Czy wszyscy Polacy muszą wyjechać do Szwajcarii?

Czy wszyscy Polacy muszą wyjechać do Szwajcarii, żeby w Polsce zrobiło się bezpieczniej na drogach?

Dlaczego w Szwajcarii jeździmy grzecznie jak w kolejce do komunii, a w Polsce wstępuje w nas diabeł wcielony za kierownicą?

Niedawno w Warszawie wydarzył się straszny wypadek, który poruszył opinię publiczną. Trzydziestoparoletni  mężczyzna zginał pod kołami samochodu, przechodząc przez ulicę. Zdołał wcześniej odepchnąć swoją żonę i małe dziecko w wózku, ratując im życie.

Prawie tego samego dnia w Bernie również wydarzył się wypadek, o którym zrobiło się głośno. Czterdziestolatek potrącony został w centrum miasta podczas przechodzenia przez ulicę.

Te dwa wypadki, pozornie do siebie podobne, dzieli jednak bardzo wiele.

W Warszawie kierowca pędził 130 km/h i potrącił mężczyznę na przejściu dla pieszych. W środku dnia, w mieście, w terenie zabudowanym.

Wypadek w Bernie wydarzył się o 2 w nocy, autem jechała para seniorów. Szczegółów nie podano, a w prasie było o nim głośno, bo okazało się, że ofiara to prezes najlepszej drużyny piłkarskiej Szwajcarii, berneńskich Young Boys.

Bardzo dobrze znam miejsce, w którym się wydarzył. Szeroka, momentami pięciopasmowa ulica, tuż za zakrętem. Tam, gdzie przechodził berneńczyk nie ma przejścia dla pieszych. Wzdłuż ulicy za to ciągną się bary i restauracje na wolnym powietrzu. Mogę śmiało założyć, że poszkodowany przebiegał przez szeroką ulicę w stronę barów (lub z barów) i skrócił sobie drogę bez pasów.

Jeden z policjantów w Warszawie stwierdził, że „szeroka, prosta droga zachęca do przekraczania prędkości”.

W Bernie droga też była szeroka. Można się na niej rozpędzić przez kilka następnych kilometrów, bo jest to dawne torowisko dla pociągów. Chyba największa arteria w centrum miasta.

Jednak ofiara w Bernie przeżyła.  W tym miejscu mało kto przekracza dozwolone 50 km/h.

Polska to nie Szwajcaria

Jak to jest, że kierowcy w Szwajcarii potrafią respektować przepisy prawa drogowego, nawet jeżeli jadą w środku nocy pustą, wielką ulicą?

Jak to jest, że kierowcy w Polscy jadą 130km/h w środku miasta i potrącają pieszych na przejściu, mimo że uczono ich czegoś zupełnie innego?

Czy wszyscy Polacy powinni wyjechać do Szwajcarii, żeby nauczyć się, jak bezpiecznie prowadzić auta? Co ma w sobie takiego ten kraj, że na ulicach jest o wiele bezpieczniej?

Bezpieczeństwa na drogach nie buduje się oskarżając o zabójstwo młodego kierowcę z Warszawy.

Bezpieczeństwo na drogach buduje społeczeństwo.

Wysokie mandaty i kary

W Szwajcarii jest drogo, a mandaty są już wyjątkowo drogie. Wie to każdy, kto za przekroczenie kilku kilometrów na liczniku dostał minimum 20 Franków. Taryfa jasno ustalona, co kilka kilometrów kwota szybuje w nieograniczone odmęty portfeli, można zapłacić nawet paręset franków. Dotyczy to nie tylko teremu zabudowanego, ale też dróg szybkiego ruchu i autostrad.

Kierowcy się pilnują, bo przekraczanie prędkości uderza ich mocno po kieszeni.

Jest jeszcze jedna, według mnie bardziej dotkliwa kara.

Utrata prawa jazdy na krótki, 2-3 miesięczny okres. I to za małe – polskim okiem – wykroczenie. Nagle zostaje się bez samochodu, trzeba sobie na szybko ( i na krótko) przeorganizować transport. To jest wbrew pozorom bardziej dotkliwa kara, niż utrata prawka na 2-3 lata. Wtedy zmiana środka  transportu jest stała, można się do niej przyzwyczaić.

A na 2 miesiące samochodu przecież nikt nie sprzeda. Ledwo się przyzwyczai do autobusów i pociągów, a już wsiada za kółko. I doskonale pamięta, jak mu było ciężko, więc drugi raz tego błędu nie powtórzy.

Ale czy tylko wysokość mandatów ma wpływ na to, że w Szwajcarii nie łamie się przepisów?

Przedszkolak idzie do szkoły

To jest bardzo ważny element wychowywania społeczeństwa.

