że moje małe i kochane Berno tak trochę mało korporacyjne jest.

Dla tych, co nie w temacie – ekspaci to białe kołnierzyki przeniesione z ziemi nad Wisłą do ziemi pod Alpami.

Zazwyczaj na dobrze płatne kontrakty, werbowani u siebie w kraju, więc nikt od nich niemieckiego na dzień dobry nie wymaga.

To tak w skrócie rzecz ujmując – to nie ja.

Ja – to już mieszkam w Szwajcarii od dwóch i pół roku i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że po takim czasie powinnam już się z lokalsami dogadywać.

Więc uczę się tego niemieckiego i uczę i nie mogę się go nauczyć. W celu uniknięcia tak zwanych wielce pomocnych i dołujących rad w komentarzach od razu zaznaczę, co zazwyczaj jest zapisane małym drukiem na końcu strony: Czytaj dalej Czy język może być uparty jak osioł? Dlaczego nie mogę się nauczyć niemieckiego?

Randki z Frankiem Szwajcarskim zaczynają karierę aktorską!


Trochę sezon ogórkowy, a trochę za gorąco na balkonie, żeby się wymądrzać na BARDZO WAŻNE TEMATY, tak więc ten tego – Panie i Panowie – debiut aktorski za nami! Kto jeszcze nie zakochał się w blogu Randki z Frankiem Szwajcarskim, po obejrzeniu tego krótkiego filmiku nie będzie już mógł się oprzeć.
Miłego oglądania!

To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

wychowywanie dzieci w Szwajcarii

Jak wygląda wychowywanie dzieci w Szwajcarii?

Pomożecie? Pomożemy

Tak zapewne kiedyś jakiś szwajcarski Gierek zapytał się lokalnych kobiet, a one z uprzejmym uśmiechem na twarzy kiwnęły głową na znak zgody i wzięły się do roboty.

I to nie byle jakiej, bo do rodzenia dzieci.

W razie, gdyby swojskich matek zabrakło do podnoszenia narodowego dobrobytu, do roboty wzięły się też liczne zastępy matek z importu.

W Szwajcarii – w przeciwieństwie do wielu wysokorozwiniętych państw – dzieci rodzi się niemało.

Pytanie tylko – czy to się opłaca? Czy warto się zaopatrzyć w liczną osobistą polisę do podawania szklanki wody na starość? Czym grozi posiadanie dzieci w Szwajcarii – wady i zalety wychowywania przychówku w kraju pod Alpami. Czytaj dalej To jak panie kierowniku, robić? Robić, robić, panowie- ale dzieci!

O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Taka sytuacja: Wściekła na cały świat rzucasz wszystkimi możliwymi talerzami o podłogę, przeklinając, że masz ich w szafce tak mało, bo frustracja nie ustępuje. Potem idą na ścięcie kubki, półmiski, wiszące na ścianie pamiątkowe talerze z egzotycznych podróży, patera po cioci Basi i kamionkowy dzban na ogórki kiszone.
Ufff. Już? To zostaje tylko problem, co z tym całym bajzlem teraz zrobić. Czytaj dalej O psie, co wkroczył na wyżyny sztuki

Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

Pamiętacie, jak się zachwycałam Szwajcarskim tyglem językowym i tym, jak ten kraj świetnie funkcjonuje z czterema językami narodowymi? No więc, trochę tu pomieszkałam i mogę teraz dodać łyżkę dziegciu. Żrą się. Z klasą, z dystansem (jak to Szwajcarzy), z pełną demokracją – ale się żrą. Bo się nie mogą dogadać, jak się mają dogadywać.
A sprawa wygląda tak: Otóż niby te cztery języki funkcjonują w równym stopniu, ale jednak są równi i równiejsi. Najbardziej równy jest niemiecki schwiizerdüütch (przestałam się przejmować, jak sie go pisze, bo i tak się go tylko mówi i tylko małolaty w sms-ach wiedzą, jak się go używa, a ja małolatą już dawno nie jestem). Z prostej przyczyny – ponieważ używa się go w większości kraju – jest też najbardziej rozpowszechniony i najpotężniejszy. Gdzieś tam na zachodzie upchany po lewej stronie mapy, czyli przy Francji, jest francuski. Jest go o wiele mniej, ale dzielnie nie daje sobie wejść na głowę potężnemu pseudo-niemieckiemu sąsiadowi. I tylko włoski najbiedniejszy, bo nie dość, że heeen, za górami, za lasami, to jeszcze tylko jeden prawdziwy kanton go używa (Ticino) i pół takiego włosko-niemieckiego (Gryzonia zwana pieszczotliwie Graubunden lub Grigioni). O tym czwartym, retoromańskim nie będę się rozpisywać, bo już pozostałe trzy idą ze sobą na noże, to co będę czwarty do wojny szwajcarsko-szwajcarskiej mieszać.
Czytaj dalej Wieża Babel na glinianych nogach? O językowej wojnie szwajcarsko-szwajcarskiej z angielskim w tle

Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

Szwajcarskie dzieci nie noszą czapek i butów.

Bida z nędzą, co?

O tym, że polskie mamy hobbistycznie wciskają maluchom czapeczki na głowy niezależnie od pory dnia, roku i układu planetarnego rozpisuje się połowa blogów parentingowych.

Sama jestem polską mamą i mam to zakorzenione we krwi – na dwór bez czapeczki ani rusz. Trzęsie mnie z zimna, jak widzę w listopadzie gołe główki niemowlaków.

Darujmy sobie komentarze o ochronie przed słońcem i mrozem – bo to oczywiste. Ale moje urodzone w maju dziecku, wożone przez pierwsze tygodnie w zamkniętej budce zwanej wózkiem z gondolką miało nadopiekuńczą matkę, a na głowie czapeczkę. Po co? Sama nie wiem, dopóki pediatra mnie uświadomiła, że czapka tylko poniżej 20 stopni i to przy dużym wietrze. Czytaj dalej Czym się różnią polskie dzieci od szwajcarskich?

Krótki poradnik, jak w 10 krokach zostać Szwajcarem

Właśnie mi i frankowskiemu blogowi stuknęło dwa lata. Nasza druga wspólna rocznica. Muszę przyznać, że przez ten czas mocno się zakolegowaliśmy, a i moje podejście do Szwajcarii uległo nieco zmianie. Pisałam już o tym, dlaczego nadal jestem Polką (KLIK) oraz o tym, jak rozpoznać Szwajcara (KLIK). A dziś będzie krótko o tym, jak z obcoludka stransformersować się na prawdziwego Helweta. Nie, nie chodzi o to ile i komu trzeba posmarować, żeby dostać lokalne obywatelstwo. Bycie Prawdziwym Szwajcarem to raczej stan umysłu – ciężki, ale możliwy do naśladowania. Czytaj dalej Krótki poradnik, jak w 10 krokach zostać Szwajcarem

Best of the best. Top 13 rekordów Szwajcarii

 

  1. Najbardziej zakręcony naród na punkcie kolei.

Powiedzieć, że koleje szwajcarskie są punktualne, to banał. Są tak punktualne, jak słynne szwajcarskie zegarki. Na świecie gonią się chyba tylko z Japonią. Dotyczy to nie tylko pociągów dalekobieżnych, ale też regionalnych i międzynarodowych – a zważywszy, że Szwajcaria sąsiaduje z Włochami, to nie jest to proste. Podstawowe pytanie, które zadaje sobie nowoprzybylec lub tylko chwilowoprzejezdny przez Szwajcarię, brzmi: „zdążę?” . Bo połączenia między kolejnymi przesiadkami mają zazwyczaj tylko kilkuminutowe przerwy, a każdy logiczny człowiek zakłada, że przecież pociąg ZAWSZE się spóźnia. I tu się ujawnia typowa szwajcarska precyzja: rozkład lokalnych i dalekobieżnych jest tak ze sobą skorelowany, żeby zawsze zdążyć. Co nie zmienia faktu, że jednak Szwajcarzy sami w swoją perfekcyjność wątpią i właśnie planują wprowadzenie zwrotu opłat dla pasażerów za spóźnienia sięgające powyżej godziny.
p1030037-w1024

2. Najgęstsza sieć kolejowa w Europie

To oczywista oczywistość punktu powyżej, nie da się mieć idealnych połączeń kolejowych, bez odpowiednio rozbudowanej sieci. Co ciekawe, jeszcze 150 lat temu Szwajcaria miała….najmniej rozbudowaną sieć kolejową w Europie. Wręcz biała plama na kolejowej mapie: Niemcy, Austria, Włochy – hulaj dusza po stolicach i kurortach, a w Szwajcarii jedna wielka dziura z małym, 30 km przecinkiem między Zurychem a Baden. Wyobrażacie sobie? JEDNA linia kolejowa, śmiech na sali.  Cały swój kolejowy rozwój Helweci zawdzięczają jednemu człowiekowi, Alfredowi Escherowi. Nawet ministrem transportu nie był, tylko miał dziką myśl doprowadzić do industrializacji i bogactwa kraju. Jak już zaczął, to tak się rozpędził, że porozrzucał te linie kolejowe na prawo i na lewo, a często też w górę i w dół. Tak przy okazji budowy gęstej sieci dróg żelaznych założył też Politechnikę w Zurychu (istniejącą do dziś, pierwszą techniczną uczelnię wyższą w Szwajcarii), pierwszy bank Credit Suisse oraz pierwsze towarzystwo ubezpieczeniowe, SwissLife. To dzięki niemu Szwajcaria kojarzy nam się dziś z tym, z czym się kojarzy: kolej+banki+ubezpieczenia. Można? Można. Tylko trzeba być szaleńcem z dyplomem inżyniera
p1030010-w1024

3. Najdłuższy tunel na świecie

Jak już mieć szalone wizje, to na całego. Escher zrealizował jeszcze jedno swoje wielkie marzenie, a mianowicie połączył północ i południe Szwajcarii (a tym samym Europy) tunelem kolejowym pod szczytem Św. Gotarda. Swego czasu zresztą był to najdłuższy, 15 km tunel kolejowy na świecie. Oczywiście, dzisiaj taki tunel to pikuś, dlatego też Szwajcarzy zbudowali nowy i dziś ponownie mogą się pochwalić najdłuższą dziurą w ziemi na świecie. Otwarty w czerwcu tego roku nowy tunel Św. Gotarda liczy sobie 57 km, a poczytać o nim można o tu: KLIK

4. Najwięcej czasu spędzonego na podróży pociągami

Bracia Japończycy są co prawda narodem, który odbywa najwięcej podróży kolejowych rocznie, za to Szwajcarzy pokonują statystycznie najdłuższy dystans, bo 2277 km.  Nie chodzi o to, żeby mieli złe autostrady bądź też drogie winiety. Tak chyba po prostu kochają swoje koleje, a patrząc na poprzednie trzy punkty powyżej nie ma się im co dziwić.
p1070354-w1024

5. Najwyżej położona kolej zębatkowa w Europie

Dla odmiany od kolei, będzie o kolei. Chociaż nie w poziomie, tylko w pionie. Kolej zębatkowa na przełęcz Jungfraujoch jest nie tylko najwyżej w Europie wspinającą się kolejką (3454 m.n.p.m), ale oferuje też największą różnicę poziomów przy gramoleniu się w górę – prawie 3 km. Tego nie mają w ofercie ani Andy, ani Himalaje.  Jakby ktoś nie wiedział, jak wyglądają zęby zębatki, to proszę bardzo:
p1030018-w1024
 

6.Najwięcej czterotysięczników na świecie

Ktoś mógłby się zapytać: a po jakiego grzyba wjeżdżać na te góry kolejkami? Ano chociażby po to, żeby sobie pooglądać panoramę największej ilości czterotysięcznych szczytów. Nie ma co gadać, tylko podziwiać:

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

7. Najwięcej na świecie pochłanianej czekolady

Jak można łatwo obrazić Szwajcara? Powiedzieć, że najlepsze czekolada na świecie to ta belgijska…. Szwajcaria słynie oczywiście z czekolady, i to nie tylko tej od komercyjnych fioletowych krów (KLIK), ale przede wszystkim tej ręcznie wyrabianej zgodnie z kilkusetletnią tradycją. A jak się ma takie niebo w gębie jak Toblerone (KLIK), Cailler czy Lindt, to nie dziwne, że pochłania się jej prawie 9 kg rocznie – co stawia Szwajcarów w światowej czołówce pospolitych zjadaczy czarnego złota. I jeszcze pytanie za 100 punktów: kto wymyślił czekoladę mleczną w tabliczce? No kto? (KLIK).

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

8. Najdłuższa średnia wieku w Europie

Nie wiem, jak to się ma do ilości zjadanej czekolady, ale Szwajcarzy to najdłużej żyjący w Europie naród. To pewnie dlatego ma też największą (moim zdaniem) ilość dziarskich babć i dziadków na kilometr kwadratowy (KLIK)

9. Najmniejsze muzeum na świecie

Jest otwarte 24 godziny na dobę i ma tylko jeden eksponat. Żeby go obejrzeć, wystarczy spojrzeć przez szybę. To tak dla znudzonych narciarskimi akrobacjami w St. Moritz

10. Najszczęśliwszy naród na świecie

Podobno potwierdzają to jakieś statystyki, albo raporty, ale nie chciało mi się szukać, jakie.  Coś w tym jednak musi być, zważywszy, że na poziom zadowolenia wpływają takie czynniki jak: środowisko naturalne (a że Alpy są ładne to nikt nie zaprzeczy. I w ogóle tak sielsko i czysto dookoła); poziom życia (z własnego doświadczenia mogę potwierdzić, że da się żyć. Całkiem poziomo); poziom opieki zdrowotnej (patriotycznie powiem, że jest taki sam, jak w Polsce. Dobra, ściemniam, jest o wiele lepszy, tylko taki nietaniutki); warunki do wychowywania dzieci (ja nie narzekam, można się przekonać: KLIK); stabilizacja polityczna i gospodarcza (ogólnie rzecz biorąc to strasznie nudnoprzewidywalny kraj, chyba że się frank zbiesi: KLIK); poziom spełnienia marzeń versus oczekiwania (z racji tego, że Szwajcarzy lubią być przezornie przeciętni, nie oczekują więcej, niż mogą dostać, to i rozczarowanie mniejsze. Ogólnie wychodzi im to na dodatni poziom zadowolenia).

11. Najwięcej psychiatrów przypadających na 1 mieszkańca

To chyba z tego szczęścia…Albo z dobrych warunków pracy i płacy lekarzy. Albo z niedostępności Szwajcarów vel – jak kto woli – skromności. Podobno Szwajcarzy nie chcą nikomu przeszkadzać, stąd siadają zawsze w rogu, gdzie jeszcze nie ma nikogo, sami się pierwsi nie odezwą i przypadkiem nie oferują też pomocy, co by się nikt nie obraził, że się pierwsi odzywają (strasznie to zakręcone). A ponieważ są do cna uczciwi i regulatorowi – to przyjaciołom przecież nie będą zawracać głowy swoją sielsko-alpejską depresją. I to w dodatku za darmochę. Lepiej pogadać z człowiekiem, któremu się za to całkiem słonawo zapłaci.

12. Najbardziej demokratyczna demokracja na świecie

Gdyby mogli, zbieraliby się dwa razy w roku na wielkim placu w Zurychu albo Bernie i przez podniesienie ręki bądź tupnięcie nogą głosowali na wszystko, na co da się głosować. Ale ponieważ rzeczywistość zmusiła ich do pójścia z duchem czasu, to teraz głosują sobie w referendach, dwa razy do roku, pisemnie albo osobiście. Tak, tak, można wysłać swój głos pocztą, bo formularze dostaje się zawsze do domu na długo przed referendum. Co więcej – tematy do referendum zgłaszają zazwyczaj sami pospolicie-ludkowi Szwajcarzy. Partie polityczne oczywiście coś tam sobie gadają, jednych przekonują, a innym odradzają, ale o sprawach mniej lub bardziej ważnych Helweci decydują zawsze sami. Są przy tym tak obowiązkowi, że frekwencja rzadko spada poniżej 50%. Jednocześnie tak podzieleni w swojej jednomyślności, że wynik 55% kontra 45% jest uznawany za miażdżące zwycięstwo.
p1020305-w1024

13. Najmniejsza gmina, która sama ustala sobie podatki

Z tej demokratycznej demokratyczności wynika również fakt, że o własnych podatkach Szwajcarzy też sami decydują. A najmniejsza gmina w Szwajcarii liczy sobie zaledwie 12 osób i jest malutką mieściną Corippo w górskim Ticino. Tak mi się podoba, że już kiedyś o niej pisałam(KLIK). I pewnie jeszcze kiedyś napiszę.
P1040477
 
 

Szwajcarska gościnność bałwanem stoi czyli jak Grindelwald robi wszystkich w kulki. Śnieżne kulki.

Jest taki stereotyp, że Szwajcaria jest droga. A ponieważ w każdej plotce jest sporo prawdy, to akurat w tej jest jej bardzo dużo. Tak, żeby dla innych stereotypów zostało już o wiele mniej. A jak jest drogo, to trzeba ludziska z zagramanicy przekonać, że jednak warto piękny alpejski kraj trochę zwiedzić, mimo że żal portfel ściska. Szwajcarzy jak tylko najbardziej potrafią, postanowili być gościnni. I tych, co już się wezmą w kupę na tyle, żeby jakieś górskie wioseczki zwiedzać zimą, obdarowują zręcznym prezencikiem. A co może być bardziej szwajcarskie zimą niż kupa śniegu? Wielka kupa śniegu. Tak więc w uroczej Czytaj dalej Szwajcarska gościnność bałwanem stoi czyli jak Grindelwald robi wszystkich w kulki. Śnieżne kulki.

Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

Taka piękna tradycja jest w Polsce, zwiedzanie szopek bożonarodzeniowych w ramach gimnastyki sakralnej po świątecznych obżarstwach. Krakowskie są oczywiście najsłynniejsze, ale ja, jako że ze stolyyycy, to zawsze z rodzicami wędrowałam do kościoła Kapucynów na Starym Mieście, żeby zobaczyć szopkę ruchomą. Najfajniejszym momentem było rozpoznać postacie znanych osób wjeżdżające przed nasze oblicza . Ja mam papieża! A ja Wałęsę! Taaa… takie to czasy kiedyś były.
Szwajcarzy też pozazdrościli Polakom tej miłej tradycji i zorganizowali wystawę szopek, tylko żeby nie biegać za bardzo po kościołach, bo to i drzwi skrzypią i zimno się wpuszcza do środka – porozrzucali szopki po całym miasteczku. A dokładnie w Vira w kantonie Ticino. Może uznali, że widok na (nieośnieżone w tym roku) Alpy i jezioro Locarno zrekompensuje odmrożone pupy i stopy. Lokalni duchowni są zdaje się mało kreatywni, bo to nie oni, a mieszkańcy urządzają szopki. A żeby jakiś sens był w bieganiu po zaułkach wioski, to przy okazji jest konkurs na najładniejszą z nich. I tu taki niuansik-  szopki muszą być bardzo oryginalne, żeby przyciągnęły uwagę głosujących. A jako że Szwajcaria to kraj ekologiczny i – tu taka niespodzianka – drogi, to najlepsze pomysły są z recyklingu. Muszę przyznać, że w tym roku wyobraźnia artystyczna mnie nie powaliła na kolana, ale parę perełek się znalazło. To żeby dużo nie czytać, dzisiaj więcej dla leniwych leni do oglądania (w końcu dla niektórych zaczął się długi weekend). Moja subiektywna lista najfajniejszych szopek w Vira:
Miejsce 1: Szopka z makaronu. Posądzana o niegospodarność, bo ile to jedzenia trzeba zmarnować i potem wszystko wyrzucić. Ale za wykonanie i oryginalność należy się miejsce na podium


Znaleźliście Jezuska?
Czytaj dalej Pójdźmy wszyscy do stajenki w Ticino

9 nostalgicznych wspomnień o dorastaniu w Szwajcarii. Tfu, w Polsce

Niedawno pewien nowoszwajcarski Dimitri opublikował nostalgiczne wspomnienia, jak to było onegdej dorastać w Szwajcarii. Mogłabym na tym poprzestać i wkleić link do artykułu (KLIK: link o tutaj), ale co to ze mnie za Polka, że niby w Szwajcarii mieszkam a własnych peerelowskich wspomnień nie mam? Nie będę powtarzać za Dimitrem, jak ktoś ciekawy niech sam kliknie do źródła. U mnie na blogu swojsko. Polacy nie gęsi, swoją nostalgię też mają, a co. Szwajcarsko-polska bitwa na wspomnienia z zeszłego stulecia.

  • Kiedy recytowałeś wierszyk, żeby Św. Mikołaj nie zabrał cię ze sobą w worku

No, to takie banalne trochę jest. My w Polsce też wierszyki i piosenki Mikołajowi śpiewaliśmy. Mamy za to coś, czego Szwajcarom brakuje: czar plastikowej reklamówki z pracy mamy lub taty, wypełnionej kilogramem mandarynek i odrzutowych czekoladek. Paczki świąteczne dla dzieci to był hit, dzięki temu kochaliśmy komunistyczne zakłady pracy miłością nieodwzajemnioną. Podobno mandarynki i pomarańcze tylko na Święta rzucali do sklepów, a czekoladki były odrzutowe nie dlatego, że przeleciały długą drogę, tylko że to odrzuty z eksportu były. Wybrakowane ptasie mleczko i połamane czekoladowe wafelki. Mmmm pycha!
p1020628-w1024

  •  Kiedy nosiłeś butki tigerfinkli jak wszyscy twoi koledzy

Butki Tigerfinkli to takie brzydactwo made in Switzerland, udające lamparcią (tygrysią? no nie, nie tygrysią) skórę i z czerwonym pomponem. Do tej pory można kupić te pseudotradycyjne kapcie na bazarkach i lokalnych targach. Nie wiem, jak to się może komuś podobać. Nawet wersje dla dorosłych produkują, co prawda już nie w Szwajcarii, lecz…w Polsce. Co nie zmienia faktu, że my się możemy pochwalić gorszym obuwniczym badziewiem, czyli szkolnymi juniorkami, obowiązkowymi jeszcze za czasów mojej podstawówki. Jeżu, jakie to okropne było, tak jakby ktoś na siłę produkował najbrzydsze buty na świecie. A nie, przepraszam – brzydsze były te noszone przez panie sprzątające, woźne i salowe w szpitalach: wersja juniorki-senior, z materiału, za kostkę i z wycięciami na palce i pięty. Obowiązkowo sznurowane. Teraz podobno najbrzydsze buty na świecie projektuje Kanye West. Kanye: welcome to PRL!
p1020624-w1024

  •  Kiedy do szkoły podstawowej nosiłeś tornister pokryty kozią skórą

Takie mam mieszane uczucia trochę… Ekologiczna i porządna Szwajcaria, a biedne kozy na tornistry ze skóry obdzierali? Tradycja najwyraźniej nadal żywa, bo dziś rano widziałam taki plecaczek u jednego z dzieciaków pod szkołą. Za czasów mojego bujnego dzieciństwa bachorstwo na pewno nie ubierało się w skóry i aksamity, tylko w kryzysowe tornistry z pseudo-plastikowego skaju. Na pewno nie na kilka sezonów, bo rączka odpadała już po miesiącu. Za to niedługo potem weszły do mody pudełka na plecy udające tornistry, hit zachodu, jeszcze z bajkami na przykład – obiekt pożądania każdego małolata. Teraz nie w temacie trochę jestem, moje pisklę na razie za małe na szkolną wyprawkę, więc nawet nie wiem, jaka moda panuje pod flagą biało-czerwoną. Kultowe trzy paski Adidasa lub łyżwa Najka? Czy jednak dizajn made in Biedronka?