Każdy ze szwajcarskich kierowców kiedyś był przedszkolakiem.

Mój czterolatek dumnie przechodzi po pasach z odblaskowym trójkątem na szyi. Czasami zatrzyma się w połowie drogi i z pewną siebie miną pokazuje odblaski kierowcy czekającemu przed przejściem. Tak go nauczył policjant w przedszkolu. Dzieci mają pierwszeństwo na pasach i mogą przypomnieć kierowcom, kto tu rządzi.

Piesi mają pierwszeństwo nie tylko na pasach, ale i przed wejściem na przejście. I dlatego mój czterolatek oburzony woła „ten pan się nieładnie zachował, on się wcale nie zatrzymał!”.

Te same zasady wpajane są przedszkolakom, dzieciom szkolnym i młodzieży, która już niedługo będzie zdawała na prawo jazdy. Nie trzeba im przypominać, kto rządzi na drodze. Młodzi kierowcy wiedzą, że teraz to oni mają ustępować pieszym, tak jak do tek pory inni ustępowali im.

Na piechotę, a nie samochodem

W wielu państwach europejskich promuje się odprowadzanie dzieci do szkoły, a nie podwożenie ich samochodem. W wielu również miejscach dzieci chodzą same, organizując się w tzw. pedibusy – autobusy na nogach.

W Szwajcarii pomaga również fakt, że większość dzieci przychodzi do szkoły i wraca do domu mniej więcej w tym samym czasie, więc kierowcy wiedzą, kiedy można się ich spodziewać na ulicach.

To na prawdę prosty sposób na bezpieczeństwo.

Rodzice nie powinni podjeżdżać pod szkołę autem, bo to stwarza zagrożenie dla tych wszystkich dzieci, które tłumnie gromadzą się w jej okolicach.

Dodatkowo, ruch na ulicach wokół szkół jest często uspokajany do 20-30 km/h.

Jeżeli każdy rodzic wie, że jego dziecko musi samodzielnie na piechotę dojść bezpiecznie do szkoły, to automatycznie zwalnia przy innych szkołach. Tam też chodzą dzieci na piechotę.

Razem do kupy, zusammen, zusammen

Ścisłe centrum Berna jest dla mnie zagadką. Dokładnie koło wyjścia z dworca kolejowego jest główny hub komunikacyjny, przez który przejeżdża większość autobusów i tramwajów. A między nimi kłębią się jak mrówki pasażerowie. Włażą pod te tramwaje, przebiegają przez ulice, przeskakują z jednego przystanku na drugi.

Podobnie jest na Starym Mieście, gdzie – mimo wytyczonych chodników – piesi łażą po ulicach w każdym możliwym kierunku. W ruchu ulicznym.

I nie ma wypadków.

Współczuję tylko kierowcom autobusów, którzy mają zainstalowane „pipki” uprzedzające pieszych o nadjeżdżającym pojeździe. Nie głośne klaksony, tylko takie delikatne „pip, pip”, mające przypominać, że to jednak ulica jest, a nie chodnik.

Czy wspomniałam już, że wszędzie plączą się rowerzyści?

Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności to wszystko ze sobą współgra. Nie jest oddzielone barierkami, krawężnikami, sygnalizacją i przejściem dla pieszych.

Im więcej pieszych na ulicach, tym bardziej bezpiecznie zachowują się kierowcy. Mogę się założyć, że jazda samochodem w takim miejscu to istny koszmar. Nigdy nawet nie próbowałam wciskać się samochodem w okolice Starego Miasta ani centrum Berna.

I chyba dokładnie o to chodzi.

Wężykiem, wężykiem

Ja mieszkałam w Polsce, to nie cierpiałam dróg, gdzie parkowanie odbywało się raz po jednej, raz po drugiej stronie jezdni. Trzeba było jechać slalomem, co chwilę hamować i uważać, czy z naprzeciwka przypadkiem ktoś też akurat nie slalomuje.

„Szeroka, prosta droga zachęca do przekraczania prędkości”.

Od kiedy mieszkam w Szwajcarii, uważam że to jeden z najlepszych sposobów na uspokojenie ruchu. Po prostu, nie da się jechać szybko, szczególnie na niewielkich osiedlowych uliczkach.

Przy okazji, to jeden z najtańszych sposobów. Nie trzeba układać śpiących policjantów, migających żółtych świateł, kolejnych radarów.

Wystarczą naprzemienne miejsca do parkowania. Pasek farby raz z jednej, raz z drugiej strony.

W Bernie doszli do perfekcji w prowokowaniu kierowców, bo całkiem po środku „szerokiej, prostej drogi” może być wyznaczony parking rowerowy. Nie dość, że trzeba hamować przed zaparkowanymi autami, to jeszcze przed zaparkowanymi rowerami!