  •  Kiedy czołgi szwajcarskiej armii przejeżdżały przez miasto, a ty prosiłeś żołnierzy o ciasteczka i batoniki czekoladowe.

Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, czy przejeżdżające przez polskie miasta czołgi na początku lat osiemdziesiątych rzucały dzieciom cukierki raczki i krówki. Chyba nie… Może dlatego powetowaliśmy sobie straty związane z brakiem zabawy z miłującymi pokój żołnierzami hitem przedszkola: zabawą w Czterech pancernych i psa! Ja byłam zawsze Lidką, Marusia była za szybko obsadzana i nie zdążałam się na nią załapać. A każdy chłopiec musiał być Jankiem, więc zazwyczaj w grupie słoneczek lub krecików było 10 Janków na jedną blondwłosą Marusię.
fb_20170214_19_19_10_saved_picture

  • Kiedy wycieczka na koniec szkoły była na najwyższe wzniesienie w kantonie

Ja warszawsko-nizinna jestem, więc najwyższych puntów widokowych w naturze trochę brak. Chyba, że liczyć Pałac Kultury i Nauki. Szwajcarskie dzieci wysysają z mlekiem krowim miłość do zadeptywania tych biednych Alp wszelkimi możliwymi szlakami turystycznymi, polskie – miłość do ojczyzny i patriotyzmu. Zamiast wycieczek krajoznawczych po okolicy mieliśmy obowiązkowe wycieczki na groby poległych w czasie wojny, porozrzucane po pobliskich lasach. Każda szkoła miała „swoje” groby do opieki, co miesiąc inna klasa je czyściła i oddawała cześć.  A w ramach kontaktu z naturą obowiązkowo jeszcze lekcje w-f były zamieniane na grabienie liści wokół szkoły. Może dzisiejsi narodowcy też by trochę pograbili liście, zamiast robić patriotyczne zadymy.
p1070360-w1024

  •  Kiedy obwoźny sklep Migros pojawiał się w mieście, a rodzice dawali ci frankola na coś słodkiego

E tam, obwoźne sklepiki niech się schowają w porównaniu z naszymi odpustami. Różowa mordoklejka zwana też pańską skórką i domowej roboty jojo z folii aluminiowej wymiata. Tak przy okazji, ktoś wie, z czego jest zrobiony ten słodki hit odpustowo-cmentarny? Teraz panuje głównie na 1 listopada, bo odpusty trochę w niepamięć poszły. Zresztą tak jak obwoźne sklepy Migrosa.

  • Kiedy na tarasie widokowym z Zurychu obserwowałeś samoloty Swissair

Taras widokowy to każdy może sobie wybudować, żadna sztuka. Ale stworzyć Misia, kultową komedię Stanisława Barei? To tylko u nas. Dla mnie taras widokowy na lotnisku jest niepowtarzalnie związany z ko(s)miczną sceną na Okęciu w Warszawie:
– Ale ja mamę odprowadzam!
– Nie bądźcie natrętni! Natrętny pasażer…  O! A gdyby tu wasz synek z grupą stuosobową odlatywał i każdy z rodziców chciałby wejść, to jaki byłby tłok, sami widzicie i nie mówcie, że nie macie synka, bo w każdej chwili mieć możecie (sprawdzić, czy nie ksiądz). Mamę możecie pożegnać z tarasu widokowego.

Najbliższy czynny taras widokowy we Wrocławiu.
img-20150917-wa0004

  • Kiedy musiałeś odnaleźć zielony wagon kolei dla niepalących

Zielony, nie zielony – grunt to było odnaleźć jakikolwiek wagon, do którego dało się wcisnąć choćby milimetr ciała. Wy też tak jeździliście? Najpierw przez okno dzieci, niech zajmą miejsce w przedziale. Dalej wędrowały bagaże i narty, a na koniec rodzice próbowali się dostać do swojego dobytku i pociech po trupach bagaży innych pasażerów, którym szczęśliwie udało się zająć miejsce na krzesełku w korytarzu. Dla podróżujących inaczej zostawały jeszcze miejscówki w wersji lux na kibelku w toalecie. Ach, to były czasy…..

Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Ja to jestem bombowa, a w domu to mam wręcz atomowo. Mój prywatny James Bond powiedział kiedyś, że umie zepsuć każdą elektrownię na świecie tak, że po miesiącu wybuchnie i nikt nie będzie wiedział dlaczego. I jak tu się w takim agencie nie zakochać? Nie dało się, to się wzięłam i wyszłam za mąż. I teraz mam nie byle jakiego asa w domowym rękawie, a tu o ważną rzecz chodzi. Ano mianowicie o to, czy szwajcarskie atomówki mają być chwilówki, czy jeszcze im trochę przyjdzie żyć na tym łez padole. Się szwajcarscy Zieloni zawzięli na elektrownie jądrowe i za tydzień brać helwecka zagłosuje w referendum, czy chce jeszcze trochę pożyć w atomowej chmurze, czy powie chmurze bye bye i odeśle do Czarnobyla. Albo do Fukushimy. Czytaj dalej Bum bum bombowo atomowo. Jak polska Barbórka ekologicznie i bez jąder obniży raty kredytu we frankach

Barry, Beethoven a może Bernard? Pieskie życie w szwajcarskich górach

Dawno mnie ostatnio nie było na blogu, więc postanowiłam być kreatywna. A co tam, nie ma, że wpadnę raz na miesiąc, post odfajkowany do przeczytania i tyle mnie było. Trzeba trochę pogłówkować. To proszę bardzo, dzisiaj zagadka:
Co łączy Barry White’a

i Beethovena?

No, może nie tego Beethovena, w końcu Szwajcaria nawet w Unii Europejskiej nie jest, to co ja tu z Odą do radości wyjeżdżam. Nie, o tego Beethovena chodzi:
Czytaj dalej Barry, Beethoven a może Bernard? Pieskie życie w szwajcarskich górach

E tam panie, lepiej nie mówić, czyli co mi się nie podoba w Szwajcarii

Jesień kalendarzowa się właśnie zaczęła, co prawda słońce jeszcze świeci i ciepło, ale za chwilę na pewno będzie plucha i szaro-buro. Najwyższa więc pora włączyć tryb narzekania. Jak nie na pogodę, to na Szwajcarię. Że niby tak sielsko anielsko? Ha! To zobaczcie, co tu biedną polską duszę wkurza.

  1. Nie podają naszego ciasta ani naszej wódki.

Nawet nie chodzi o to, że polskie. Zwykłe takie może być, z Migrosa lub innego Coopa, albo całkiem niezwykłe czekoladki z Villars. Wódka też tak metaforycznie, bo tu raczej z winem w prezenty. Chodzi o to, że jak masz na coś ochotę i przyniesiesz to ze sobą w gości, to co najwyżej poliżesz zamknięte drzwiczki od szafki w kuchni, bo na pewno nikt twojego ciasta ani wina nie postawi na stole do degustacji gości. Od razu ląduje w odmętach prezentowych przestrzeni i nie jest wystawiane na widok i smak publiczny. Czytaj dalej E tam panie, lepiej nie mówić, czyli co mi się nie podoba w Szwajcarii

Takie cuda? Tylko u nas!

 
Jest li taki kraj na świecie, miodem i mlekiem płynący, gdzie się dziwy i cuda dzieją. I nigdzie indziej ich nie znajdziecie. Wszystkim tym, którzy spodziewali się teraz linku do Youtube z kierowcami z Rosji lub równie uroczego rosyjskiego profilu randkowego ze zdjęciami z dywanem na ścianie lub kałaszem – uprzejmie donoszę, że się właśnie rozczarowali.
O, już.
To po takim miłym porannym rozczarowaniu będzie o Szwajcarii. Pamiętacie taki moment w życiu, kiedy na wakacjach w egzotycznym kraju powiedzieliście sobie „Noooo waaaayy!”.  Lub w wersji bardziej mickiewiczowskiej: „Że cooo ????„. Nie może być, takie rzeczy nie istnieją w przyrodzie.To teraz będzie moje nołłej po szwajcarsku. Obowiązkowo z durnym wyrazem twarzy.

  1. W porze lunchu nie wolno latać helikopterami w górach. Jest ładnie, ciepło, widoki sielskie alpejskie i nie będzie nam tu żaden obcen po naszym niebie latał i ciszę zakłócał.
  2. Cisza to cisza, jak obowiązuje, to wszystkich. Nie tylko tych w niebie, ale i na ziemi. W związkuż z powyższymż, butelek do kontenera na szkło też nie wolno wyrzucać w porze lunchu. Bo co? Bo hałasuje, a przecież cisza ma być i spokój.
  3. Tablica rejestracyjna rzecz święta. Jak już jedną masz, to trzymasz w łapach i nie wypuszczasz przez kolejne 20 lat. Z żoną można się rozwieść, samochody zmieniać jak rękawiczki, ale szczęśliwy numerek jest zawsze przy tobie. Na wieki. Jak Ci się już zechce zostać burżujem i kupić drugi samochód, to ulubioną tablicę zakładasz to tu, to tam. Jasne? Dwa samochody, jedna tablica.
  4. Podatki trzeba płacić. Albo i nie. W terminie. Albo i nie. Jak ci się nie chce, to piszesz uśmiechniętą kartkę do równie uśmiechniętego urzędnika w skarbówce, że ten tego,lato jest, gorąco, na wakacjach byłem i w ogóle impreza z kumplami taka, że 3 dni balowaliśmy, więc uprzejmie donoszę, że rozliczę się za pół roku. Bo teraz zajęty jestem.
  5. Podatki jakie są – nikt nie wie. Bo każdy kanton i inna mniejsza lub większa gmina ustala sobie podatki sama. Raz na jakiś czas próbują coś pozmieniać, w referendum się brać wspólnotowa wypowie, czy zwiększamy, czy zmniejszamy (tak, tak – sami się godzą na zwiększenie podatków. Taki kraj). Nawet jak taka mała gmina leży sobie wciśnięta w górach Ticino i liczy tylko 12 mieszkańców – też sama decyduje o swoich podatkach. A taka gmina Corippo wygląda -o tak:
  6. To chyba jedyny kraj na świecie, gdzie każden mężczyzn musi odbyć obowiązkową służbę wojskową po to, żeby NIE walczyć. I to nie byle jakiś tam weekendowy kursik obronności, ale kilkumiesięczne szkolenie po którym rok w rok trzeba się stawić z kwiatkiem w mundurze przed komisją na dodatkowy miesiąc i pokazać, że wcale nie zapomniałem ani strzelać, ani ładnie paradować. Przy okazji Szwajcaria wydaje miliony frankoli na zakup sprzętu wojskowego pozostając przy tym neutralna. Czyli nie bawimy się w żadne wojny, misje wojskowe, NATO i inne takie. Paradoks? Niekoniecznie, zważywszy że wszystkie te podchody harcerskie w kraju robione są po to, żeby ZACHOWAĆ swoją neutralność. Mamy wojsko, ale tylko po to, żeby bronić nas przed uwikłaniem w zabawę dla dużych chłopców i w razie co nie wpuścić za granicę kraju żadnych Wikingów i innych napalonych Hunów (praktyka pokazuje, że dziewczynki na świecie rzadko kiedy się bawią w wojnę, wolą pilnować, czy placki się nie przypalają).
  7. Dziura na dziurze dziurą pogania. Nie tylko w serze, bo to byłoby zbyt banalne. W asfalcie też nie, choć to pewnie pierwsze, co na myśl Polakowi przychodzi do głowy. Szwajcaria ma dziurawe góry. Wszędzie tunele, podkopy, wjazdy, rozjazdy – nie da się przejechać autostradą, żeby nie zwiedzić kilku wydrążonych w skale dziur. Ale drogi i koleje to mało. Ba! To, co widoczne gołym okiem to tylko połowa dostępnych tuneli. Tutaj dziury służą takim ciekawym celom jak schrony i kryjówki wojskowe (patrz punkt wyżej, po co w neutralnym kraju schrony), dojazdy do ukrytych w skale urządzeń technicznych, np elektrowni i … parking dla samolotów. Coś a la hangar, tyle że dach ma nie z blachy falistej, a ze skały. A o najsłynniejszej i największej dziurze świata już było, o tu: KLIK.Ticino (7)

 8. Prezenty Ci dają, jak jesteś nowym mieszańcem i to całkiem za darmochę – no cud chyba jakiś. I to niezłe prezenty, oryginalne. Nie tam zwykły breloczek do kluczy lub długopis z logo miasta. Żeby poczuć się jak James Bond dostaniesz tabletki atomowe, na wypadek, gdyby któraś z sąsiedzkich elektrowni jądrowych wybuchła, jak ty będziesz ratować świat. Niewtajemniczeni twierdzą, że to zwykły jod w kapsułkach dla ochrony tarczycy, ale ja tam w takie teorie spiskowe nie wierzę. Tabletki atomowe i już, inaczej nie może być. W końcu gdzie, jak gdzie, ale w Szwajcarii każdy może być Jamesem Bondem (KLIK).

Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

Emmentaler zwiedzanie fabryki sera

Rodzina się zjechała z Polski na wakacje, trzeba im coś szwajcarskiego pokazać.

Krowy i sery? Niech będzie, krowy i sery.

30 km od Berna jest Emmental – idziemy w komercję, zobaczymy jak się produkuje jeden z najsłynniejszych serów na świecie, emmentaler. Równie słynny, co gouda z Goudy w Holandii.

Tak, tak, też kiedyś myślałam, że emmentaler jest holenderski, dobrze że nawigacja mnie do kraju tulipanów nie wywiozła. Czytaj dalej Ślimak, ślimak pokaż rogi, dam ci sera na pierogi

Dlaczego fajnie jest mieć dzieci w Bernie?

  1. Odwożę pisklę do żłobka na rowerze. Mimo, że pisklę jest w wieku żłobkowym, to znaczy takie małe w sumie, nikt się na mnie nie patrzy jak na wyrodną matkę, co to biedne kilkumiesięczne dziecko targa ze sobą na welocypedzie, zamiast wygodnie samochodem pod drzwi dostarczyć. Jedyny problem, że inni rodzice też są tacy mądrzy jak ja i muszę się rano przedzierać  przez tabuny rowerów zaparkowanych przed żłobkiem.
  2. Jeżdżę z tym dzieckiem na rowerze po ulicy. Nikt na mnie nie trąbi, nie mam zawału serca za każdym razem, jak przejeżdża koło mnie ciężarówka, bo jak widzi dziecko z tyłu, to i tak zwolni poniżej pięciu dych. I teraz uwaga – albo mam wyznaczone na jezdni pasy rowerowe, albo…ich nie mam. Taka różnorodność. I co w związku z tym? Ano nic, samochody dalej na mnie nie trąbią, czekają grzecznie aż się wcisnę, przeturlam, wepchnę, zmieszczę i jeszcze potrafią na skrzyżowaniach się zatrzymać i poczekać, aż przejadę. Takie cuda.
  3. Jak nie dziecko, to mogę na rowerze wozić brzuch. Z dzieckiem. No, wyrodna matka, wyrodna. Nie dba o siebie w ciąży. Jak i setki innych matek, co te brzuchy na rowerach targają. Nikt im się w czoło nie puka, a na pytanie lekarza, jak długo mogę się tak tarabanić, usłyszałam – może Pani pojechać na rowerze do porodu. Gites.
  4. Mam zjazdy, podjazdy, obniżone krawężniki i nie muszę się zastanawiać, gdzie przypadkiem spotkam schody na spacerze. To w wersji, kiedy zamiast na rowerze młodzież podróżuje po mieście w wózku (tu już kiedyś pisałam o tym, jakie fajne Berno jest: KLIK).
  5. Taki mi się egzemplarz pisklęcia głodomora trafił. Ryczał w promieniu kilometra tak, że ni du du, tylko teraz i natychmiast mi tu mleko dawaj, nie będę czekał, aż sobie ustronne miejsce do karmienia znajdziesz. Berno oferuje całkiem przyzwoite rozwiązanie dla takich mlecznych terrorystów – każda apteka powinna zapewnić pokoik do karmienia dziecka piersią, a najbliższą aptekę z jadalnią można znaleźć w telefonicznej aplikacji. A nawet jak mi się nie udawało sprintem do tej apteki dobiec, zanim bębenki w uszach popękały, to i tak nikt NIGDY nie zwrócił mi uwagi, że karmię w miejscu publicznym. Na ławce, na trawce, w kawiarni, w fabryce czekolady. Podobno hitem wśród lokalnych matek są przymierzalnie w sklepach, ale nie próbowałam. Podobno istnieją też barbarzyńskie kraje, gdzie matkę karmiącą wysyła się do toalety…Photo 21.06.15 15 08 57
  6. Co ulica, to plac zabaw, żłobek albo przedszkole. W Bernie obrodziło w dzieci, to gdzieś tę całą bandę trzeba upchnąć. Jak mnie stać, mogę przebierać w żłobkach, jak w ulęgałkach, tylko… no właśnie, jak mnie stać. Na żłobek potrzebna niezła pensja, jest dwa razy droższy niż wynajem mieszkania. Nie ma jednak tego złego Szwajcara, co by na dobre nie wyszedł. Do żłobka należy się dofinansowanie z zakładu pracy. Jak nie pracuję, to jest dofinansowanie z miejskiego socjala. Jak i to mnie nie urządza, to mogę wziąć udział w zajęciach przygotowawczych dla dzieci bez żłobka. Koszt…10 frankoli na miesiąc. To takie dwie duże kawy. A przedszkole to już raj…. Za darmo 😉
  7. Jeżeli koło mnie mieszka banda innych, równie dziko biegających dzieciorów, to mogę wystąpić do miasta o obniżenie dopuszczalnej prędkości ruchu w pobliżu domu. Bo dzieciory po ulicy biegają i w to kierowcy muszą się do nich dostosować.
  8. Jak już dzieć zacznie być w wieku przedszkolno-szkolnym, to będzie się mógł sam wypuszczać z domu do obowiązku pedagogicznego. Bo – co oczywiste – każdy kierowca przepuszcza pieszych, w tym dzieci, na pasach. Ale to oczywista oczywistość w Szwajcarii. A każdy mały dzieć musi nosić żółty odblaskowy trójkącik, co by go było widać z daleka i na wszelki wypadek kierowca mógł zwolnić, jak jeszcze przedszkolak po chodniku bryka i ani myśli przechodzić przez ulicę. Wspominałam już, że brzdącale przechodzą same przez ulicę?P1040265
  9. Tanio to tu nie jest, nie ma się co oszukiwać. A dzieci, jak wiadomo, kosztują. W dodatku produkuje to takie małe tyle ton ubranek, zabawek i pierdutek, że po roku nie wiadomo, gdzie to wszystko upychać po kątach. Dzięki Ci Panie Boże – a raczej Matko Boska (bo ty wiesz, o czym mówię) –  za wszystkie giełdy, kiermasze i sklepiki z rzeczami dla dzieci. W Bernie i okolicach organizują ich całkiem sporo, a niektóre są całoroczne. Do wyboru są dwie opcje: albo można przytargać do domu kontener ciuszków i nie zapłacić za to majątku, albo się równie podobnego kontenera z domu pozbyć. Jedna i druga opcja idealna dla zakupoholików, czyli każdej matki piejącej w zachwycie nad nową różową sukieneczką.

Święty Gotthard wpadł do czarnej dziury

Dzisiaj w Szwajcarii wielkie święto. I nie, wcale nie chodzi o Dzień Dziecka, bo go tu wcale nie celebrują. Widać, za dużo dzieci mają i już im się nie opłaca komercji napędzać z tego powodu. Imigranci zawsze chętnie sypną nowym przychówkiem, wiem coś sama na ten temat. Tak więc dziś do zabawy z okazji wcale nie Dnia Dziecka Szwajcaria zaprosiła kilka mądrych i mniej mądrych, za to znanych głów, jak niemiecka głowa pani kanclerz Merkel,  holenderska głowa Francanda (vel francuska głowa Hollanda, nigdy nie pamiętam), czy też makaronowa głowa Renzi. Szwajcarzy – jak wiadomo – to jajcarze nad jajcarzami, więc wszyscy się będą dziś razem bawić w otwarcie wielkiej czarnej dziury. Wielka, bo ma 57 km długości, a czarna – bo 2300 m pod górą. Żeby się pod tą górą nie pogubili, to im światełka, a przy okazji mnóstwo elektroniki zainstalowali, i jeszcze szyny wzdłuż poprowadzili, żeby wiedzieli, gdzie wejść, a gdzie wyjść. Jak już te szyny tam leżały, to ktoś mądry wpadł na pomysł, że właściwie to można by było po nich puszczać pociągi. I od tej pory zamiast majestatycznie wspinać się naokoło po Św. Gotthardzie w górę, po to żeby się po drugiej stronie naokoło spuszczać w dół, włoskie Popędoliły i inne bombardierskie Intercity będą do siebie mrugać w tunelu po linii prostej z prędkością 250 km/h.
Jak ktoś myślał, że warszawskie metro długo planowali, to się zdziwi. Przerżnąć Gottharda wzdłuż chcieli już w 1947 r, tylko tu jakieś kryzysy gospodarcze, tam protesty i w ogóle się dogadać nie mogli – normalka w sumie. W końcu 17 lat temu zaczęli się pukać w te swoje szwajcarskie zegareczki, że czas tik- tak- tik-tak, a tunelu ni widu,ni słychu i wzięli się do roboty. Przy budowie II linii metra stołeczna Marysia razem z koleżanką tarczą Anią poruszały się w tempie 100m na 2 tygodnie przez warszawskie podziemne błota i iły. Helwecka Helwetia (chyba jej oficjalnie nie nazwali? A szkoda…) w takim tempie to by do Włoch za 3 stulecia nie zajechała. Zresztą taka napasiona szwajcarskimi serami to by się nawet pod Wisłą nie zmieściła. No, ale jak chce się mieć najdłuższy i najgłębiej położony tunel świata, to bez 410 -metrowej wiertarki ani rusz.
Na zabawę w kolejkę górską dla politykierów i oficjałków przewidzieli całe 3 dni, szwajcarski i imigrancki plebs będzie się mógł pobawić w chowanego w tunelu dopiero w najbliższy weekend. Wszyscy się mają cieszyć, a co. Jak już ponad 12 miliardów  wydali na budowę, to kolejne parę frankoli na huczną bibę w całym kraju można dorzucić. Nie tylko ci przytunelowi Tesyńczycy i Uri…owcy? Urijczycy?, ale za państwową kolejową kasę będą się radować też Berneńczycy, Genew-czycy, Argow-czycy, Biel-czycy, Zurych-czycy i Wintertur-czycy. Albo – ianie. Albo- owcy. Polska język, trudna język.
I jak to za dawnych, dobrych, socjalistycznych czasów bywało, otwarcie – otwarciem, wstęga i fanfary muszą być, ale pociągi nową trasą pojadą dopiero od grudnia. Za dużo czasu nadrobią w tym tunelu, potem trzeba będzie swoje odstać na granicy z Włochami, bo się jeszcze Italiańcy nie pozbierają z nowym rozkładem jazdy, więc już lepiej wrzucić wszystko w standardową zmianę europejskich pociągów w grudniu. Jak coś się rypnie, to będzie można zwalić, że co roku się i tak rypie, więc to nie wina Gottharda. PKP na przykład będzie miało świetną wymówkę. Już nie „sorry, taki mamy klimat”, tylko pociąg relacji Szczecin- Gdańsk utknął w śniegu z powodu otwarcia tunelu Gottharda. I git.
Chcecie zobaczyć, jak się jedzie wielką czarną dziurą?