I wiecie co? I bardzo dobrze.

Wąskie gardło

Szeroka ulica w Bernie, o której wspomniałam na początku, ma od niedawna całkiem nowe oznakowanie. Prowadzi dalej przez most, na którym – mogę spokojnie założyć – były kiedyś trzy pasy ruchu. Dla usprawnienia płynności ruchu pas na wprost, pas do skrętu w prawo i do skrętu w lewo.

Potem pasy były dwa, za to powstała ścieżka rowerowa. Teraz jednak pas jest tylko jeden. Za to ścieżki rowerowe po obu stronach zostały znacznie poszerzone i jeszcze odgrodzone pachołkami od samochodów.

Nie wiem, czy wynikało to z faktu częstych wypadków w tym miejscu z udziałem rowerzystów (nigdy o nich nie słyszałam), czy też po prostu rowerzystów zrobiło się tak dużo, że na swojej ścieżce się nie mieścili i często jeździli po jezdni.

Fakt faktem, samochody muszą się gnieździć  w wąskim gardle, na jednym pasie, mimo że teoretycznie mają „szeroką, prostą drogę”. To też w sposób automatyczny wymusza zmniejszenie prędkości.

Zmniejsza też przepustowość ulicy. Specjalnie.

Kultura osobista kierowców

I tu powinnam zostawić białą, pustą kartkę, bo na prawdę nie wiem, co napisać.

Dlaczego w Szwajcarii nie trąbi się na innych kierowców? Dlaczego nie trąbi się na pieszych, albo rowerzystów?

Dlaczego nie zajeżdża się komuś specjalnie drogi, nie cwaniakuje, nie wyprzedza po poboczu?

Jak to możliwe, że na tych slalomowych ulicach cierpliwie się czeka z jednej strony, aż z drugiej przejadą wszystkie samochody?

Dlaczego kierowca TIR-a przepuszcza na skrzyżowaniu matkę na rowerze z przyczepką, mimo że przez to będzie się musiał wlec za nią 5km/h? Mimo, że ma pierwszeństwo i ta matka mu usilnie macha, niech jedzie przed nią?

Nie wiem. Dzisiaj tak właśnie zachował się wobec mnie kierowca TIR-a na ulicy.

Nie wiem, skąd się bierze ta kultura osobista na ulicach i jak ją zaszczepić w Polakach.

Jak zaszczepić poczucie obowiązku, że skoro zabrano ci prawo jazdy za prowadzenie auta po pijaku, a ty i tak potrąciłeś rowerzystkę  – i to po pijaku, to nie wsiadaj nadal po pijaku do samochodu tego samego dnia wieczorem. Nawet, jak jesteś posłem.

Szwajcaria to raj na ziemi

Nie tylko Szwajcaria. Jaworzno podobno też, jakby kogoś nie było stać na wycieczkę komunikacyjno-poznawczą pod Alpy.

Przy okazji wypadku w Warszawie oczy kamer skierowały się na to śląskie miasto, bo podobno tam jest tak, jak w Szwajcarii.

W centrum nie ma samochodów, ulice są zwężane i cierpi na tym przepustowość, za to zyskują piesi i rowerzyści, bo są bezpieczni na ulicach. I tam od kilku lat nie było śmiertelnego wypadku z udziałem pieszych.

Czy wszyscy Polacy muszą wyjechać do Szwajcarii, żeby takich wypadków, jak w Warszawie już więcej nie było?

Może wystarczy uczyć się od Jaworzna.

 

Spodobał Ci się ten tekst? Możesz go ocenić za pomocą takich małych gwiazdek, o tu, na dole.

Możesz też zapisać się do newslettera, a nowe wpisy będą na Ciebie czekały w skrzynce mailowej.

 

Przeczytaj również:

Czego Johannes się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał. O tym, jak berneńczycy budowali swój nowy dworzec

Czego musiałam się nauczyć jako matka szwajcarskiego dziecka

10 rzeczy, które musisz zobaczyć w stolicy Szwajcarii. Berno w 1 dzień, krok po kroku

 

 

 

 

2 odpowiedzi do “Czy wszyscy Polacy muszą wyjechać do Szwajcarii?”

  1. Wiedziałam, ze się przejadę na tym Dolnym Śląsku 🙃jako totalna ignorantka nie rozróżniam Śląska od Zagłębia, co robi ze mnie połowę Polki mniej. Wpisałam w Google, ale mi potwierdził 🤪dzięki za uwagę, poprawię na śląskie

  2. Jaworzno Nie jest dolnośląskim miastem – administracyjnie jest na Śląsku (technicznie górnym) a tradycyjnie to bliżej Jaworznu do małopolski. Zdecydowanie nie dolnośląsk.

Dodaj komentarz