W ogóle z tym Gotthardem same problemy są. Jakby nie było, to najkrótsza droga z północy na południe Europy. Tylko taki jeden problem – Alpy se wzięły i wyrosły. I albo je górą, albo naokoło, albo dołem. Inaczej się nie da. Niemcy i Włosi i innej maści narody się pchają w te i wewte, a Szwajcarzy kombinują i kombinują, jakby tu przejazd usprawnić, ale nie podeptać przy okazji ciężarówkami i TIR-ami tych ich pięknych Alp. Kiedyś było prościej – samochodem można było przejechać tylko górami przez przełęcz. A że w górach zimą lubi padać śnieg, to się Gotthard na sen zimowy zamykał i szukaj sobie człowieku innych serpentynek. To teraz pytanie za 100 punktów, kiedy się budzi na wiosnę po zimowej przerwie. A to zależy. Czasami już w kwietniu przejadą spychaczami przez śnieg, czasami dopiero w lipcu, jak się Gotthard zbiesi i  ani du du nie popuści z lodowej skorupy. Czasami – jak to w tym roku – już, już się lisek witał z pierwszymi przejeżdżającymi gąskami a tu w maju sypnęło śniegiem i Gottharda zamknęli.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Tunel dla samochodów pod Gotthardem też już zbudowali. Jako makietę tego dla pociągów. Ten samochodowy ma tylko 16 km czarnej dziury, za to autostrada po obu stronach się wdzięcznie urywa i przez tunel oferuje tylko po jednym pasie w każdym kierunku, przez co napaleni turyści weekendowi czekają w kilkukilometrowych korkach. Teorie spiskowe mówią, że… Dobra, na jeden wpis jeden tunel wystarczy. O teoriach spiskowych tunelu samochodowego innym razem.
Hoop Schwiiiz!
 
 
 
 

Co by świat zrobił bez Szwajcarów?

Bez Polaków – wiadomo. Samochodów by nie było. No, może by były, ale napędzane wołami lub osłami, gdyby imć pan Łukasiewicz nie odkrył nafty vel ropy. A nawet, gdyby kto inny odkrył, to i tak w deszczową pogodę mogliby sobie automobiliści co najwyżej szybki w okularach przecierać palcem, gdyby nie epokowe odkrycie Józefa Hofmanna, znane dziś pod swojską nazwą wycieraczki do szyb. Jeszcze żeby mu tak świat nie skakał zza tych  wyczyszczonych szyb, wynalazł też resory samochodowe i spinacz do papieru. Może mapy gubił po drodze i chciał czymś je przypiąć.
A Szwajcarzy? Jak wyglądałby świat, gdyby nie było Szwajcarów?

  1. Nie byłoby śniadania

Wcinam co rano patriotyczną owsiankę z owocami i myślę, że taka polska jestem, a tu się okazuje, że ja szwajcarska jestem. Kto by pomyślał, że coś tak oczywistego jak śniadaniowe musli ktoś kiedyś wymyślił wspinając się na szczyty inwencji twórczej. Dosłownie. Szwajcarski lekarz Maximilian Bircher-Benner napchał się raz owsianką podczas alpejskich wędrówek i tak go to olśniło, że postanowił zbudować sanatorium w Zurychu, gdzie serwował pacjentom tak zwane „zdrowe żywienie” w ramach terapii. Serio. Musli było serwowane jako lekarstwo razem z innowacyjną dietą złożoną z warzyw i owoców, a biedny lekarz za swoją eksperymentalną terapię odsądzany był od czci przez dziewiętnastowiecznych chlebo- i mięsożerców. Jak widać, pomysł przetrwał do dziś, dzięki czemu kolejni guru od jedzenia mogą wymyślać innowacyjne diety przekonując nas: Jedzcie płatki owsiane z owocami. Bo są zdrowe. Swoją drogą, podobnie jak lekarstwo zaczynała Coca-cola, ale do zdrowości jej daleko. Co innego dżin z tonikiem. Tonik zawierał chininę, która ratowała europejskich żołnierzy przed malarią w Afryce, a że była gorzka to musieli ją zapijać dżinem. Samo zdrowie.

2. Ludzie musieliby wiecznie uprawiać seks

Jak wiadomo, Szwajcarzy są romantyczni inaczej. Z tego też powodu w 1875 r. pan Cailler wymyślił substytut miłości – mleczną czekoladę. Co oczywiste – jedzenie czekolady i uprawianie miłości mają ten sam wymierny efekt: wzrost poziomu serotoniny, hormonu wywołującego szczęście. Przemysł pornograficzny wtedy jeszcze nie istniał, więc na seksie nie było jak zarabiać. Co innego na czekoladzie. Sprzedawanie gorącym szwajcarskim kochankom przyjemności w kawałkach okazało się niezłym biznesem, więc rodzina Cailler założyła w Broc koło Gruyere najstarszą w Szwajcarii fabrykę czekolady i do dziś serwuje orgazm w gębie. Fabrykę w Broc można trzeba zwiedzić, rozkoszując się przy tym wszystkimi możliwymi odcieniami miłości do czekolady.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

3. Nie byłoby ryby z grilla

Co ma bujanie balonem w chmurach do ryby z grilla? Ano ma. Do 1910 r. używano folii aluminiowej wyłącznie jako pokrycia latających balonów. Aż to genialny szwajcarski inżynier Robert Victor Neher postanowił opatentować swój wielce wymyślny pomysł nawijania jej na rolki i sprzedawania producentom żywności. Pierwszy pomysł podłapał producent matterhornowych czekoladek w żółtym opakowaniu, Tobler i zatrudnił świstaki do zawijania w aluminiowe papierki (o słynnych czekoladkach Toblerone tu: KLIK). Od tej pory słodkie matterhorny nie rozpuszczały się w dłoni, tylko w ustach. Kolejny był wielki magik, Julius Maggi, który w sreberka pakował kostki rosołowe i zupki instant. I tak oto dzięki zmyślnym panom możemy dziś zjeść rybę z grilla pieczoną w folii aluminiowej.
P1000794-W1024

4. Nie byłoby rozwoju domowych gospodyń w proszku

Skoro już o wielkim Magu mowa, to pierwsze obiadki w proszku stworzone zostały w 1886 r. przez pana Maggi na bazie grochu, fasoli i soczewicy, jako pożywny substytut brakującego na rynku mięsa. Szybko powstała wersja w formie płynnej, po którą dziś sięgają chętnie leniwe gospodynie domowe, doprawiając nam obiady sfabrykowaną chemią spożywczą. Kostki rosołowe i dania instant w proszku też się nieźle zadomowiły na stołach, szkoda tylko, że niewiele dziś mają wspólnego ze zdrowym jedzeniem, jak to było w XIX w. Ciężko uwierzyć, że oprócz propagowania zdrowotności dla swoich pracowników i klientów pan Julius Maggi był również pionierem w zawodowym socjalu: stworzył i opłacał ubezpieczenia zdrowotne, renty pracownicze dla wdów, bonusy dla seniorów i niepełny dzień pracy w soboty. To może zamiast znaku Solidarności od dziś Maggi na sztandarach związków zawodowych?


 
5. Marchewki nie startowałyby w konkursie piękności na gładką skórkę.
Bo miałyby nadal taką chropowatą, zeskrobaną tępym nożem. A ziemniaczki gubiłyby kilogramy podczas obierania, gdyby swoje 70urodziny nie obchodziła właśnie obieraczka do warzyw. Wymyślona przez Węgro-Amerykanina, Alfreda Neweczerzal, zasiada już w panteonie gwiazd sztuki w słynnym Museum of Modern Art w Nowym Jorku, a czym starsza, tym… taka sama. Oparła się wszystkim nowoczesnym dizajnom i rewolucjom kulinarnym i od lat pozostaje w tym samym kształcie. A to się wszystkie szafiarki wkurzą. Stara, bez promocji, a nadal modna. Taka szwajcarska obieraczka.
 

Transplantologia szwajcarsko-polska. Reanimacja

O transplantologii już było. O tu: KLIK. Poprzednie organy dobrze się czytelnikom przyjęły, więc na stół operacyjny wjeżdżają kolejne rozwiązania do przeszczepu.

  1. Wykopaliska uliczne

Jest sobie dziura w chodniku. Taka od pękniętej rury z wodą, od kabelków, albo wykopalisk archeologicznych z epoki lodowcowej. Z resztą nieważne, co to za dziura, ważne – że jest. I że pieszy chodnikowy na pewno ją spotka na swojej drodze. Nie przeskoczy, co najwyżej przeleci (nad, nie przez). Czytaj dalej Transplantologia szwajcarsko-polska. Reanimacja

Murzynek Bambo w Afryce mieszka. Czy Szwajcarzy to rasiści?

Bodo. Eugeniusz Bodo. Taki nowy serial teraz telewizja polska wyświetla, o życiu słynnego przedwojennego aktora. Też sobie oglądamy, tak w naszych klimatach, bo imć pan Bodo miał tatusia Szwajcara, Junod (Żuno się czyta). I mądry senior dał swojemu podlotkowi taką radę:
Co jest złego w byciu Szwajcarem? – to podlotek
Złego? Szwajcarski paszport to jest najcenniejszy paszport świata – to tatuś
No ciężko się nie zgodzić, zważywszy jak się siedzi na szwajcarskiej kanapie i ogląda polski serial.
Berno organizuje właśnie tydzień przeciwko rasizmowi. Pięknie, chwali im się za to. Całe miasto w plakatach w niezrozumiałym berneńskim dutczu dla normalnego człeka, a co dopiero dla imigranta. Fajne torebki rozdawali na zakupy, też się na jedną załapałam i teraz dumna paraduję po ulicach z napisem Bern gegen rasismus.

Berno też jest pewnie z siebie bardzo dumne, przez cały tydzień można sobie pooglądać zagramianiczne wystawy i teatrzyki, pochrumciać tureckie jedzonko, jakieś afrykańskie pląsy udoskonalić  i pogadać o tym, kto jest handlarzem ludzi, a kto tylko rasistą. Nawet artykuł w lokalnej gazecie PRZECZYTAŁAM, kiedy się kończy zaciekawienie obcą kulturą, a zaczyna brak tolerancji. PRZECZYTAŁAM po niemiecku, co mi się bardzo chwali, bo go ledwo znam.Taka historyjka o tym, jak to Valona wszyscy się pytają skąd jest, aż odpowie, że jest z Kosowa. Bo jak odpowiada, że się urodził z Szwajcarii, gdzie jego albańscy rodzice się osiedlili ponad dwadzieścia lat temu, to tak nie do końca łapią, że to już lokales, a nie obcy.

I tak mnie naszło w którymś momencie. Dla kogo jest ten tydzień? Bo przecież nie dla tych Turków. Dla Erytrejczyków też nie. Oni się już nie muszą zaznajamiać ze swoją kulturą, dobrze ją znają. Wychodzi na to, że wszystkie imprezki przeciwko rasizmowi są dla Szwajcarów. Że niby jak, Szwajcarzy to rasiści? Ci idealni, perfekcyjnie nudni Szwajcarzy to rasiści? Swój jest dobry, a obcy to be? No to się wkopali, bo raczej ciężko będzie określić, to jest swój, a kto obcy. Oficjalnie w kraju jest około 20% cudzoziemców. Dużo. Ale oficjalne statystyki nie pokazują Szwajcarów znaturalizowanych, co to już machają innym przed nosem czerwonym paszportem z białym krzyżem, a już tym bardziej pół- i ćwierć Szwajcarów, którym się udało załapać na obywatelstwo dzięki mamusi lub tatusiowi. Druga połowa genów to ta obca,  ta nadająca się do rasizmu, dla której trzeba organizować fajne festiwale w stolicy.
A jak taki kosowski Valon się weźmie i wżeni w Szwajcarkę, to jego dzieci już będą „te”, czy jeszcze „tamte”? Gorzej, jakby się dziecko Valona okazało rasistą. Jeszcze by musiał nienawidzić drugą połowę siebie.


A Polacy są, czy nie są rasistami? Też organizują w Syrenkowie i pewnie w innych jeszcze miastach wesołe międzynarodowe karnawały, gdzie i arabski kebab na stoisku, i wietnamska Pho’, i ormiańskie wino i afrykańskie tamburynki. I panie z wielkimi piórami w pupie udające brazylijskie salsetki. O tak, Panie to lubimy. Więcej pań w kabaretkach i z piórkami. Ostatnio jakiś marsz zorganizowali, też tak pod walkę z rasizmem podchodzący, bo przecież uchodźcy falami tsunami zalewają Polskę i trzeba ich przed nami bronić. Nami Polakami. Raz jednego Jemeńczyka ktoś w kawiarni zwyzywał, innym razem Syryjczyka w autobusie napadli. Nieważne, że obydwaj perfekt po polsku zapitalają, bo od lat się już zadomowili. Wszyscy teraz nielegalni uchodźcy. Ci tamci niedobrzy, co to na siłę chcą nam ich wcisnąć pod Kochanowskie lipy i Chopinowskie wierzby i ci nasi sąsiedzi i kumple z akademika. A nie, nie, kumple z akademika są OK. Czarni, bo czarni, Arabowie, bo Arabowie, ale fajni, z nimi można się napić piwa przed meczem. Internista z Sudanu też ujdzie, tak śmiesznie mówi po polsku. Śmieszny jest. Bo my Polacy to nie rasiści. Swoich przecież nie atakujemy. Tylko tamci obcy niech się z daleka trzymają. Do siebie niech wracają. Albo w tamtej Europie niech sobie koczują. W Szwajcarii na przykład. Już tylu ich tutaj mieszka, to trochę więcej nie zrobi im różnicy. Szwajcarię stać na socjal, nas nie. My organizujemy Tydzień Różnorodności Kultur. Szwajcarzy nie są tacy delikatni i nazywają sprawy po imieniu – Tydzień Przeciwko Rasizmowi. Albo mają tak skomplikowany język, albo są mało kreatywni, więc idą po łatwiźnie, zamiast jakiegoś copywritera zatrudnić do wymyślenia ładnej nazwy. I zamiast tak kawa na ławę, to go trochę bardziej zawoalowanie nazwać.
No to, z Wielkanocnym Alleluja.
zajączek
 

Co ja tu robię? #12 Pierwiosnki, pierwiastki, pierwsze koty za płoty

Uniwersytet blogowania się kończy. I dobrze w sumie, bo nie nadążałam z tymi pracami domowymi. Dobra, przyznam się, skończył się tak na prawdę dwa tygodnie temu. Dzisiaj już ostatni post z tej serii. Czas na blogowy rachunek sumienia. Akurat dobrze się składa, bo:

 
Nie chodzi o to, że po tym uniwersytecie jestem już całkiem odjechana jak kosmici, tylko że właśnie nam z frankiem szwajcarskim stuknął pierwszy rok, odkąd zaczęliśmy chodzić na randki. A dzisiejsze zadanie na uniwersytecie polega na zaplanowaniu przyszłości bloga w oparciu o to, co nasze śledzie vel followersi czytają na randkach najchętniej. Potem wystarczy już tylko systematycznie co miesiąc/co tydzień o tym pisać. Bez wymówek, że nie mam czasu, że się muszę bawić w lokomotywę, odrabiać niemieckie Konjuktivy lub inne takie włoskie Subjonktywy. Tylko co tu wybrać? To może ciekawe miejsca w Szwajcarii do zwiedzenia. Tak raz na miesiąc, dajmy na to 15-ego. Trochę się już tego zebrało, o Gruyere, Bernie, śladami Jamesa Bonda. Albo o zakręconych ludkach, co im przyszło żyć pod alpejską gwiazdą. Tylu ich ciekawych po świecie chodzi i pływa. O Einsteinie już było. O Narutowiczu też. A tu jeszcze Roger Federer, Mario Botta, H.R. Giger w kolejce czekają.  To ich też raz na miesiąc wrzucimy w kalendarz, może na 23- ego. A jeszcze kultura i sztuka, bo to przecież blog z misją, pod strzechy trzeba upychać tę nieznaną helwecką spuściznę. Dadaizm nie wystarczy, było też już co prawda o paradzie miłości w Zurychu i o tahitańskich pannach na wydaniu, ale przydałoby się może o Paul Klee, albo o takim fajnym muzeum dla dzieci w Ticino, Museo in Erba. Nie, muzeum dla dzieci będzie w cyklu o tym, co można superanckiego robić z dziećmi w Szwajcarii. To kultura niech ich do kalendarza na 5-ego, a dzieci – na sam koniec, na 30-ego na przykład. Luty będzie poszkodowany, bo nie ma 30-ego. I jeszcze o kuchni, bez czekolady nie dam rady. I o Szwajcarach. I tak ad hoc, co mi przyjdzie do głowy. To wyjdzie razem tych postów w miesiącu… za dużo. Jak to poetycko stwierdziła niedawno jedna z moich śledzi na fejsie: Super blog, ale co za dużo, to i świnia nie przeżre. W sumie racja. Plan A nie wypalił.
To w takim razie trzeba inaczej, tak po szwajcarsku. Na scenę wkracza plan B. Kalkulatory w dłoń, statystyka od zawsze była najbardziej ulubionym i najmniej nudnym przedmiotem wszystkich studentów, więc pójdzie gładko. Co najchętniej czytają Polacy na polskim blogu o Szwajcarii?
W ciągu ostatniego roku najchętniej czytanymi randkami były  – ta ram ta dam….

  1. 8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką
  2. 10 oznak, że jesteś już Szwajcarem
  3. Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki, czyli co stereotypowy Polak wie o Szwajcarii
  4. James Bond na szwajcarskich wakacjach

No i git. Wychodzi na to, że Polacy najbardziej lubią czytać o Polakach. To trochę kiepsko rokuje dla bloga o Szwajcarii. Dobrze, że chociaż ten 007 Bond ratuje statystykę. No nic, zostaje mi chyba jednak plan A do realizacji. Z tym, że będzie bardziej polski niż szwajcarski, trochę ułańskiej fantazji sobie zostawię, co mi przyjdzie na myśl pod perukę, to napiszę. Czekajcie, a się przekonacie.
A na koniec statystycznie najczęściej pojawiające się kraje, do których udał się frank na randki. Nie, to by było za banalne. Wiadomo, że Polska i Szwajcaria. To w takim razie te z drugiego krańca listy – najrzadziej: Arabia Saudyjska, Malediwy, Tajlandia, Czechy, Słowacja (a tym co się nie podoba? W końcu po polsku też zrozumieją.) Katar (na zdrowie), Aruba i Barbados (Barbados???). I jeszcze Korea Południowa. Dobrze, że nie Północna.
W sumie czytaliście nas już ponad 10.000 razy. Dziękujemy i zapraszamy z frankiem na kolejne randki. W prezencie i na zachętę małe video. Też go nie rozumiem, ale czym więcej razy go oglądam, tym bardziej się śmieję. Może to jest recepta na udany blog.  Aloha! (to dla tych z Barbadosu).

 
 
 
 

Co ja tutaj robię? # 10 Złota rybka, co spełnia życzenia

Kubełki wszyscy znamy. To taka stara zabawa w bucket list – spisz na kartce wszystkie swoje marzenia, które chciałbyś zrealizować do końca życia. A potem je realizuj, to oczywiste.
Dzisiejsze zadanie z uniwersytetu blogowania jest takie właśnie kubełkowe. Wyrzuć do kubła na śmieci wszystkie swoje dotychczasowe posty. Hahaha. Żartowałam. To by było głupie zadanie jak na uniwersytet. Miałam wybrać jeden z blogów, nad którymi się ostatnio znęcałam w komentarzach i zainspirować się nim do napisania kolejnego postu. Ponieważ kiepska ze mnie Perfekcyjna Pani Domu, to wybrałam inną równie nieidealną babcię, co to swój dom i mopa ma w głębokim poważaniu i żegluje sobie przy Grecji. Taka typowa polska emerytka po 60-stce. Georgie Moon, o której pisałam już tutaj (KLIK), zamiast się wysilać co też by ona chciała życiu jeszcze zrobić, napisała swoją listę antykubełkową. Anti-bucket list. Nie będę zżynać. Antykubełek zostawię sobie na za parę lat w Szwajcarii, a na razie moje iście subiektywna lista rzeczy do zrobienia w Szwajcarii, zanim mnie piekło pochłonie (do aniołków to trochę musiałabym schudnąć, inaczej mnie do niebios nie uniosą).

  1. Zobaczyć Jungfraujoch, Top of Europe. To tak na prawdę marzenie mojej szwajcarskiej połówki, ale nie będę się wychylać, może być też moje. Najwyżej położona w Europie kolej górska i niebanalne widoki na czterotysięczniki. Cena kolejki też niebanalna, pewnie dlatego do tej pory tam nie pojechaliśmy
  2. Przejść się 36-metrowym mostem panoramicznym rozpiętym między dwiema górami z Sigriswill. Na to to już właściwie jestem umówiona z Martyną Wojciechowską, bilety ważne tylko jeszcze przez miesiąc, więc mój kubełek za chwilę opróżni się z punktu 2. Martyna, pamiętasz?
  3. Jak w Sigriswill będzie nudno, to jeszcze skoczę zobaczyć most Trift. Wisi sobie nad 100 metrową przepaścią i jest o  134 m dłuższy od tego z punktu 3. Tym razem już bez Martyny, oszczędzę jej takich widoków, jeszcze się jej słabo zrobi od wysokości.
  4. Skoczyć na bungee z tamy wodnej w dolinie Verzasca w Ticino, jak James Bond. Kaktus mi na głowie wyrośnie, jak się kiedyś na to zdecyduję. 

    Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

  5. Wspiąć się na Machu Picchu w Peru. Bądźmy realistami. Na Matterhorn nie wejdę, to chociaż Machu Picchu sobie zostawię na deser.
  6. Przelecieć się balonem podczas festiwalu balonów w Chateau d’Oex. W tym roku byłam na ziemi, w przyszłym będę w powietrzu. Na pewno. 

    Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

  7. Spędzić 2 noce w hotelu Aescher w Appenzeler. Pierwszą noc spędzę na zastanawianiu się, czy hotel w którym właśnie się znajduję, nie oderwie się od skały, do której jest przyklejony. Drugą noc będę gryzła ze strachu pościel po widokach, jakie miałam z okna podczas dnia, na przepaść pod hotelem.
  8. Nauczyć się jeździć na biegówkach. W Szwajcarii wszyscy jeżdżą na biegówkach. Przy okazji schudnę parę kilo, to jeszcze będzie szansa na te aniołki.
  9. Zatańczyć tango argentyńskie. W Bernie jakoś mało popularne, więc zostaje mi od biedy wyjazd do Argentyny.
  10. Nauczyć się szwajcarskiego niemieckiego. Ktoś mi kiedyś powiedział – nauczyłaś się arabskiego, to ze szwiitzem też dasz radę. Taaa… Arabski to prosty był.
  11. Zobaczyć lwy i tygrysy na sawannie w Kenii. To zupełnie jak w Mauzoleum w Zurychu. To znaczy w Masoala. Znając życie, lot do Kenii będzie tańszy niż wejściówka do szwajcarskiego zoo 

    Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

  12. Zwiedzić parlament w Bernie. Wiem, wiem, wstyd – tyle czasu tutaj już mieszkam i do tej pory nie poszłam. A taką demokrację to trzeba zobaczyć na własne oczy.
  13. Że niby krótka ta lista? To proszę bardzo, co byście sami dorzucili?

[blog_subscription_form]
Blogging U.

Co ja tutaj robię?# 9 Bigos z ravioli a na deser guakamole na sake

Ogrzewanie się zepsuło w łazience. Zimno w gołą pupę, pisklę co rusz to wtrynia paluszki do miski z cieknącą wodą – trudno. Czas się poświęcić. Będę udawać blondynkę antytechnologiczną przed panem od hajcowania i na migi mu pokazywać co ma zatkać i co jest nie tak.
Niebiosa mi chyba zesłały specjalistę imigranta z Hiszpanii. Nie będzie mi tu po berneńsku chrchrrrhhhrrował, tylko w normalnym niemieckim zaświergocze, to jeszcze jest szansa, że coś zrozumiem i się dogadam.
Boże chroń Polskę i imigrantów w Szwajcarii. Całkiem zgrabny ten pan imigrant. Całkiem zgrabnie mi się wpasował w dzisiejszy post. Bo zadanie na uniwersytecie blogowania było takie: jak już ugotowałaś swoją zupę z alfabetu szwajcarskiego, to popatrz na ręce innym studentom, co też to oni wysmarowali (lub wysmażyli). A potem napisz o jednym z nich post. Przejrzałam więc, co tam na talerzach u innych pływało i znalazłam taki o to wpis Temporary Absence. Letter T. Generalnie o terrorystach, uchodźcach i takich tam. No i git, dzieje się coś. Zgrabny temacik na czasie, Europa panikuje przed falą imigrantów, Szwajcaria taka poprawna politycznie, to akuracik jest co obgadać. I jeszcze żeby śmiesznie było. Hmm. Śmiesznie i poprawnie politycznie. Ale się wkopałam.
W końcu jakby nie było, sama jestem imigrantką. Nawet nie zarobkową, a męską, bo za mężem mnie do Helwecji przywiało. Łatwo nie było, Szwajcarzy niby te swoje białe ramionka krzyża na czerwonej fladze szeroko otwierają, ale zanim się zgodzili przyjąć mnie na łono mojej szwajcarskiej połówki to minęły ponad 3 miesiące papierologii, biurokractwa i odgniotków od chodzenia po urzędach. Jak to zgrabnie ujęła moja męska przyczynka imigracji, jak ktoś by się chciał wżenić na czarno w szwajcarskie obywatelstwo, to się dobrze trzy razy zastanowi, tak mu to porządnickie urzędasy ułatwiają.
A imigrantów ci w Szwajcarii w bród (bród czy brud? Taki od brodzenia w wodzie czy od bycia brudnym? Nie, no poprawność polityczna, nie piszemy o brudzie i imigrantach w jednym zdaniu. W bród). Już wcześniej coś tam wspomniałam, że oficjalnie 20%. Głównie panów dyrektorów sprzątania, panów magistrów rolników, pań prezesek opiekunek lub kasjerek i wszystkich innych możliwie wysokich stanowisk w kraju. Jest też trochę specjalistów różnego sortu w białych rękawiczkach i przy komputerze, ale ci rzadko kiedy stoją w kolejce pod tablicą ogłoszeń. To specjaliści importowi, bo jak się nie chce rodowitym Szwajcarom gnić latami na uczelni, to potem mają deficyt i muszą sobie nasprowadzać dr, inż. i  innych profów.
W Unii ogrzewanie działa, piec się hajcuje i jak ciepłe bułeczki rodzą się wszelkiej maści pomysły, co by tu zrobić z falą uchodźców. Ostatnio Dania wpadła na pomysł obciążania imigrantów kosztami ich pobytu. Wrzask i larum w oświeconej Europie, że to niehumanitarne, więc Szwajcaria na wszelki wypadek siedzi cicho jak mysz pod miotłą i nie przyznaje się, że oni u siebie już dawno to wprowadzili. Konfiskata majątku powyżej 1000 Fr na poczet przyszłych kosztów, w tym utrzymania i wykształcenia zawodowego. A ponadto przez 10 lat zatrudnienia trzeba oddawać 10% zarobków aż do pełnego zwrotu kosztów. Sprytnie tak, po szwajcarsku. Piniądz jest piniądz, piechotą nie chodzi.  W dodatku wiedzieli, co robią, żeby się do Unii nie zapisywać, nikt im na ręce nie patrzy.
Zdaje się, że to niezły straszak, bo jak na razie kolejek uchodźców przed granicą szwajcarską nie ma. No chyba że ci, co chcą wykiwać na dudka sprytnych Helwetów i wcale do pracy nie pójdą. Wtedy nie muszą zwracać kosztów, a z socjala da się jakoś wyżyć. Dla Polaków droga zamknięta, do wojny nam jednak daleko, a to tylko uchodźców obowiązuje.
Zostaje nam zjeść polski bigos z włoskim prosciutto crudo, przyprawionym chilli z Argentyny. Smacznego.

P.S.  IKEA mi dzisiaj przysłała maila, że jest dzień równości zarobkowej dla obojga płci. Kolejni poprawni politycznie. No cóż, że ze Szwecji.
 
[blog_subscription_form]
Blogging U.

Co ja tutaj robię? # 8 Zupa z alfabetu

Raz, dwa, trzy, cztery,
maszerują oficery.
Pięć, sześć, siedem, osiem,
Wszyscy mają wszystko w nosie.
Takim o to wdzięcznym wstępem doszliśmy do części ósmej zadania szkolnego z uniwersytetu: wybierz na chybił trafił jedno z głupich, nic nie znaczących powiedzonek i napisz o tym post. Moje na chybił trafił było dopiero trzecie, bo dwa pierwsze były do kitu („Najmniej uczęszczana droga” i „Każda kobieta ma styl”). Pomagając trochę losowi wybrałam – „Zupa z alfabetu”. Ugotuj zupę ze Szwajcarii, dodając po jednej literze. Ale jazda. No to jedziemy:
A jak Airolo – to po drugiej stronie tunelu Gottarda, najdłuższego w Szwajcarii, bo to dziura długa na 16 km. Po pierwszej stronie jest Goeschenen i 3 lata mi zajęło, żeby się nauczyć, gdzie jest pierwsza strona, a gdzie druga. Moja mądrzejsza szwajcarska połówka zawsze mówiła „co brzmi bardziej włosko, a co niemiecko?”. Serio? Że niby Airolo takie włoskie?
B jak Barn – czyli misie w Bernie. Tu wiele wyjaśniać nie trzeba, wiadomo, że stolyca (bo tłukę o tym namiętnie w co drugim poście), poza tym ostatnio MOJA stolyca


C jak Cailler – nie bez powodu czekolada też jest na C. Nie wiem, czy Cailler to najlepsza czekolada w Szwajcarii, ale można zwiedzić ich fabrykę za jedyne 12 FR i obżreć się słodyczami po uszy. Dla mnie argument wystarczający.
D jak demokracja bezpośrednia – jedyna taka w świecie. Zamiast olać wybory, jak porządna większość prawdziwych obywateli na tym globie, organizują narodowe referenda, głosują w nich i jeszcze ustanawiają nimi prawa. Na przykład takie, ile może zarabiać prezes prywatnej spółki, lub ile ma wynosić opłata za winietę.
E jak Edelweiss – czyli szarotka. Polscy górale wciskają szarotki do zakładek do książek dla dzieci (bo to takie ładne górskie kwiatki), nawet Hitler zaadoptował ją na nazwę nazistowskich rycerzy „Piraci Szarotki”, ale Szwajcarzy opanowali szarotkomanię do perfekcji: koszule narodowe mają rzucik w szarotkę,  kosmetyki są z szarotek, wojacy sobie naszywają szarotkę na pagony, stalowe ptaki lotnicze nazwali Edelweiss Air a każdy folklorystyczny bibelocik dla turysty musi mrugnąć białym oczkiem.
F jak Frank – szwajcarski oczywiście.Gdyby nie kryzys z frankiem, nie byłoby Randek z Frankiem Szwajcarskim. Ale smuta by była ;( Wiwat kryzys!!!
G jak Gruyere – ser to mało powiedziane. To jest ser przez duże S. Klasyczny śmierdziuch szwajcarski, nie do podrobienia.
H jak Heidi – taka alpejska dziewczynka z bajek dla dzieci z warkoczami, domkiem w górach i krowami. Wiedzieliście, że Heidi jest ze Szwajcarii?
I jak imigracja – nie wiem, czy te Szwajcarki takie brzydkie, czy też Szwajcarzy tacy mało namiętni, ale jedni i drudzy się na potęgę żenią z zagramanicznymi. Oficjalny poziom imigracji wynosi 20%, ale nie wlicza się do nich zeszwajcarszczonych żon i mężów, a tym bardziej półzeszwajcarszczonych dzieci. A może ci Szwajcarzy dogadać się ze sobą nie mogą? Nie dziwne, jak mają 4 oficjalne języki.
J jak jabłko – to jabłko, co to je Wilhelm Tell przestrzelił z kuszy, celując w głowę swojego syna. Szwajcarzy są bardzo dumni z celnego oka swojego przodka i postawili mu nawet w tym miejscu kapliczkę Tellsplate.  Kapliczka, kapliczką, ale widoki ładne nad Jeziorem 4 kantonów, więc robimy sobie tam zawsze zdjęcia.
K jak konkurencja – nie istnieje. Szwajcarzy są tak wierni raz wybranej marce, że jakikolwiek podbój rynku, dywersyfikacja, czy próba przeciągnięcia do przeciwnika spali na panewce.
L jak liszwajcareczki i szwajcarkochłoptasie doczepiają w niemieckim dialekciku końcóweczkę li do każdego słóweczka, żeby było bardziej słodziuteńko. Tak więc śpią w chateczkach na łóżeczkach, popijają kawusię z cukierusiem, zajadając krłasonciki z dżemikiem lub czekoladeczką. Upijają się piwusiem w barusiach, tylko wieczorkami litują się nad swoim li i chrapią już bez zmiękczenia.
M jak Matternhorn – Król górskich królów  i cesarzowa alpejskich cesarzowych. Bo kto w końcu powiedział, że Matternhorn to facet, a nie kobietka? Najsłynniejszy czterotysięcznik w Szwajcarii, doczekał się nawet własnego obrazu w galerii sztuki Toblerone.
matternhorn
N jak narty – właściwie miało być H jak hokej, ale H jest już zajęte przez Heidi. Narty, hokej, biegówki, rower – sporty narodowe Szwajcarii. Każdy umie, każdy ćwiczy, a potem same Dziarskie Babcie i Dziadki. Ps: Wczoraj polski Dziarski Dziadek, Antoni Huczyński, obchodził 93 urodziny. Złożyliście życzenia?
O jak Ordnung muss sein – kwintesencja Szwajcarii. Porządek to Musi Być, ale nie taki byle jaki jak Niemczech – prawdziwy, niepowtarzalny i szwajcarski.
P jak Podatki – jak działają podatki w Szwajcarii to pytanie ściętej głowy, nikt nie rozumie. Każdy kanton ma inne, każdy ustala własne zasady rozliczeń, a różnica może wynosić kilkanaście tysięcy franków.
R jak Renzo Piano – słynny architekt, takie ładne budyneczki zaprojektował, np Fundację Beyeler w Bazylei lub Centrum Paula Klee w Bernie

S jak schwuetzer duetsch – chyba się w końcu nauczyłam to pisać. Mówić nadal nie, bo jak ktokolwiek myślał, że jest to dialekt niemieckiego i można go opanować, to chyba był pijany
T jak trąby – trąby, tuby i tamburyny. Nieodłączny zestaw małego i dużego Szwajcara podczas karnawału. Każdy dmie, jak umie, przy okazji wdziewając wdzięczne wdzianko minionka lub krokodyla. Do wyboru do koloru.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


U jak UN – ONU lub ONZ. Organizacja Narodów Zjednoczonych, jakby ją zwał w różnych językach, ma swoją europejską siedzibę w Genewie.
V jak Victoria Secret – taki kanton w Szwajcarii, dla niepoznaki używający też nazwy Vallais (Walis). Co nie zmienia faktu, że podpisuje się jako VS. Victoria Secret.
W jak winieta samochodowa – fenomen Europy. Niby się płaci 40 FR, ale na rok, a za to można śmigać perfekcyjnym szwajcarskim asfaltem na górskich serpentynach bez ograniczeń. Od prawie 30 lat w tej samej cenie, bo Helweci w referendum odrzucają podwyżki. Sprytne.
Y jak lodowiec – wiem, że się nie rymuje, ale lodowce zazwyczaj przyjmują kształt litery Y, a ponieważ jest ich coraz mniej, to należy im się szacunek i miejsce w zupie. Nawet na końcu alfabetu.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Z jak Zurych – niby nie stolica, a jednak tak jakby trochę, bo to najsłynniejsze miasto Szwajcarii. Zobaczyć Zurych i umrzeć. Dobra, przesadziłam, aż tak superancki to może Zurych nie jest, ale coś w sobie magicznego ma. Może ceny? Jeden hamburger i czarodziejskim sposobem cała pensja wyparuje z portfela
zurych
 
 
[blog_subscription_form]
Blogging U.

Co ja tutaj robię? # 7 Klient w krawacie jest mniej awanturujący się

Przypowieść pierwsza o siewcy dobrej informacji
Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, czyli rok temu z hakiem w Polsce pracowałam w części korporacji, która zajmowała się customer expierence. To taki dział,  który mówi całej firmie, żeby klientom robić dobrze tam, gdzie firma im robi źle.
Mój były szef zwykł mawiać, że firma powinna się cieszyć z klientów składających reklamację. Cenne słowa. Reklamacja to taka nowoczesna forma książki skarg i zażaleń w sklepie osiedlowym. Któż by się nie cieszył, gdy gromada wściekłych ludzi wypluwa z siebie co im leży na wątrobie na nasz temat, szczerząc kły w uśmiechu wilka. To tak zwana konstruktywna krytyka, którą każdy z nas oczekuje, potem rzuca focha i się obraża.
Przypowieść druga o miłosiernej rodzinie
Pierwszy komentarz na Randkach brzmiał „Fajnie ;)” i podpisany był przez „A.” Hmmm. Brzmi znajomo. Chyba nawet wiem, kto go napisał. Co nie zmienia faktu, że nepotyzm i kumoterstwo mile widziane, jeżeli ktoś zostawi po sobie jakiś ślad bytności na blogu.
Dla bloga komentarze to taka reklamacja, dzięki której można się dowiedzieć, co komu nie pasuje i blogowi opinię psuje. Każdy może napisać, co mu się żywnie podoba a administrator strony nie ma nic do gadania. Żartuję, ma do gadania, bo komentarz na stronie można zaakceptować, lub odrzucić. Co innego na fejsie – tam już hulaj dusza.
Przypowieść trzecia o gorczycy w słoiku miodu
Zielony rower z napisem Wir sind Schweiz stał zaparkowany niedaleko mojego domu i łypał do mnie okiem za każdym razem, jak koło niego przechodziłam.Fajny, też bym taki chciała mieć. Aż stał się ilustracją do postu 8 oznak, że w Szwajcarii nadal jestem Polką i trochę namieszał. Do tysiąc pięćset sto dziewięćset pozytywnych komentarzy o Randkach, do których zdążył mnie już przyzwyczaić fejsbuk, wpadły tym razem nowe, „konstruktywnie krytyczne”. Że co to za małolata sobie wyobraża pisać, jaka to ona polska nie jest. Po kilku miesiącach w Szwajcarii jej się zachciało być bardziej helweckim od Heidi i Rogera Federera. Małolata to raczej stażem, niż wiekiem, bo tu już szron na głowie i nie to zdrowie. A w głowie ciągle maj, mimo że luty, więc majowo przełknęłam zimną pigułkę gorczycy, ale mnie jednak tknęło. Na przyszłość bardziej smarować miodem Polonii w Szwajcarii, bo ktoś się może obrazić.
Przypowieść czwarta o talencie studentki blogowania
Dzisiejsze zadanie z Uniwersytetu Blogowania polegało na zostawieniu komentarzy na 4 blogach, których jeszcze do tej pory nie komentowałam. Ale nie, że „fajne”, tylko prawdziwy komentarz, taki z miodem i gorczycą. Super, wszystkie bajeranckie blogi, które opisałam w części trzeciej odpadają, bo tam się produkuję jak najęta. Ambitnie zdecydowałam, że tym razem wybiorę blogi w językach narodowych Szwajcarii: włoskim, niemieckim i francuskim. I to na tyle ambicji starczyło, bo jednak wygrał angielski:

  • Third Time Lucky 60 – letniej Brytyjki Georgie Moon,która rzuciła wszystko w kąt i żegluje jachtem u wybrzeży Grecji. Ale zakręcona babcia. Zupełnie jak nasz Dziarski Dziadek
  • Backpacking Han Solo – kolejna Brytyjka, tym razem bez jachtu, ale surfująca i z jajami, bo sama przemierza świat. Australia i Południowa Afryka brzmi coolerancko.
  • Pointless&Prosaic Sadagopan Govindan. Jezu, co za imię. Jeszcze motto bloga: Przyszedłem, Zobaczyłem, Nawaliłem.
  • Noa Gal Efron – ostrzegam, wyciskacz łez. Ale dla osób, które potrzebują duchowego oczyszczenia jak najbardziej na TAK, szczególnie na wieczór.

No, to teraz czas na was. Gdzie zostawicie dziś swój komentarz?
[blog_subscription_form]
Blogging U.

Co ja tutaj robię? #6 Da da da i L.H.O.O.Q

Wczorajsze zadanie polegało na zrobieniu własnej grafiki na nagłówek bloga. A ja zawsze taka niekumata z plastyki byłam. Rysunki na prace domowe robiła za mnie starsza siostra, za to ja jej pisałam wypracowania z polskiego (zadziwiające, prawda? Kto by pomyślał, że umiem pisać…). Kiedyś tata mnie namówił na namalowanie mamy, która to pochwaliła mój rysunek krótkim: Bardzo ładna małpka.
No więc ja i grafika to dwie niepasujące do siebie połówki jabłka. Ale jak już się wzięłam do pracy według instrukcji, to nawet fajnie mi wyszło, nowy nagłówek wstawiony, tylko nie działa, bo się okazuje, że albo będą leciały posty w slideshow, albo nagłówek. Uznałam że panta rhei, wszystko płynie i ruszające się obrazki są lepsze od mojej sowicie wypracowanej pierwszej grafiki. Został więc slideshow.
Tak się napracowałam, że postanowiłam już żadnego więcej postu na ten temat nie pisać. Dzieć zakropkowany na biało lata z ospą po domu (biedroneczki są w kropeczki, u motylka plamek kilka), ja z gilem do pasa, mąż na delegacji (ODPOCZNIJ (sic!!!) sobie kochanie beze mnie). Olewam. Nie piszę. Mam wymówkę. Najwyżej będzie pała z pracy domowej.
cropped-header.jpg
O 22.30 dopadło mnie jednak sumienie kujona. Niby to uniwersytet wirtualny i szóstek nie dają, ale jak się zobowiązałam, to wypada się wywiązać. Nieee, nie wstałam z łóżka, żeby pisać post 😉 Aż tak szurnięta nie jestem. Co innego o 5 rano, kiedy dzieć nie mógł się zdecydować, czy zaciskać rączkę na mojej tchawicy, czy też wkłuwać palec w moje oko. Miałam półtorej godziny na przemyślenia w objęciach małego Konana Barbarzyńcy i uznałam, że jednak wstyd, zwłaszcza że:

  • Grafika taka abstrakcyjna lekko mi wyszła, a:
  • Przyszło mi przebywać w kraju, gdzie narodził się artystyczny duch dadaizmu
  • W tym roku przypada 100 rocznica stworzenia dadaizmu
  • Stworzyli go imigranci, tak jak ja. Co prawda z Niemiec i Rumunii, nie z Polski, ale co tam, Polak-Niemiec/Rumun, dwa bratanki
  • Da da glu glu leży właśnie koło mnie w łóżku
  • Dadaiści posługiwali się absurdem, zabawą, dowcipem. To zupełnie jak ja na blogu

Całe szczęście nie mieszkam w Zurychu, gdzie otworzyli w lutym wystawę „Dadaglobe” w Kunsthaus. Jeden dzień spóźnienia do wybaczenia. Szybko sprawdziłam, czy Agnieszka z Kultura po Szwajcarsku coś napisała na ten temat. Nie napisała, to bardzo dobrze, znaczy że nie tylko ja opóźniona jestem.
Trzeba przyznać, że w 1916 r w Europie mało kwitnąco było, tak jakby coś środek I wojny światowej, czy coś w tym stylu, a Szwajcarzy już wtedy machali swoją białą flagą neutralności, nie dziwota więc, że artystyczne europejskie dusze czym szybciej czmychnęły do Zurychu i zaczęły nawoływać, że do kitu to wszystko, do dupy wręcz. Głupia wojna, feeee, precz z wojną, precz z cywilizacją. Nic już nie będzie, jak mawiał pewien kandydat na prezydenta Polski. Precz ze wszystkim. Precz z wartościami, z formą, ze sztuką. Kuku dada.
Tak właśnie w skrócie wyglądała historia powstania dadaizmu. DA DA, bo tak się dogadują ze sobą dzieci, a nikt nie wie, o co chodzi (ja wiem, bo moje pisklę wyjątkowo wyraźnie mówi da da). DA DA, bo to TAK TAK po rumuńsku i rosyjsku. Ewentualnie DA DA, kiedy Hugo Ball i jego flama Emmy Hennings się nawalili i nie byli w stanie wypluć z siebie logicznego słowa (to już moja interpretacja, w słownikach o tym nie piszą). Fakt faktem, że założyli kabaret Voltaire, gdzie szanowna panna śpiewała romantyczne piosenki „Więc mordujemy, mordujemy każdego dnia”, będąc jednocześnie dilerką narkotyków i prostytutką. Urzekająca artystka. Chcieli ją za to deportować ze Szwajcarii, podobnie jak bełkoczącego poetę rumuńskiego Tristana Tzarę. Tego to akurat wzięli za rewolucjonistę, jak mieszkającego po sąsiedzku Lenina (wiedzieliście, że Lenin mieszkał w Zurychu?).
P1020325
Tak się dadaizm rozpędził w swoim braku zasad i norm, że z jednym wielkim NIE dla wszystkiego powędrował do Paryża, Kolonii i Nowego Jorku. I szybko wyzionął ducha, bo pożarł go jego własny potomek – surrealizm. Uczeń przerósł mistrza. a L.H.O.O.Q? A o tym na samym dole strony.
Natchnięta artystycznym zadęciem  postanowiłam jednak na koniec z okazji braku okazji wstawić swoją grafikę na jeden dzień zamiast slajdów. Jaki to dzień dzisiaj mamy? 17 lutego. Jakaś rocznica może okrągła? Hmmm, no chyba nic. 17 stycznia to przynajmniej wojska radzieckie wkroczyły do Warszawy. Jak byłam w podstawówce, kazali nam robić gazetki ścienne dla wiwatu. To niech będzie, że z okazji nie-upamiętniania 71 rocznicy i 1 miesiąca zajęcia Warszawy przez Rosjan dzisiaj na blogu grafika z nagłówkiem made by me. Jeżeli oczywiście znajdę, jak się ją wstawia. Jak nie, to będzie jutro. Z okazji 71 rocznicy, 1 miesiąca i 1 dnia.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.


Ps. L.H.O.Q.Q to dzieło francuskiego dadaisty z Nowego Jorku, Marcela Duchamp. Domalował wąsy Mona Lizie i podpisał zgrabnymi inicjałami, które czytane w oryginale brzmią: elle a chaud au cul. Ona ma gorący tyłek.
Gdzie można oglądać dadaistów?

  1. Dada Universal, Muzeum Narodowe w Zurychu, 5.2-28.3.2016 To już mało czasu zostało
  2. Dada Original, Narodowa Biblioteka Szwajcarska w Bernie, 7.3-28.5.2016  To u mnie w Bernie
  3. Dadaglobe renstructed. Kunsthaus, Zurych, 5.2-1.5.2016

A tu jeszcze co mądrego napisali w Wyborczej
 
[blog_subscription_form]
Blogging U.